funny-owl-laugh-hahaha-No

/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

Przygody poszukują ofiar. Wszędzie.

/opowiadanie/

– Tędy – Zuzanna Sankja ledwo żywa po wielogodzinnej rozprawie w nowo oddanym do użytku zamiejscowym sądzie, wskazując ręką w stronę korytarza prowadzącego do wyjścia, usiłowała wyprowadzić klientów i świadków z marmurowo-szklanych labiryntów nowego architektonicznego giganta mieszczącego tzw. wymiar sprawiedliwości.

Ludzie szli na oślep, ślizgając się po wypolerowanych marmurach, brnąc w kolejne zaułki, ślepe korytarze i beztrosko błądząc żywo dyskutowali spierając się po czyjej stronie jest sympatia sędzi.

– Proszę Państwa, ale proszę iść za mną ! – krzyknęła Sankja omal nie wywijając orła na posadzce o zerowym współczynniku przyczepności lodowiska. Dwóch świadków, braci Robaków, miała zabrać swoim samochodem i wysadzić w ich miejscowości, po drodze do K., rozpaczliwie starała się ich nie zgubić.

– Halo, słucham – jedną ręką targając kilkanaście kilogramów akt w dwóch teczkach, przytrzymując pod pachą togę udało jej się odebrać telefon

– Pani mecenas Zuzannaaaa ? – spytał rozwlekle i jęcząco kobiecy głos. Sankja zawyła w duchu z rozpaczy, ludzie, którzy w ten sposób mówili bez wyjątku należeli do kategorii upierdliwców godzinami bekliwie zawodzących o niczym

– nawet nie tylko Zuzanna szanowna pani – odparła – dysponuję także nazwiskiem, brzmi ono Sankja, słucham Panią

– Aaaaaaa, no taaaak, a widzi Pani, bo ja zapomniaaałam pani nazwiska

– To proszę sobie zapisać na przyszłość nawet w telefonie, bo widzę, że telefonuje pani z komórki, słucham, w jakiej sprawie pani dzwoni – w tym momencie Sankja nadepnęła na połę wlokącej się po posadzce togi wyprzedzającego ją w kosmicznym pędzie adwokata i przejechała na niej usiłując nie fiknąć do tyłu i wyszarpać szpilkę obcasa z materiału urzędowego stroju kolegi po fachu.

– Panie mecenasie stop, stop ! – krzyknęła balansując w powietrzu teczkami pełnymi akt

– Przepraszam panią na chwilę – zwróciła się do rozmówczyni.

Adwokat zahamował z piskiem podeszew butów po marmurze. Sankja podniosła nogę z nabitą na cienki, ostry obcas czółenka togą i przytrzymując telefon przy uchu ramieniem, ręką uwolniła buta od materiału.

– O, cześć Zuza, sorki, omal cię nie zabiłem – galopującą kometą Halleya okazał się jej stary znajomy Piotr – wybacz, ale się strasznie spieszę, już jestem spóźniony, widziałaś jak ci kretyni ponumerowali sale ? Czemu do ciężkiej cholery nie zrobili żadnych strzałek, żadnej tablicy informacyjnej, żadnych oznaczeń, gdzie jest ta cholerna jedenastka ! – wrzasnął wściekle i popędził dalej.

Obok sali rozpraw z numerem 6 znajdowała się kolejna, numer 21, następna była 18, a potem trójka. Korytarze rozgałęziały się w obie strony w inne, a te w kolejne, prowadząc nie wiadomo dokąd. Zdezorientowane tłumy ślizgały się we wszystkie strony.

– Już, przepraszam, słucham panią, w jakiej sprawie pani dzwoni ? – usiłowała kontynuować Sankja

– pani mecenas, gdzie tu będzie wuce męski ? – jeden z braci Robaków, których miała zabrać ze sobą szturchnął ą w ramię

– Bo ja normalnie bynajmniej dłużej nie wytrzymam – błagalnie się w nią wpatrywał

– Przepraszam panią na chwilę – zwróciła się Sankja do słuchawki

– Nie wiem proszę Pana – zwróciła się do świadka Robaka – musi pan sam poszukać

– Już, proszę mówić, słucham panią, w jakiej sprawie pani do mnie dzwoni – usiłowała kontynuować rozmowę

– Yyyyy ….. eeeee …. aaaaa …. bo ja właściwie to nieee wieeem, zapomniaaałam – głos kobiety przypominał bek owcy

– Łoooj, bo sama pani meceenas wie jak to jest z beznadziejną głową i sklerooozą

– Nie proszę pani, nie wiem i mam nadzieję, że się nigdy nie dowiem, proszę sobie zapisać na kartce o co pani chodzi jak pani sobie przypomni i następnym razem zadzwonić z tą kartką przed oczami, do widzenia – rozłączyła rozmowę.

– Proszę państwa, ale tędy ! – zawróciła swoich ludzi w dobry korytarz.

– Pani mi odda mój scyzoryk – scenicznym szeptem i czujnie, po partyzancku rozglądając się na boki zwrócił się do jej uwolnionego od telefonu ucha świadek, Pan Wincenty.

– Nie mam trzeciej ręki panie Wincenty, żeby w tej chwili wykopać pana skarby z teczki spod akt – szlag ją trafiał, usiłowała ciężkimi torbami utorować sobie w tłumie drogę do bramki wyjściowej. Z wysiłku mdlały jej barki.

– Ale żeby Pani nie zapomniała i nie pojechała sobie z moim scyzorykiem, jest mi potrzebny – napominał pan Wincenty czosnkowo dysząc w jej kark i przepychając się wraz z nią w balansującym na mokrym marmurze wściekłym tłumie usiłującym wywalczyć sobie drogę na deszczową wolność – on zawsze jest ze mną, rozumie pani, nie mogłem go przed sprawą zostawić tym gliniarzom z rentgena.

– Zaraz wyjdziemy i panu oddam, spokojnie – poprzedzający ją w wąskiej, obudowanej gardzieli wyjścia podsądny szarpał się z metalowymi obręczami super-total-ultranowoczesnej bramki, której niespieszno było wypuszczać go ze swych żelaznych objęć.

– Do dołu niech pan tą obręcz popchnie – zwróciła się do zakleszczonego już prawie na nim leżąc, popychana napierającym, gestykulującym, wzburzonym sądowymi przeżyciami, rozgadanym i wrzeszczącym tłumem.

Delikwent szarpał metal w przód i w tył miotając się bezradnie.

– Jezusmaryja, po polsku pan nie rozumie, do dołu ! – krzyknęła. Niecierpliwy, ślepy tłum przydusił Sankję i wbiła wijącemu się jak w ukropie nieszczęśnikowi w objęte bramkowym kleszczem plecy teczkę z aktami. Na jej pośladkach leżał zduszony pan Wincenty i dyszeniem wyrażał obsesyjne zamiłowanie do czosnku.

– Dżizysss – jęknęła. Przegięła się nad biodrem bramkowego więźnia i popchnęła przednią obręcz bramki w dół. Nieoczekiwanie uwolniony wystrzelił jak z katapulty, a za nim wyleciała Sankja. Udało jej się złapać równowagę i nie palnąć ledwo co doprowadzonymi do stanu gwiazdorskiego przednimi zębami w marmurowy podest wejścia.

– Chryste Panie – jęknęła i odgarnęła mokre od potu włosy z oczu. Cała fryzurowa maestria pianki do układania włosów i lokownicy, jakiej dokonała o 6 rano przedstawiała obraz nędzy i rozpaczy.

– W razie pożaru nikt stąd żywy nie wyjdzie, wszyscy zginą – stwierdziła patrząc prosto w migającą do niej wesoło czerwonym oczkiem kamerę monitoringu. Miała nadzieję, że w kamerze był mikrofon i dobrze się nagrało. Przeszła w zadaszoną część imponującego, marmurowego wejścia do sądu. Było gorąco, parno i lało tak samo, jak o 5 rano, kiedy wstała. Zdjęła marynarkę i została w sukience na ramiączkach. Już nie musiała być super elegancka. Zaczęła szukać w teczce papierosów. Mżawka i wilgoć potęgowały wrażenie upału, który jakby aż kleił się do ciała.

– No, złapałem panią – dopadł ją zdyszany pan Wincenty – mój scyzoryk, niech pani oddaje

– Moment – musiała kucnąć i wybebeszyć teczkę.

– Proszę – wręczyła mu tzw. Mac Givera. Pan Wincenty porwał swój skarb z jej dłoni i nie mówiąc nawet do widzenia pomknął podskokami w szarą, mokrą rzeczywistość. Nie miała wątpliwości, że pan Wincenty był lekutko pierdolnięty. Ale w bardzo uroczy sposób. Tylko ten smród czosnku, ble.

Sankja zaciągnęła się z rozkoszą pierwszym od 6 godzin mentolowym. Czekała aż sądowy labirynt wypuści ze swoich kleszczy braci Robaków.

– Cześć Wojtuś, no co tam ? – odebrała telefon od wspólnika

– Wiesz co, jeśli ci nie przeszkadzam, tak sobie pomyślałem o twoim życiu, nie ?

– No ? – nie miała szczególnej ochoty na kolejną rozmowę o swoim trybie życia i zmianie specjalizacji na spokojniejszą.

– Bo ty nie doceniasz nudy, rutyny i spokoju, normalnie nie potrafisz. Specjalistka od najdziwniejszych i chorych sytuacji. Sama to prowokujesz, sama tego szukasz. Weź ty usiądź raz spokojnie na dupie, nie czepiaj się każdej roboty jaka ci w ręce wpadnie, nie szukaj zajęć, tylko pooddychaj i spokojnie pomyśl, nawet pocierp, pomęcz się nic nie robiąc, spróbuj tak nie pędzić, nie drgać cały czas, nie musi ciągle się coś dziać, naprawdę przeżyjesz bez emocji i przygód na co dzień. Spalisz się, rozszarpie cię to.

– Wojtuś … ja tak nie potrafię, wiesz o tym, znasz mnie, ja oszaleję, wybuchnę, nie wytrzymam tkwiąc w niczym. Ja muszę czuć, że żyję. A czuję, że żyję kiedy coś się dzieje i kiedy coś czuję, tak ? Zostaw mnie w spokoju.

Zapaliła papierosa. Położyła togę i marynarkę na teczkach pod ścianą. Bracia Robaki nadal nie opuszczali gmachu. Westchnęła.

– Wie pani, że kibel chłopski jest na amen zamknięty i w ogóle kurwa mać na kiblach, znaczy się drzwiach, tam nie ma znaczka żadnego WC ani trójkąta ani figurki, nic ? Ani strzałki gdzie jest też nigdzie nie ma ! I nikt nic nie wie ! – świadek Robak dopadł do niej i był wyraźnie, święcie oburzony.

– Wcale mnie to jakoś niestety nie dziwi – odpowiedziała kipiącemu ze złości, czerwonemu na twarzy świadkowi Robakowi.

– A gdzie pana brat ? – rozejrzała się, chciała jechać, czekała ich długa, zakorkowana, rozkopana droga z oczywiście niezsynchronizowanymi wahadłami. W kancelarii do wieczora miała poumawianych klientów.

– Stoi w kolejce do babskiego, też nieznaczony ten kibel i papieru w nim nie ma, pani adwokat to straszliwie wytrzymała kobita, nie sikała pani od rana, my to tak nie możem – popatrzył na nią z podziwem.

– No tak – zabrakło jej konceptu na inteligentniejszą odpowiedź.

– A nie chce się pani ? – zainteresował się troskliwie świadek Robak i popatrzył na nią badawczo przejeżdżając wzrokiem od stóp do głów.

– …. jakoś nie – odważyła się odpowiedzieć po chwili.

– Ale to bardzo niezdrowo ! – zakrzyknął.

– Wszystko co robię jest bardzo niezdrowe proszę pana – zdobyła się na refleksję.

– Ale i tak całkiem, całkiem pani wygląda – pocieszył ją świadek Robak.

– …….. tylko jakaś taka chuda strasznie – skonstatował po chwili.

– Błagam pana, skończmy ten temat – jęknęła Sankja.

Ludzie stojący przed wejściem wyraźnie z zainteresowaniem podsłuchiwali rozmowę.

Bramkowe kleszcze sądu wystrzeliły wreszcie drugim, spoconym i czerwonym na twarzy Robakiem.

– No, to jedziemy ! – złapała w jedną rękę togę i marynarkę, w drugą dwie teczki pełne akt i odważnie ruszyła w deszcz, w stronę schodów prowadzących na parking sądowy. Z tytułu dreptali grzecznie bracia Robaki. Kamery monitoringu, znudzeni ludzie pod wejściem, palacze i kierowcy w autach oczekujących na zwolnienie miejsca parkingowego z zainteresowaniem śledzili ten pochód w deszczu.

Sankja usłyszała nagle głośny trzask i miseczki jej gorsetowego, korygującego, zapinanego z przodu biustonosza wystrzeliły na zewnątrz, spod pach sukienki na boki, na żer ciekawskiego wzroku kamer i ludzi, a ciasne ramiączka bielizny usztywniane metalowymi prętami ściągnęły jej ramiona do tyłu, praktycznie ją unieruchamiając.

– Fak ! – przeklęła Sankja wypuszczając wszystko z rąk. Teczki z aktami chlupnęły prosto w kałużę wzbijając brudną, błotnistą fontannę i mocząc wizytową sukienkę aż do kolan. Woda wlała jej się w czółenka.

– Jejku, pani mecenas … eeeee ….. chyba coś tego, no, złego z pani biushalterem się porobiło – odważył się zareagować jeden z Robaków

– Tak jakby – wściekle i przez zęby warknęła Sankja wijąc się w bezskutecznej próbie uwolnienia od wrzynających się w ramiona i ściągających jej ręce do tyłu ramiączek szatańskiego wynalazku.

– Jakoś tego, no, można pani pomóc ?

– Niech pan mi to wyciągnie przez plecy … bosze … – szarpała się bezradnie.

– Eeee, ale jak to ? – świadek Robak, stary i zaprzały kawaler w wieku lat 70-ciu najwyraźniej nie był doświadczony w temacie biustonoszy i uwalnianiu ich od dam. Albo dam od nich, łotewe.

Kierowca wypasionej audicy otworzył zapadane deszczem okno i wystawił głowę na deszcz, żeby lepiej widzieć. W ślad za nim poszli inni kierowcy.

Sankja rozejrzała się z rozpaczą. Ludzie stojący na podeście przy wejściu do sądu pokazywali ją sobie palcami.

– Normalnie, łapa od góry pod sukienkę i niech pan ciągnie do góry do cholery !

Świadek Robak posłusznie wykonał polecenie wpychając jej rękę pod ciasną sukienkę w okolicy karku. Po czym zamarł.

– No co jest ?! – rzuciła do niego wściekle – niech pan ciągnie !

– Ale że co ciągnie ? – spytał autentycznie bezradny i jakby ociupek zrozpaczony.

Kierowca z audicy krztusił się ze śmiechu.

– Do cholery jasnej i na miły Bóg szukaj pan i ciągnij ! – straciła panowanie nad sobą – do góry trzeba ciągnąć !

Świadek Robak bezradnie obmacywał ją po plecach palcami. Gotowała się ze złości. Kobieta na podeście kucnęła i płakała ze śmiechu obserwując spektakl. Kamery monitoringu znieruchomiały na niej migając wesoło czerwonymi oczkami. Wyobraziła sobie policjantów sądowych zwijających się w tej chwili ze śmiechu przed monitorami, na tych swoich szarych krzesełkach obrotowych, piszczących, kwiczących, zamykających oczy z radosnej, złośliwej rozkoszy i walących się rękami po udach.

– Zdejmij pan to wreszcie ze mnie na miły Bóg – jęknęła błagalnie do tyłu do Robaka.

Świadek Robak namierzył wreszcie materiał gorsetu i z zamachem szarpnął, zatoczyli się obydwoje do tyłu omal się nie przewracając.

– Na litość boską do góry ciągnąć, nie do siebie ! – krzyknęła.

Kierowca audicy zachłysnął się dymem z papierosa. A żebyś się udusił  – przemknęło Sankji przez głowę.

Świadek Robak szarpał się z gorsetem ciągnąc go na lewo i prawo i miotał nią na boki, omal nie rozdzierając sukienki.

-Jjezzusss, do góry !!! czy pan rozumie co to znaczy „do góry”??? !!! Jak się pan do Boga modli ???!!!!

Sankji obojętna była nawet dyscyplinarka, jak można nie rozumieć prostych komend ? Jej pies rozumiał, a stary chłop – nie, nie dziwota że żadna baba go nie chciała.

Bóg jednak zadziałał – świadek Robak zaskoczył intelektualnie i pociągnął materiał do góry uwalniając ją od cudnego fatałaszka.

Kierowca audicy zaczął bić brawo. Robak jak osłupiały gapił się w nieoczekiwaną, zachwycającą zdobycz. Wyrwała mu z ręki gorset, pozbierała z mokrej eurokostki togę, marynarkę, złapała uchwyty teczek. Kilkudziesięciu gapiów kucało, piszczało, płakało i trzęsło się ze śmiechu, potoczyła dookoła wzrokiem, który zabija.

– Za mną ! – ryknęła do Robaków i nie oglądając się za siebie, tupiąc pomaszerowała do samochodu tak szybko, jak jej na to pozwalały niebotyczne szpilki.

Jej wybawiciel niespiesznie mościł się na przednim siedzeniu. Czekała z ruszeniem trzęsąc się z dzikiego wkurwu, aż zapnie pas bezpieczeństwa. W końcu wyrwała mu zapięcie pasa i z głośnym JEB! wbiła je w zatrzask.

– Pani to jest zajebista kobitka – wysapał do niej wreszcie zapięty, straszliwie przejęty i zmęczony przeżyciami Robak – ma Pani takie coś w sobie, no ten … takie ten ….

– Niech się pan do mnie nawet nie odzywa ! – warknęła wściekle do niego i z piskiem sparciałych, niewymienionych z braku czasu zimówek wystrzeliła z parkingowej eurokostki prosto przed siebie. Zadzwonił telefon. Odebrała nie patrząc.

– Bo ty naprawdę nie wiadomo po co przygód szukasz – zaczął Wojtek – bo weź pomyśl …

– jak Boga kocham przyjadę i cię kopnę !!! – nie mogła nawet rzucić telefonem, na co miała ochotę, bo wisiał jej na smyczy na szyi – spadaj !!!!

Inne opowiadania satyryczne:

https://palestrapolska.wordpress.com/2014/01/18/z-przygod-sedziego-tomasza-zdreda-kuchnia-polska/

https://palestrapolska.wordpress.com/2014/01/17/pozew-o-rozwod-jaki-kazdy-maz-moze-zlozyc-p-ko-zonie-adwokatce/

https://palestrapolska.wordpress.com/2014/01/07/taki-oloweczek/

https://palestrapolska.wordpress.com/2014/01/09/sad-nie-ma-orgazmu/