Wesołowska dziwne poczucie wolności

/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

Sąd Okręgowy

VI Wydział Rodzinny – Cywilny, Odwoławczy

w …

Powód: Marek Kilarecki, zam. ul. …

Pozwana: Zuzanna Sankja, zam. ul. …, adres do doręczeń : Kancelaria Adwokacka, Al. Solidarności 131/5,

Pozew o rozwód

W imieniu własnym wnoszę o:

1. rozwiązanie małżeństwa stron Zuzanny Sankja i Marka Kilareckiego, zawartego dnia 6 lutego 1995 r. w USC w Warszawie za nr 119/1995 – przez rozwód z wyłącznej winy pozwanej Zuzanny Sankja,

2. zasądzenie od pozwanej na rzecz powoda kosztów procesu według norm prawem przepisanych,

3. dopuszczenie dowodu z zeznań świadków:

– Mateusza Rackiego i Iwonę Ptaszyńską, których proszę wezwać na adres: Kancelaria Adwokacka, Al. Solidarności 131/5, ………….. – na okoliczności: trybu życia pozwanej, czasu spędzanego przez nią w pracy, gradacji wartości pozwanej i traktowania przez pozwaną domu jak noclegowni Brata Alberta,

4. przesłuchanie stron w trybie art. 299 w zw. z art. 304 k.p.c.,

5. wydanie wyroku zaocznego w razie zaistnienia przesłanek określonych art. 339 k.p.c.,

6. szybkie wyznaczenie terminu rozprawy i nie uwzględnianie przewidywanych wniosków pozwanej o zmianę terminu z powodu jej ważnych zawodowych czynności i obowiązków bo inaczej sprawa się nigdy nie odbędzie!

Uzasadnienie

Związek małżeński zawarłem z żoną w dniu 6 lutego 1995 r. w USC w Warszawie (dowód: odpis skrócony aktu małżeństwa).

Pobraliśmy się z miłości, na ostatnim roku studiów. Umów majątkowych nie zawieraliśmy. Dzieci nie posiadamy. Dla nas obojga jest to pierwsze małżeństwo i pierwsza sprawa o rozwód, żadne inne sprawy rodzinne czy karne między nami nigdy się nie toczyły.

Żona nie chciała zmienić nazwiska na moje – co niestety nie dało mi wówczas, zaślepionemu miłością, do myślenia – z powodu, jak sama przyznała, chęci czerpania profitów z nazwiska swojej rodziny składającej się ze znanych prawników. Moja rodzina nie jest znana w tzw. „elitach”. Zastrzegła także, że ewentualne nasze dzieci też będą nosić jej – a nie moje – nazwisko. Nie miało to dla mnie znaczenia, zaczynaliśmy robić kariery, ja naukową, żona prawniczą, nie mieliśmy własnego mieszkania ani dochodów i nie mogliśmy wówczas myśleć o dzieciach.

Żony od rana do nocy nie było – robiła aplikację adwokacką w dużej kancelarii adwokackiej, żeby zarobić na stancję (nie chcieliśmy mieszkać z rodzicami), przyjmowała też zlecenia na prowadzenie szkoleń i wykładów, w związku z czym często na kilka dni, do tygodnia wyjeżdżała, sama też się szkoliła, a nocami pisała – nawet do 6 rano, drukowała, brała prysznic, łykała grypex i witaminę C, żeby jakoś funkcjonować i jechała do sądu i kancelarii i znowu wracała koło 22 z kilogramami akt i siadała pisać.

W domu nie robiła – oprócz bałaganu – kompletnie niczego. W soboty jeśli nie miała czynności procesowych – odsypiała tydzień, w piątek w nocy mówiła „Dzień Świętego Szlafroka”, wyłączała domofon i wszystkie telefony i spała kilkadziesiąt godzin, zdarzało się, że budziła się dopiero w niedzielę. Na próby obudzenia reagowała agresywnie.

W niedziele przygotowywała się do spraw na kolejny tydzień i pisała. Nie odwiedzała ani swojej, ani mojej rodziny bo praca i nauka były najważniejsze.

Chodziła tylko na pogrzeby kogoś z bliskiej rodziny i śluby bliskich – na weselach nie zostawała, udawała chorobę albo ewakuowała się „po angielsku”.

Nikt nas nie odwiedzał bo jej albo nie było, albo spała i domofon był wyłączony albo pracowała i wszystko jej wtedy przeszkadzało.

Nie gotowała, nie sprzątała nawet po sobie, nie nastawiła pralki, przychodziła na nocleg a wszystko robiłem ja. Przez ponad 3 lata aplikacji mojej żony tak wyglądało nasze życie.

Myślałem, że gorzej być już nie może.

Jednak było – przed jej egzaminem adwokackim – półmetrowe stosy książek, komentarzy, kodeksów, wydrukowanych orzeczeń Sądu Najwyższego wymieszanych z kartonami po pizzy, kubkami po kawie, opakowaniami i okruszkami po ciastkach, skórkami z chleba po kanapkach, brudnymi talerzykami, i puszkami po redbulach – zajęły podłogę w 2 pokojach i kuchnię.

Na szczycie stosu w salonie królował laptop. Nie pozwalała niczego przełożyć, uporządkować, poskładać, wyganiała mnie, miałem do dyspozycji sypialnię i łazienkę, pozbawiła mnie dostępu do telewizora i nie pozwalała go włączyć, bo się uczyła.

Rozmawialiśmy, tłumaczyła, że to taki ciężki okres, że jak zda egzaminy końcowe i założy własną kancelarię to wszystko się zmieni. Współżyliśmy może raz na 6 miesięcy – bo najczęściej wstawała o 5 rano, gdy jeszcze spałem, przyjeżdżała w nocy – pisać i kładła się spać – gdy ja już spałem i była wiecznie zmęczona. Nie jeździliśmy na urlopy – bo ona ciągle pracowała i uczyła się. Kochałem ją ponad życie i czekałem cierpliwie aż się ten koszmarny okres w jej życiu skończy, żebyśmy mogli żyć normalnie.

Zdała egzaminy, założyła własną firmę adwokacką. Jest znanym, dobrym adwokatem i zajmuje się sprawami karnymi. Pracuje 14-16 godzin na dobę. Nie ma nawet czasu zjeść. Jest potwornie chuda. Przez 19 lat razem na urlopie byliśmy raptem 3 razy – ale tylko przez tydzień i oczywiście wisiała ciągle na telefonie bo musiała kontrolować sprawy, jakby bez niej miało się wszystko zawalić.

Nie wyjeżdżamy w lecie, kiedy mógłbym wyjechać na dłużej z uwagi na brak zajęć na uczelni – tylko w ferie zimowe, kiedy mam sesję egzaminacyjną i studentów na głowie i niewiele wolnego czasu, ale żona nienawidzi zimy i zgadza się skusić na wyjazd do ciepłych krajów tylko w tym okresie. Ostatnio na urlopie byliśmy 5 lat temu.

Praca bardzo zmieniła Zuzannę. Żona nie rozmawia ze mną – przesłuchuje mnie. Nie powie, nie spyta normalnie „widziałam Cię na ulicy jak jechałam samochodem, a cóż kochanie robiłeś o 12 na Marszałkowskiej?”, tylko jak ten pies śledczy: „byłeś na uczelni? W jakich godzinach? Wychodziłeś gdzieś? Po co, na co? A gdzie byłeś między 11 a 12?”

Jak jej przypominam jakiś nasz studencki wygłup, to rozgląda się czujnie wokół i szepcze „nagrywasz to?”.

Zwraca się do mnie imionami swoich wspólników: „Mateuszku”, „Jasieńku”, „Kaziu” do mnie mówi, albo – co gorsze – pseudonimami swoich klientów-bandytów, ostatnio „Jeba”.

Potrafi krzyknąć gromko w środku nocy, w domu, sprzed komputera tonąc w aktach „Iwoooonkoooo !!! Zrób mi kawę !!!”, domowy telefon i domofon odbiera ze słowami „słucham, Kancelaria Adwokacka”, bo ona ciągle w swojej świadomości jest w pracy.

Nie jeżdżę z nią samochodem, gdyż jest agresywna wobec innych użytkowników drogi, ostatnio, kiedy moja studentka śpiesząc się na zajęcia weszła na jezdnię, poza przejściem co prawda, bezpośrednio w nasz, jadący samochód i urwała nam lusterko, Zuzanna zamiast spytać dziewczyny, czy coś jej się nie stało, otworzyła okno i wrzasnęła, a głos ma bardzo donośny „blond-jamochłonie tapirowany, trzepnęłabyś pustym łbem w prawo lub lewo kretynko, żeby sprawdzić, czy coś nie jedzie!!!” i odjechała, specjalnie z piskiem opon, zapominając mnie wysadzić. Wstydzę się jej zachowania, gdy ona kieruje i już z nią nie jeżdżę.

Stale dzwonią do niej telefony, nawet w środku nocy, czy w Święta – oczywiście nie z życzeniami, to klienci z jakimś nie cierpiącym zwłoki interesem. Kiedyś policzyłem – od 6.30 do 8 rano zadzwoniły do niej 43 osoby. Uważam, że to nienormalne.

Żona mówi, że chce mieć ze mną dziecko. Pytam: „jak?”. Przecież ona nie ma nawet czasu, żeby je zrobić, wszystko przelicza na pracę: np. składam propozycję romantycznego wieczoru, a ona w najwyższym zdumieniu, jakbym nie wiem co – wspólny lot na księżyc zaplanował: „pokochać się chcesz??? Toż to z godzinę zajmie, a w tym czasie mogłabym ze 3 wnioski o warunkowe napisać albo zarzuty do apelacji, wiesz ile mam na jutro do napisania? Jaka jestem zmęczona? Nie widzisz, że ostatnia rzecz, o jakiej myślę to seks? Że nie mogę po takiej harówie mieć prawa do siły i ochoty na wygibasy bo bym chyba szurnięta była? A tak w ogóle to dlaczego mnie wcześniej nie uprzedziłeś? Mogę sprawdzić kalendarz kiedy będę miała czas i się umówimy, nie możesz poczekać do soboty????”.

Sobotę przesypia i warczy przy próbie obudzenia.

W niedzielę pisanie na poniedziałek i czytanie akt. A poza tym co to jest, że muszę na seks z własną żoną się umawiać i wpisywać w jej kalendarz??? Tym bardziej, że ma sprawy sądowe, czynności w prokuraturach i aresztach, wyjazdy i klientów powpisywanych od rana do nocy z co najmniej miesięcznym wyprzedzeniem a w sprawach karnych to jest tak, że z dnia na dzień jej coś wyznaczą albo w tym samym dniu, trwa to nie wiadomo ile, a obrońca musi być i wtedy całe ze mną umawianie i wpisywanie w kalendarz i tak przysłowiowy szlag trafia. Nie chcę mieć dzieci z taką kobietą.

Kiedy zarzucam żonie, że dom jest zapuszczony, że przecież ja też pracuję, mam uczelnię, wyjazdy zagraniczne, to ona mówi „zatrudnię gosposię”.

Ja się nie zgadzam.

Ona się obraża, bo jest do wyższych celów stworzona niż mycie garów.

Traktuje mnie jak lokaja, przynieś, wynieś, pozamiataj, obsłuż. Ja szukam w tym, za przeproszeniem, burdelu, jaki zrobiła w swoim pokoju – jej rajstop i majtek – bo ona nie ma czasu na szukanie ani włożenie czegokolwiek do szuflady czy szafy.

Nawet bułki czy serka sobie sama nie kupi, bo pracuje dłużej niż sklepy osiedlowe.

Bez sekretarki Iwonki chybaby zginęła, albo umarła śmiercią głodową.

Poczty skierowanej na adres zameldowania też nie odbierze, bo wyjeżdża do pracy zanim cokolwiek otworzą, a przyjeżdża, gdy już wszystko jest pozamykane.

Niczego nie wie co się w świecie i w Polsce dzieje, bo nie ma czasu oglądać telewizji, gazetę przeczyta może raz w tygodniu przy jedzeniu, żeby czasu nie tracić.

Dowodem na skrajne wariactwo mojej żony jest to, że nawet do toalety chodzi z aktami, kodeksem i laptopem!!!

Nie ma czasu na chodzenie do fryzjera – sama sobie obcina włosy w łazience.

Nie chodzi do lekarza – pracuje chora, aż dosłownie padnie i zabiera ją pogotowie.

Z przepracowania i nie dbania o własne zdrowie pozwana od kilku lat średnio raz w roku ląduje w szpitalu. Każe sobie przywozić tam laptopa i akta i pracuje. Nawet wtedy ciągle są u niej albo wspólnicy, albo inni adwokaci czy aplikanci, dzwonią klienci po porady albo z awanturami, że ona śmie być chora, a tu sprawa, nawet sędziowie, że koniecznie ona, a nie kto inny musi być na sprawie, nieważne że umierająca i pod kroplówką, albo sparaliżowana bo z dźwigania kilogramów akt dysk jej wypadł, z kolei lekarze nie są w stanie jej opanować i z sali chorych robi się kolejna kancelaria.

Niedługo obydwoje skończymy 43 lata.

Żyjemy nadal jak świeżo upieczeni absolwenci na dorobku.

Nasz dom to dla żony hotel. Nie pamiętam nawet, kiedy ze sobą współżyliśmy.

Nie mamy żadnych wspólnych tematów do rozmowy.

Żona nikomu nie ufa. Prowadząc ciągle cudze sprawy – nie zajmuje się własnymi, nawet o nich nie pamięta. Naszą rodzinę ulokowała na ostatnim miejscu w hierarchii swoich wartości.

Nie wie, kiedy wzięliśmy ślub, zapomina o moich urodzinach, składa mi życzenia urodzinowe i robi urodzinowe prezenty „jak popadnie”, a to we wrześniu, a to w listopadzie, a to w grudniu.

O innych rodzinnych ważnych datach, nawet własnych urodzinach, też nie pamięta.

Ale za to doskonale pamięta i wie, że we wtorek 16-tego mija termin apelacji Kowalskiego, zapowiedzi kasacji Nowaka i zażalenia na areszt pani Pudełkowej.

Jest nieprzytomna – liczy się dla niej tylko praca – nawet jeśli nie przynosi profitów. Nie chcę dłużej żyć i mieć dziecka z kobietą, której nigdy nie ma, która paranoicznie postrzega świat, dla której praca jest najważniejsza, która na nic innego niż praca nie ma siły i ochoty, nawet na przyjemności.

Mówiłem żonie, że to pracoholizm, że powinna się leczyć. Odparła „tak, tak, znam z praktyki takie przypadki mężów wmawiającym żonom chorobę psychiczną, niczym mnie nie zaskoczysz”.

Pytam jej, czy nie widzi, że trzeba coś w naszym, jej, życiu zmienić – otóż widzi. Tylko odracza tą zmianę. Do spłaty kredytów. Nie wierzę w to. Kredyty możemy spłacać z mojej pensji, to żaden argument.

Żona sama siebie oszukuje, że nie można żyć inaczej. Można. Ona nie chce i nie potrafi zmienić swojego trybu życia, a do psychologa iść nie chce bo czasu nie ma na – jak to określa – „pierdoły saskie”. Mnie wysyła. Mam jej powtórzyć co powie. Nawet poszedłem, opowiedziałem, psycholog kazał żonie zgłosić się na terapię.

Nie zgodziła się z braku czasu, pozorując dobrą wolę spytała, czy mogę chodzić za nią i w weekendy jej powtarzać co było.

Sytuacja jest beznadziejna. Nie kocham już Zuzanny.

To nie jest kobieta, to cyborg.

Nasze małżeństwo z winy pozwanej – jest fikcją – nie prowadzimy wspólnego gospodarstwa, nie robimy nawet razem zakupów, mamy oddzielne konta bankowe, nie żyjemy ze sobą i moim zdaniem – nie kochamy się, choć Zuzanna twierdzi uparcie, że mnie kocha. Niestety nic w jej zachowaniu względem mnie na to nie wskazuje. Dlatego uważam, że zmarnowałem z tą kobietą 19 lat i nie ma sensu ratować naszego związku – Zuzanna zbyt zajęta jest ratowaniem cudzego, spapranego życia, żeby mieć czas na własne – które sama sobie już zniszczyła, podobnie jak jej głupi klienci. A ja mam dosyć bycia boyem hotelowym sławnej pani mecenas – nie po to brałem z nią ślub, aby ją obsługiwać w roli gosposi domowej, kucharki, praczki i sprzątaczki.

Wyłączną winę za rozkład pożycia w naszym związku ponosi pozwana Zuzanna Sankja.

Ze swojej strony zrobiłem wszystko, co można było, aby ratować małżeństwo i mimo własnej pracy zawodowej nie zaniedbywałem domowych i rodzinnych obowiązków, spełniając nawet role zarezerwowane tradycyjnie dla kobiety – gotowałem, zmywałem, sprzątałem, prałem i robiłem zakupy. Pozwana nie okazała dobrej woli nawet przy zorganizowaniu przeze mnie psychologicznej pomocy dla reaktywowania naszego związku.

Z uwagi na powyższe pozew jest konieczny i całkowicie uzasadniony, a ewentualne kolejne próby mające na celu reaktywowanie naszego związku – z braku czasu pozwanej – są bezcelowe i z góry skazane na niepowodzenie.

Załączniki:

1. odpis skrócony aktu małżeństwa,

2. zaświadczenie o zarobkach netto,

3. opłata sądowa – 600 zł w znakach sądowych,

4. odpis pozwu.

Marek Kilarecki

sowa i kot poczatek rozwodu