sędzia Zdred wyroki audiotelehttps://www.facebook.com/SlepymOkiemTemidy

/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

Z przygód sędziego Tomasza Zdreda.

Kuchnia polska”

„Przeszedłeś na poziom trzynasty” – wyświetlił ekran telefonu komórkowego Tomasza Zdreda. Ułożone w tle komunikatu w odpowiednich sekwencjach kulki mieniły się wszystkimi kolorami tęczy przywołując uśmiech tryumfu na twarz gracza. Tylko on wiedział ile kosztuje wysiłku mozolne i równocześnie z każdym kolejnym poziomem gry coraz szybsze układanie opadających z góry ekranu elementów. Uśmiech nie zdążył jednak rozgościć się na jego twarzy na zbyt długo. Nieomal w tym samym momencie, w którym rozświetlony telefon komórkowy, zamieniony w konsolę do gry sygnalizował kolejny sukces gracza, drzwi do sali otworzyły się gwałtownym szarpnięciem. Tomasz wzdrygnął się; nie musiał nawet patrzeć w stronę wejścia aby wiedzieć, że w ten sposób na salę wkracza pani Joanna. Przebycie odcinka trzech metrów dzielących drzwi wejściowe od stołu, za którym siedział Tomasz zajęło jej nie więcej niż ułamek sekundy, w którym i tak zdążyła z ogromnym impetem zatrzasnąć je, jak również wygłosić komunikat:

  • – Mamy klientów panie sędzio, adwokatka obwinionego też jest. – po czym zajęła miejsce na krześle umiejscowionym po lewej stronie stołu sędziowskiego.

Tomasz Zdred z niechęcią zerknął na ułożone przed nim w szeregu akta. Z jeszcze większą niechęcią odłożył telefon komórkowy licząc, że po pierwsze pani Joanna nie dostrzeże tego ruchu, a po drugie, że dyskretne odłożenie narzędzia rozrywki nie będzie wiązało się z utratą wyników gry, osiągniętych przecież z takim mozołem.

  • – Panie sędzio, chyba zaczynamy, i tak mamy opóźnienie – o ile głos pani Joanny dawał złudzenie, że nie dostrzega jego nerwowych ruchów, to już jednak spojrzenie jakim go obdarzyła: pełne wyrzutu i braku akceptacji – nie pozostawiało złudzeń, co sądzi na temat nałogu swego przełożonego.

Tomasz Zdred westchnął w duchu, wyprostował w fotelu i wyćwiczonym przez kilkanaście lat ruchem narzucił na swą szyję sędziowski łańcuch. Lubił ten moment, sam ceremoniał nieodmiennie kojarzył mu się z oglądanymi z tatą w dzieciństwie westernami, w których czy to biali, czy też czerwonoskórzy eksploratorzy prerii z wprawą operowali liną związaną w lasso. Oczywiście było coś perwersyjnego w celebrowaniu zarzucania na swą własną szyję imitacji lassa, tym nie mniej dla Tomasz Zdreda sentyment dziecięcych fascynacji zwyciężał nad wszelkimi argumentami „dorosłej” logiki. Kiedy już łańcuch został przysunięty na odpowiednią odległość do szyi, Tomasz dopiął poły togi i sięgnął do stosu akt spoczywających w misternym rzędzie (ułożonym, a jakżeby inaczej, przez panią Joannę) wyciągając ostatnie z nich. Biała okładka sugerowała postępowanie o wykroczenie, długopisowy nadpis w prawym górnym rogu akt natomiast, że jest do drugi termin rozpoznania sprawy. Różnica z kolei charakteru pisma sekretarek nanoszących zmiany i brak adnotacji o postępowaniu instancyjnym wskazywały, że dzisiejsza rozprawa musi być efektem wniesionego sprzeciwu od wyroku nakazowego. Nazwisko obwinionej wytłuszczone czarnym drukiem na okładce nic jednak nie mówiło Tomaszowi. Tak samo zresztą jak i kwalifikacja prawna wykroczenia: art. 51 § 1 kodeksu wykroczeń – poza tym, ze w sprawie chodziło o zakłócanie spoczynku nocnego lub spokoju.

Pani Joanna z marsową miną wpatrywała się w Tomasz Zdreda. Ten rzucił w jej stronę jedno ledwie ukradkowe spojrzenia, a i tak spotkawszy się z zimnym wzrokiem swej sekretarki odwrócił nie tylko wzrok, ale i głowę. Pani Joanna całą sobą wyraźnie sugerowała, a nawet domagała się w milczący sposób wywołania sprawy. Nie było w tym nic dziwnego, zegar wiszący zaraz nad drzwiami wejściowymi wskazywał na godzinę 15.00, a zaniesiona do sekretariatu na początku dnia pokaźna sterta zarządzeń na pewno jeszcze oczekiwała na zajęcie się nimi. Sędzia Tomasz Zdred też z chęcią zakończyłby dzisiejsze spotkanie z Temidą, jedynym problemem było to, że pomimo heroicznych wysiłków nie mógł sobie przypomnieć, czego ma dotyczyć ostatnia tego dnia rozprawa. Otwierając akta zdążył tylko przeczytać treść zarzutu, w którym Policja domagała się ukarania niejakiej Michaliny Floryńskiej za to, że:

w okresie czasu dwóch lat, do dnia 21 października 2013 roku hałasem polegającym na głośnym tupaniu w podłogę i uruchamianiem pralki po godzinie 21.30 w cyklu prania pełnego zakłóciła spokój i spoczynek nocny Anzelmowi Michalskiemu”.

  • – „Będzie jazda” – pomyślał jeszcze, po czym zrezygnowany zdobył się na odwagę, zerknął w stronę pani Joanny i wydusił z siebie chrapliwe:

  • – No to wołamy.

Pani Joanna podeszła do drzwi, otworzyła je i zawołała. Donośnie jak zwykle. Na pewno słyszeli ją petenci i świadkowie znajdujący się w drugiej części sądu. Jeśli oczywiście o tej porze znajdowali się jeszcze jacyś chętni do spotkania z wymiarem sprawiedliwości inni od tych, którzy oczekiwali pod salą rozpraw zajmowaną przez sędziego Tomasza Zdred. Powrót pani Joanny na jej miejsce protokolanta był równie błyskawiczny. Już zdecydowanie więcej czasu potrzebowały na wejście pozostałe osoby. Pierwszy oczom Tomasza ukazał się chuderlawy mężczyzna, który na sale rozpraw wkroczył w akompaniamencie stuknięć wydawanych przez trzymaną w prawej ręce laską. Nie był osobą w podeszłym wieku, twarz jednak i cała postać: skurczona i drżąca przy każdym kroku sugerowały, że był osobą mocno doświadczoną przez życie. Głęboko osadzone oczodoły wydawały się zapadać niczym dwie studnie, otaczały je liczne grubsze i cieńsze bruzdy zmarszczek. „ A wiec oto jest nasz pan Anzelm” – pomyślał sędzia Zdred, próbując równocześnie dostrzec w aktach, czy zgłosił swój udział w sprawie w charakterze oskarżyciela posiłkowego. Zgłosił, a przynajmniej wskazywało na to odręczne pismo, w którym Anzelm Michalski oświadczył, że: „ja niżej podpisany Anzelm Michalski, świadomy swoich praw i kodeksowych uprawnień chcę działać jako ten oskarżyciel i domagam się aby tę lafiryndę Floryńską sędzia wyeksmitował z zajmowanego przez nią bezprawnie mieszkania, a przynajmniej zakazał jej robienia prania i tupania”. Lata zasiadania w sędziowskiej ławie uodporniły Tomasza Zdreda na wszelkie już chyba oczekiwania i żądania osób, przychodzących lub choćby tylko piszących do sądu. Nic nie wskazywało na to, aby pan Anzelm mógł być oceniany jako osoba rozsądna, z drugiej jednak strony te same lata doświadczeń kazały z ostrożnością podchodzić do wszelkich definicji pojęć takich jak: „rozsądek” i przede wszystkim „prawda”.

Chwilę po panu Anzelmie w wejściu na salę rozpraw ukazała się mniej więcej dwudziestoletnia dziewczyna, w której Tomasz Zdred nieomylnie rozpoznał obwinioną, panią Michalinę Floryńską. Ubrana w klasyczną garsonkę sprawiała wrażenie osoby stonowanej i wyważonej. Na jej twarzy malował się jednak niepokój, widać było, że z obawą wkracza na nieznaną sobie przestrzeń sądowej Sali: nie wie, w którą stronę ma się udać, a obecność stojącego tuż obok z jeszcze bardziej zaciętą miną pana Anzelma nie pomaga jej w opanowaniu emocji.

Mimo wyraźnych starań polegających na lekkim popychaniu i uspokajającym poklepywaniu po ramieniu nie pomagało w uspokojeniu zachowanie trzeciej osoby wkraczającej na salę. Była to atrakcyjna, mniej więcej trzydziestosześcioletnia kobieta, ubrana w togę z zielonym wyłogiem adwokata. Delikatny makijaż komponował się z miło fizjonomią twarzy, nie skażonej zmarszczkami ale i też botoksowymi wstawkami. Ładnie oprawione oczy szczelnym parawanem otaczał rząd rzęs, których gęstość i powab nie został znacznie wzmocniony ingerencją tuszu. Nigdy nie widział jej wcześniej, co wzbudzało w nim nawet pewien niepokój, nie wiedział bowiem czego może spodziewać się po jej zachowaniu i jakie może mu złożyć wnioski dowodowe lub nie daj Boże, formalne. Poza tym było późno, pod stołem leżała nie zakończona rozgrywka, a on sam miał ogromną ochotę opuścić niegościnne podwoje sądu i udać się na obiad. Oczywiście przechodząc wcześniej na czternasty poziom gry.

  • – Dzień dobry – powiedział Sędzia Tomasz Zdred do wchodzących, uśmiechnął się przyjaźnie, po czym poprosił Pana Anzelma o zajęcie miejsca w ławie po prawej stronie sali.

Pan Anzelm nie odwzajemnił uśmiechu, z marsową i pełną oburzenia miną, stukając laską zajął jednak wskazane miejsce od razu rozkładając przed sobą rozliczne notatki, pisma i szpargały. Do obwinionej nie musiał już nic mówić. Michalina Floryńska kierowana gestami przez swego urokliwego obrońcę zajęła miejsce w przeciwległej ławie. Towarzysząca jej pani adwokat nie zajęła jednak miejsca obok swej mandantki tylko podeszła do stołu sędziowskiego mówiąc:

  • – Wysoki Sądzie, dzień dobry. Nazywam się adwokat Zuznanna Sankja, nie miałam przyjemności występować w sprawach prowadzonych przez pana sędziego i wiem, że jakkolwiek dziwnie to zabrzmi zapomniałam w dniu dzisiejszym swej legitymacji służbowej.

Tomasz Zdred na dźwięk tych słów zamarł. Wprawdzie nigdy nie widział na oczy stojącej przed nim kobiety, nazwisko jednak i imię „Zuzanna Sankja” nie było mu obce. Ba, było mu znane w sposób nadzwyczajny, jak chyba zresztą każdemu prawnikowi pracującemu w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. I to niezależnie od wykonywanej profesji. Zuzanna Sankja była bowiem najsłynniejszą pozwaną w sprawie rozwodowej od chyba kilkudziesięciu lat, a pozew stworzony przez jej małżonka powielany jakimś cudem w sieci wzbudzał rozliczne komentarze i podgrzewał domysły. Według twierdzeń powoda jego małżonka przez kilkanaście lat małżeństwa podpisała cyrograf nie tyle z Diabłem co z paragrafem, oddając sprawom, klientom każdą godzinę swego życia. Włączając w to czas spędzony w domu, który zamieniła w drugą kancelarię, wliczając czas w kuchni, w której na miejscu książki kucharskiej stały kodeksy. I której nigdy nie używała zgodnie z przeznaczeniem. Nie zapominając o chłodnej niczym wody Arktyki sypialni, w której jeśli już Zuzanna Sankja miała bywać, była obecna tylko ciałem, duszę oddając rozmyślaniom nawet nie o Anglii, tylko o Temidzie. I oto teraz przed oczyma Tomasza Zdreda, sędziego prowincjonalnego sądu rejonowego zmaterializowała się ta sama Zuznana Sankja prosząc o uwierzenie, że jest sobą. Tomasz Zdred wierzył. Wierzył pomimo tego, że stojąca przed nim kobieta nijak nie sprawiała wrażenia zakutej w gorset kodeksów. Wprawdzie toga nie pozwalała na odkrywanie zakątków ciała, sugerowały smukłość i zaokrąglenia adekwatne do tego, aby nazwać je atrakcyjnymi.

Zuzanna Sankja nie wydawała się być jednak przekonana, że swymi tłumaczeniami odpowiednio wyjaśniła swoją tożsamość. Z lekkim rumieńcem na policzku tłumaczyła Tomaszowi Zdredowi, że właśnie wraca z sądu okręgowego, ze sprawy rozwodowej i to swojej, na której nie musiała okazywać legitymacji służbowej, wystarczył tylko dowód osobisty, który na pewno gdzieś ma, wkładała go bowiem w dokumenty wychodząc z rozprawy rozwodowej. Nerwowo przeszukiwała przy tym trzymane w dłoni dokumenty aby w końcu położyć je na wprost sędziego. Nie było w niej nic z opisywanego w pozwie dystansu, chłodu i wyrachowania. Tomasz Zdred widział przed sobą kobietę lekko zagubioną, z której emanował dyskretny urok. Może nie lubił zbyt często analizować sądowego orzecznictwa, przez lata jednak nauczył się dokonywać szybkich, zwykle trafnych ocen ludzi. Ocen, które tak samo mogły przekładać się na rozstrzygnięcie w sprawie jak i ocen, które skonfrontowane z miażdżącym materiałem dowodowym musiały pozostać wyłącznie tajemnicą znaną tylko Tomaszowi Zdredowi. Zuzanna Sankja nie przestawała wertować leżących na stole sędziowskich dokumentów cały czas tłumacząc, ze jej dowód osobisty musi gdzieś tam być. Przekładała przy tym kolejne kartki papieru, na których jak zauważył Tomasz znajdowały się dokumenty związane z toczącą się wcześniej jej sprawą rozwodową. W pewnym jednak momencie przed oczyma Tomasza w całej okazałości i krasie znalazło się zdjęcie, na której Mecenas Zuzanna Sankja leży na sofie. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie fakt, że nie okrywała jej toga. W rzeczy samej nie okrywało ją nic, za wyjątkiem czegoś, co spoczywało w okolicach jej łona i przypominało ładnie przyozdobione i gotowe do podania spaghetti. Na zdjęciu znajdował się napis: „kolacja gotowa skarbie”, potwierdzający wcześniejsze przypuszczenia. Sędzia Tomasz Zdred zdążył jeszcze z dumą pomyśleć, że nie mylił się absolutnie co do oceny kształtów pani mecenas, gdy ta zorientowała się, że właśnie wprawdzie we wcieleniu fotograficznym, jednak w całej krasie ukazuje się oczom sędziego. Nie straciła jednak rezonu, opanowała i widząc, że strony obecne na Sali nie zauważyły zdjęcia spokojnym ruchem odwróciła je go góry nogami i włożyła pomiędzy inne dokumenty. W dziwny sposób nie było już w niej ani odrobiny wcześniejszej niepewności, nie było też i hardości. Tomasz Zdred nazwałby to po prostu klasą. Zuzanna Sankja chrząknęła lekko i pokazała trzymany w dłoni dowód osobisty, który musiała w międzyczasie odnaleźć. – Sąd nie ma wątpliwości co do tożsamości pani mecenas –powiedział Tomasz Zdred i uśmiechnął się delikatnie.

Zuzanna Sankja odwzajemniła uśmiech lekkim uniesieniem kącików ust i odwróciła się odchodząc w stronę swojej klientki. Zrobiwszy jednak raptem jeden krok odwróciła się na chwilę i powiedziała z takim samym, a wydawałoby się, że nawet ciut mocniejszym uśmiechem, patrząc przy tym Tomaszowi Zdredowi prosto w oczy:

– Wszelkie pogłoski o tym, abym nie lubiła gotować są mocno przesadzone.

Tomasz Zdred nie miał ku temu najmniejszych wątpliwości.

Ś.O.T.

(c.d.n.)

************

Inne opowiadania satyryczne:

https://palestrapolska.wordpress.com/2014/01/17/pozew-o-rozwod-jaki-kazdy-maz-moze-zlozyc-p-ko-zonie-adwokatce/

https://palestrapolska.wordpress.com/2014/01/10/przygody-poszukuja-ofiar-wszedzie/

https://palestrapolska.wordpress.com/2014/01/07/taki-oloweczek/

https://palestrapolska.wordpress.com/2014/01/09/sad-nie-ma-orgazmu/