/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które “się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że “odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

MAJAŃSKI  MAJ  I  MECENAS  JOZIN  DRACULA

Sekretarz sądowy Joanna chrząknęła po raz trzeci. Sędzia Zdred niechętnie oderwał oczy od telefonu, w którym zdobył właśnie kolejny poziom swojej ulubionej gry i spojrzał pytająco na Joannę.

Miał nieszczęście czasowo wylądować w wydziale cywilnym swojego Sądu co doprowadzało go do myśli samobójczych.

– Ech …. – jęknął z rozpaczą – Pani sprawdzi, czy są strony.

– W sprawie z powództwa Gerwazego Bzdetki przeciwko Aleksandrowi Najmojszemu wszyscy na salę!

Weszli.

Dwaj mężczyźni w średnim wieku podobni do nikogo.

I jeden… Eeee…. Indianin.

– Taaaak… – Tomasz Zdred popatrzył w akta i zamknął oczy. Policzył do dziesięciu. Otworzył oczy. Spojrzał na salę. Indianin nie zniknął.

– Stawili się powód Gerwazy Bzdetka? To pan, proszę siada pan po tej stronie. I pan pozwany Aleksander Najmojszy? Proszę zająć miejsce po przeciwnej stronie, dziękuję, a Pan to? – zwrócił się do Indianina nadal stojącego jak słup soli na środku sali.

– To proszę sądu najwyższego mój pełnomocnik – Gerwazy Bzdetka zerwał się gorliwie z miejsca.

– Wysokiego sądu – poprawił Zdred.

– Tak jest sądzie najwyższy! – przytaknął skwapliwie powód kłaniając się raptownie i tak nisko, że omal nie przypakował czołem w ławę.

– Wysoki!

– Tak jest! – Gerwazy Bzdetka ponownie złożył się jak scyzoryk bijąc ukłony.

– No to wreszcie się zrozumieliśmy, pan powód się tak nie kłania sądowi, sąd to nie król a sala rozpraw to nie dwór, proszę panie pełnomocniku…. – wbił oczy w Indianina i zawiesił głos w oczekiwaniu na podanie przez niego imienia i nazwiska.

Cisza. Zero reakcji, na ogorzałej twarzy mężczyzny nie widać było żadnej mimiki.

– Sądzie najwyższy to jest Maj! – zerwał się znowu powód.

– Wysoki sądzie – poprawił ponownie Zdred – Maj, a imię?

– Wysoki sądzie najwyższy to jest Maj i nazywa się po majańsku! – gorliwie wyjaśnił Gerwazy Bzdetka.

– Panie powodzie! – Tomasz Zdred postanowił użyć tonacji głosu z kategorii „twardy i zasadniczy” – pana pełnomocnik chyba sam potrafi to sądowi wyjaśnić i się przedstawić?

– Najwyższy…

– Wysoki!

– Tak!

– Co tak?

– Że wyjaśni! Sam!

Tomasz Zdred nabrał pełne płuca powietrza i powoooooli je wypuścił.

– To niech pełnomocnik wyjaśnia.

– Ale on jest głuchoniemy! – poderwał się z ławki pozwany Aleksander Najmojszy.

– Ale kto?!!! – krzyknął z przerażeniem sędzia Zdred.

– No ten pełnomocnik, ten Maj!

– Jak to głuchoniemy?

– Normalnie, głuchy jak pień i niemowa w dodatku! – wykrzyknął czerwony na twarzy pozwany.

– Panie pełnomocniku – zwrócił się Zdred do Indianina – proszę podać imię i nazwisko oraz dokument pełnomocnictwa i legitymację korporacji zawodowej.

Indianin ani drgnął.

– Panie powodzie Gerwazy Bibka – zwrócił się sędzia do powoda.

– Bzdetka, Bzdetka proszę sądu najwyższego! – poderwał się znowu powód wykonując szybki ukłon

– Wysokiego, Bzdetka, tak, przepraszam, sąd sie pomylił.

– Łooooj, bo to sądowi najwyższemu pewnie jakaś bibka w głowie…- chichotliwie próbował przypodobać się powód.

– Panie powodzie!

– Przepraszam sądu najwyższego…

– Wysokiego!!! – ryknął zrozpaczony Tomasz Zdred

– Wysokiego sądu najwyższego przepraszam – kontynuował niezrażony Bzdetka z lizusowskim uśmieszkiem na twarzy.

– Tylko wysokiego, niech pan powód zostawi sąd najwyższy w spokoju i wyjaśni teraz kto jest pana pełnomocnikiem.

– Sądzie…

– Wysoki – podpowiedział Zdred.

– Wysoki – powtórzył powód Bzdetka – moim pełnomocnikiem jest Maj.

– Maj a imię? Zawód?

– Maj, taki majański Maj, prawdziwy.

– Dobrze, jak się nazywa?

Gerwazy Bzdetka zanurkował do przepastnej teczki i zaczął szperać po papierach wysypujących się na ławkę.

– Czego pan szuka panie powodzie?

– Jak się nazywa mój Maj.

– Acha – Tomasz Zdred musiał przetrawić tą wiadomość. Nie czuł się w procedurze cywilnej tak pewnie jak w karnej. Ewidentnie nie.

– No, znalazł pan?

– Ufff – sapnął Gerwazy podnosząc triumfalnie rękę z żółtą karteczką postis – mam!

– To proszę podać sądowi imię i nazwisko swojego pełnomocnika skoro on sam nie raczy tego…

– Jest głuchoniemy! – krzyknął znowu pozwany Aleksander Najmojszy podrywając się z ławki.

– I co z tego, co z tego? – rzucił syczącym głosem powód w stronę pozwanego – ciesz się że ty jeszcze nie jesteś!

– Panie powodzie!

– Już, już sądzie najwyższy, proszę, mój Maj nazywa się Hłe…hłe..h a dalej yyyy…. Huj….tyyy…zil…ih…huuuj…tyyy… i na końcu litera „ly”…. Chyba.

Zapadła cisza.

– Czy sąd się przesłyszał, czy przed chwilą pan powód użył tu na sali słów uznanych powszechnie za obraźliwe? – zapytał groźnie Tomasz Zdred.

– On się tak nazywa!!! Po majańsku! – krzyknął powód.

– To akurat prawda! – wtrącił się pozwany – wybrał sobie pieniacz jeden majańskiego głuchego niemotę z najbardziej chujo…

– Panie pozwany!!!

– nazwiskiem na świecie – dokończył Aleksander Najmojszy.

– Pan da tą kartkę z imieniem i nazwiskiem swojego pełnomocnika – polecił Zdred Gerwazemu Bzdetce i wyciągnął rękę. Żółte postis wylądowało w jego dłoni. Popatrzył. Huehueh Huitzilihhuitl. „O słodki Jezusie….” jęknął  w duszy Tomasz Zdred.

– Panie powód! – postanowił być stanowczy i uciąć ten absurd.

Gerwazy Bzdetka poderwał się do postawy „baczność” i ponownie zademonstrował zgięcie w pół.

– Tak sądzie najwy…

– Wysoki!!!! – ryknął aż pani Joanna podskoczyła na krzesełku – koniec z tym najwyższym! Nie ma najwyższego! Wysoki! Pana pełnomocnik jest głuchoniemy?

– Tak sądzie yyy… wysoki! Wysoki, wysoki! Tak, tak!

Zdred powstrzymał się od riposty.

– Obywatelstwo i zawód jakie ma pana pełnomocnik?

– Obywatelstwo to wiem, że majańskie, a zawód to tego, też pewnie jakiś majański, nie pytałem, majańskiego nie znam, tego języka mikowego też nie umiem.

– Jakiego języka??? – zdumiał się Tomasz Zdred.

– He, he, he – zarechotał pogardliwie pozwany – a co ty w ogóle umiesz tyyyy, tyyyy…

– Panie pozwany!!! – zadrżały szyby. Zdred szybkim wzrokiem zastrzelił pozwanego i powrócił do zabijania powoda.

– Mikowego? – powód najwyraźniej nie był pewny.

– Zostawmy to. Pana pełnomocnik zna język polski? Rozumie co tu mówimy, co się dzieje?

– Yyyy… nie wiem.

– Jak to pan nie wie? To jak ma pana taki pełnomocnik reprezentować?

– No być tu!

– Acha, być tu. To proszę, pan Huj…yyyy – zerknął na karteczkę. Nie był w stanie wymówić nazwiska Maja – przepraszam, pan Hłehłeh sobie usiądzie – popatrzył na Maja. Indianin stał.

Tomasz Zdred wiedział, że jak się mówi głośno, powoli i dużymi literami – to każdy się z każdym dogada więc powtórzył:

– U U U Ś Ś Ś Ś I I I I I Ą Ą Ą Ą Ą DŹ DŹ DŹ DŹ I I I I E E E E – jednocześnie ręką dając Indianinowi znak „siad”, jak psu.

Indianin usiadł. Teoria porozumienia międzynarodowego po raz kolejny się potwierdziła.

– Dobrze, zacznijmy. Pan powód popiera powództwo?

– Tak i chcę matkę ekshumować, bo 14 lat temu mi ją onkolodzy zamordowali.

– Ekhm – zakrztusił się Tomasz Zdred – ale to nie jest sprawa o ekshumację pana matki.

– Ale może być – oświadczył usłużnie powód.

– Nie, nie może.

– Dlaczego?! – krzyknął oburzony Gerwazy Bzdetka. Sędzia Zdred zaczął nabierać podejrzeń, że powód nie udaje osoby niezrównoważonej, ale faktycznie jest z nim coś nie tak.

– A to już niech panu pana pełnomocnik majański wyjaśni.

– Ale ja nie znam majańskiego ani mikowego!

– Ale sam pan sobie takiego pełnomocnika wybrał proszę pana, proszę mieć pretensje do siebie, a nie do sądu, słucham w przedmiocie pozwu, ma pan swój pozew?

– Mam – naburmuszył się Bzdetka – co mam nie mieć, jak mam. No pozywam tego tam Najgorszego…

– Ej, ej! – poderwał się pozwany – Te! Zryta beretka!

– Panowie! Sąd wzywa do zachowania spokoju i kulturalnego zachowania obu panów i ostrzeżenie wpisuje do protokołu, że ponowne takie zachowanie będzie skutkowało wymierzeniem kar pieniężnych! Pani Joanno – zwrócił się do sekretarz – Pani tam skopiuje wie pani co, z tej sprawy o nasikanie przez kota na trawnik sąsiadki, proszę! Pan powód kontynuuje. Kulturalnie kontynuuje!

– Za to go pozywam, że nie mam pracy!

– Tak, pan pozwany jakie jest pana stanowisko?

– Jeszcze niech mnie ten bałwan pozwie, że nie ma bezpłatnej służby zdrowia! – krzyknął oburzony pozwany

– Aaaa, na to nie wpadłem – ucieszył się Bzdetka.

– Co ja mam wspólnego z jego pracą, no co? – kontynuował Najmojszy żałośliwie.

– A właśnie co, bo może to właściwość sądu pracy? – Zdred złapał się tej nadziei, jak tonący brzytwy i postanowił zignorować wypuszczonego ustami pozwanego w przestrzeń sali sądowej  „bałwana”.

– Nic! Byłem naczelnikiem urzędu skarbowego jak ten tam pracę stracił bo go zwolnili bo chlał i sobie ubzdurał konstytucję, że ma gwarancję pracy, że to urzędy skarbowe powinny mu tą pracę znaleźć i dać. I przyłaził! I był przerażający, nie taki jak dziś! Przerażający swoim wariackim spokojem! I jego pies pogryzł mojego!

– To wasze psy też się nie lubią? Eeechchch – steknął Zdred. Sąd pracy, ta jutrzenka różana, ta nadzieja, rozwiał się i zniknął niczym szary osioł we mgle.

– Ja zmieniam pozew! – poderwał się Bzdetka z ławki – Zmieniam! O, tu, tu mam, proszę sądu – podleciał do sędziowskiej „lady” z papierami – pół miliona teraz chcę! Pół!

Los był jednak łaskawy dla Zdreda.

– Opłacony?

– No nie bo…

– Pani Joanno proszę zaprotokołować, w tym miejscu powód składa pismo zatytułowane „zmiana pozwu” z którego wynika, że wartość przedmiotu sporu wynosi 500.000 zł w związku z czym sąd poucza powoda o konieczności opłacenia pozwu i niewłaściwości Sądu Rejonowego do rozpoznania sprawy w związku z wysokością roszczenia, a wobec braku opłaty zmienionego powództwa rozprawę odracza bez terminu. Panie powodzie, wezwanie do opłacenia brakującej opłaty od rozszerzonego pozwu przyjdzie panu pocztą, dziękuję, proszę opuścić salę.

Bzdetka z Najmojszym popatrzyli na siebie z nienawiścią i zaczęli wbijać sterty papierzysk z powrotem w teczki.

– I zabrać ze sobą pełnomocnika! – dodał Zdred widząc brak reakcji majańskiego Maja.

Po wyjściu stron i głuchoniemego pełnomocnika majańskiego z ulgą zrzucił z siebie togę i łańcuch i oddał się tetrisowej katharsis.

ŚOT sędzia na próbęŚlepym Okiem Temidy

Zapomniał się i zgubił w spadających z sufitu wyświetlacza klocuszkach do tego stopnia, że do powrotu do świata realnego potrzebował bodźca zewnętrznego.

Bodziec nastąpił.

– Już po czasie, panie sędzio. Wywoływać sprawę? – zapytała Sekretarz Joanna

– Proszę – odrzekł sędzia, wzdychając tak, że aż poruszyły się żaluzje na oknach w sali.

– Zenon Dusigrosz i wszyscy w spraaawieee! – ryknęła Joanna na korytarzu. Sędzia zobaczył najpierw mecenas Zuzannę Sankję i skóra mu ścierpła. Sankja miała jakąś taką nieokreśloną minę, a Zdred znał ją zbyt dobrze, aby nie wiedzieć, że wróży to jakieś kłopoty. Za Sankją wtoczyła się jej klientka, pozwana Witomiła Utalentowana, następnie trzech mężczyzn – to pewnie powód i świadkowie, a na końcu wkroczył? Wkroczyła? Wkroczyło? Sędzia zaczął gorączkowo myśleć, jak określić indywiduum, które weszło do sali. Na pierwszy rzut oka było to płci męskiej, przynajmniej sądząc po ubiorze, miało bowiem na sobie frak, ale makijaż i fryzura odebrały sędziemu pewność, czy identyfikacja była trafna. Miał ów osobnik wprawdzie długą, białą brodę, ale jeszcze dłuższe włosy, makijaż w stylu smoky eyes i karminowe usta w wyraźny sposób nie współgrały z resztą. Osobnik przed stołem sędziowskim skręcił na lewo siadając na miejscu strony powodowej. Wszyscy zajęli miejsca, choć Zuzanna Sankja podejrzanie długo szukała akt w swojej torbie pod stołem. Kiedy się wreszcie wynurzyła, była czerwona na twarzy. Może od długiego schylania się. Sędzia Zdred tkwił w stuporze, dopiero kolejne chrząknięcia Sekretarz Joanny przywróciły mu względną przytomność.

– Otwieram rozprawę przed Sądem Rejonowym w Miasteczku Śląskim – wyszeptał sędzia wymawiając wszystkie słowa w jednej tonacji, gdyż nadal szok nie pozwalał mu na normalne prowadzenie sprawy. – Kto się stawił? Powód Zenon Dusigrosz jest? Powód Zenon Dusigrosz osobiście.

Następnie sędzia przeniósł wzrok na osobnika i nie wiedząc, czy należy powiedzieć „Pan” czy „Pani” wybrał bezpieczną opcję:

– Proszę się przedstawić. Osobnik wstał i wyrecytował:

– Mecenas Jozin Dracula, herbu Krewka, pełnomocnik powoda.

Z ławki Zuzanny Sankji doszły dziwne odgłosy. Ni to prychnięcia, ni gulgotanie i coś jakby miauczenie kota. Sędzia Zdred wyglądał jakby miał dostać zawału albo wylewu, albo i jednego, i drugiego. Zdołał wysapać tylko:

– Słucham?

– Mecenas Jozin Dracula, herbu Krewka, pełnomocnik powoda! – osobnik ryknął dwa razy głośniej.

– Jo…jozin zzzz phhhihihi Bazin? – dotarło do Zdreda od strony adwokat Sankji. Zignorował. Ono stało na baczność. Sekretarz Joanna jak sparaliżowana zawisła nad klawiaturą.

– Mecenas Jozin Dracula, herbu Krewka, pełnomocnik powoda!!!! – zadrżały szyby a sekretarz Joanna po raz drugi w tym dniu podskoczyła na krzesełku.

Zdred nie był w stanie tego podyktować. Na szczęście Sekretarz Joanna znała swoją robotę i po otrząśnięciu się z traumy szybko i sprawnie wpisała, co wszyscy usłyszeli. Podobnie, wpisała nazwisko pozwanej i Zuzanny, bo sędzia nadal nie mógł wydobyć z siebie głosu. Po dłuższej chwili mocno krępującej ciszy, przerywanej jedynie trudnymi do zidentyfikowania odgłosami ze strony Sankji, Zdred zapytał:

– Czy może mi pan mecenas okazać legitymację adwokacką lub radcowską?

– Nie mogę, albowiem gdyż takowej nie zaposiadam, zapowiadając iż jest to kwestią czasu, albowiem gdyż rozpocząłem właśnie studia na Wyższej Szkole Gotowania Na Gazie i Prawa, fakultet prawo i jestem już po trzech zjazdach łykendowych w tej wszechnicy.

Z okolic ławki pozwanych dziwne odgłosy nasiliły się. Może Sankja dostała czkawki?

– To wobec tego nie może pan…

– Pan Mecenas. – usłużnie podpowiedział osobnik – Jestem mecenasem.

– No nie! – Zdred odzyskał zwykły wigor – mecenasem pan nie jest i daj Boże nigdy… Tu Zdred urwał i ugryzł się w język, bo nie chciał zostać posądzony o stronniczość. Zaczął łagodniej:

– Może pan powoda co najwyżej reprezentować jako pełnomocnik na podstawie stałego stosunku zlecenia, ale musi pan wykazać ten stosunek.

ŚOT jedno zdanie za dużohttps://www.facebook.com/SlepymOkiemTemidy

Osobnik Dracula herbu Krewka zerwał się na równe nogi:

– Ja nie mam stałego stosunku?! Ja jestem stały w uczuciach! Moje małżeństwo trwało cały rok!

– Majański? – palnął Tomasz Zdred nieoczekiwanie dla samego siebie.

– Jaki majański? Księżycowy! I trzy dni. To mało?! A jak jestem stały w uczuciach, to jasne, że i w stosunkach! Z panem Dusigroszem mam już stałe stosunki od kilku lat!

– Ale to trzeba udowodnić – Zdred był teraz jadowicie przemiły.

– Hm…, tego…, myśmy tego jeszcze w szkole nie przerabiali…, dokształcę się i eee… przyniosę odpowiednie dowody!

– Sąd postanowił warunkowo dopuścić Jozina Draculę do udziału w rozprawie, zobowiązując go do złożenia w terminie 3 dni dowodu na okoliczność stałego stosunku zlecenia, pod rygorem pominięcia czynności z jego udziałem. – Zdred podyktował protokolantce i poprosił o przedstawienie stanowisk stron.

Dracula zerwał się z ławki dumnie prezentując swój arystokratyczny profil i dłoń ozdobioną sygnetem herbowym.

– Wnoszę aby sąd nakazał pozwanej Utalentowanej zapłacenie mojemu moczodawcy, oj, sorki, mocodawcy, dziesięciu tysięcy złotych, albowiem gdyż wiadomym jest iż pożyczył pozwanej na miesiąc tysiąc złotych, co równe jest jednemu biblijnemu talentowi, a ona oddała mu tylko jeden talent, jak sługa nieużyteczny, który talent zakopał, zamiast pomnożyć – jednym tchem wystrzelił Dracula herbu Krewka.

– A poza tym chciałem ekskomunikować sądowi że pozwana groziła mojemu mo…mocodawcy gazem, tak, gazem groziła i tutaj oto… – schylił się do worka ponaszywanego cekinami, guzikami, misiami, z wyszytym znakiem pacyfki i napisem „make love not war”

– Tutaj oto…. tym oto gazem… – Dracula z zacięciem kopał w worku, z którego dochodziły nieidentyfikowalne dźwięki i brzęki.

Oto tutaj mamy dowód rzeczowy, gaz którym groziła, o! – z hukiem postawił na ławę damski kulkowy dezodorant Rexony.

– A i jeszcze wnoszę o natychmiastowe zasądzenie kosztów przyjechania mojego na tą sprawę bo aż z Poznania jechałem. Mercedesem. Żeby to było uwzględnione. Tak. Tyle na razie. – Mecenas Dracula stał jeszcze przez chwilę w ławce ale nie doczekawszy się reakcji cicho usiadł.

Wielkość oczu Zdreda dorównywała teraz sporym filiżankom. Na szczęście wstała Sankja i wniosła o oddalenie powództwa podnosząc, że strony w umowie pożyczki wskazały, że zwrot ma nastąpić w wysokości nominalnej, a ponadto żądanie odsetek w wysokości tysiąca procent jest zakazaną lichwą, wobec czego umowa, nawet gdyby takie odsetki przewidywała, byłaby w tej części nieważna.

– Ależ ja przez dwa miesiące studiowałem pastornictwo w JU-ES-EJ! Tam uczyli, że jak ktoś pożycza talent, to ma oddać dziesięć, bo tako rzecze Pismo! – krzyknął Dracula.

– Co przepraszam pan studiował i gdzie? – Zdred aż wychylił się znad stołu.

– No w Ju-Es-Ej. Taki kraj. Hameryka znaczy. A pastornictwo to taki kierunek, po którym miałem zostać pastorem kościoła jakiegoś tam, tylko nie pamiętam jakiego.

– Aha. – mruknął Zdred. – I tam może uczyli pana, że kiedy nie ma po co żyć, to trzeba żyć na złość innym, tak? – nienawidził wydziału cywilnego, był gotowy powiedzieć tysiąc słów za dużo, aby tylko się go stąd pozbyli.

– Pana mecenasa – znów uprzejmie podsunął herbowy potomek Krewków.

– A może proszę księdza? – warknął wściekły Zdred.

– Wystarczy pana mecenasa – uśmiechnął się uroczo Dracula pokazując zza szminki wybielone, gwiazdorskie ząbki.

– I tam także nauczyli P A N A – dobitnie zaakcentował tego „pana” Zdred – że odsetki tysiąc procent w skali miesiąca są dozwolone? I sąd się już boi zapytać czego JESZCZE tam PANA nauczyli! I co JESZCZE PAN tu sądowi pokaże!!! – krzyknął zrozpaczony.

– Oj tam oj tam wysoki sądzie, no wiadomo, że czasem, kiedy człowiekowi jest bardzo przykro, to sam staje się przykry i to widać po sądzie ale to ja pokażę, iż prawa takie stoją w książce, w takim naszym podręczniku, „Holy Bajbel” go nazywali w Hameryce.

Zanim Zdred zdążył zaprotestować, Jozin Dracula podszedł do stołu sędziowskiego z grubą księgą i w tym momencie zza rękawa jego fraka kapnęła na akta krew. Najpierw kropla, potem druga i jeszcze trzy.

– Co panu jest?! Pan jest ranny?! – krzyknął Zdred.

– Eee tam ranny, od razu ranny, na fali trzeba być, z modą iść, takie tam sznyty sobie zrobiłem. Zawsze tak robię, gdy jestem w świątecznym nastroju. A dziś wielkie święto, bo debiutuję w sądzie. – z uroczym uśmiechem zwierzył Dracula podciągając rękawy fraka i dumnie prezentując po dziesięć równych nacięć na każdej ręce, z których sączyła się krew.

– Ochrona!!!!! – wrzasnął Zdred, wydając z siebie więcej decybeli, niż startujący Airbus 330, aż ze szpitala po drugiej stronie ulicy wychyliły się ciekawe głowy – Ochrona!!! Wyprowadzić tego…

– Pana mecenasa – po raz kolejny zabawił się w suflera Dracula. Na salę wbiegło dwóch osiłków i złapali samozwańczego mecenasa.

– Ooooo, Piotruś, co ty tu robisz? – zdziwił się jeden z ochroniarzy.

– Piotruś??? – zapytali jednocześnie Zdred i Sankja.

– No Piotruś, Piotrek Mitomański, pracował w ochronie Tesco razem ze mną do lutego, ale ja teraz przeszedłem do pracy w sądzie. Nie wiedziałem, że Piotruś też.

 adwokat kto cie bedzie repr Żwirek czy Muchomorek