/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

Sankja i Zdred – szkolenie z postępowania karnego

Sobota, 13:30. Centrum szkoleniowe.

 

Adwokaci Zuzanna Sankja i Rafał Niekuś wpadli zdyszani do holu i spytali się, gdzie odbywa się szkolenie z postępowania karnego.

 

– Skończyła się pierwsza część. Teraz jest obiad – powiedziała zgrabna dziewczyna z uśmiechem przyklejonym do twarzy i pokazała Sankji i Niekusiowi wejście do restauracji. – Zapraszam.

 

Łup! Zuza i Rafał zakorkowali się próbując jednocześnie przekroczyć drzwi jadalni wraz z bagażami. Tak naprawdę po wielogodzinnej drodze byli potwornie głodni i rzuciliby się na cokolwiek.

Przejechali 400 km mijając tylko stacje benzynowe na których jedynym ciepłym posiłkiem były hot dogi. Oboje postanowili 2 dni wcześniej przejść na weganizm, więc niestety spożywali mineralną niegazowaną. Dumali, czy by nie zjeść samych ciepłych bułek od hot doga z ketchupem – ale w cieście mogło być jajko!

 

Odstąpili więc od karygodnego podbijania popytu na towar sprawiający cierpienia i śmierć kurom z chowu klatkowego.

Postawili bagaże pod ścianą i rozejrzeli się po sali. Wszystkie stoliki były zajęte przez sędziów, prokuratorów, adwokatów i radców. Gdzie tu usiąść? I co zjeść?

 

– Niekuś ojesssu – wyjęczała Zuzanna czując zapach szaszłyków i wbijając wzrok w wielką, srebrną tacę pełną mięsa. Mięsa z bestialsko pomordowanych zwierząt, o czym starała się pamiętać.

 

– Wiem – wyszeptał – rozgrzeszam cię. I się też rozgrzeszam, ogłaszam odpust, szukaj miejsca! Bo zeżrą!

 

– To najpierw łapmy te szaszłyki! – Sankja złapała talerz i nałożyła sobie hojną porcję szaszłyków, Niekuś nie zwlekając ani sekundy poszedł w jej ślady.

 

Zaczęli się rozglądać po sali za wolnym miejscem.

Ich wzrok padł nagle na stolik w kącie. Siedział tam jakiś kosmita, przed którym stały 3 talerze z górami spaghetti. Na głowie miał durszlak. Nie, to nie kosmita! To był sędzia Zdred.

Lawirując między krzesłami i stolikami i starając się nie wywalić szaszłyków dotarli w końcu do niego.

 

– Dzień dobry, Panie Sędzio. To chyba ostatni wolny stolik, możemy się dosiąść?

 

– Pszoszm… – odpowiedział Zdred, przełykając spaghetti, jakby zaraz miałby ktoś miał mu zabrać talerze. Sankja przypomniała sobie, że Zdred ostatnio zmienił wiarę na pastafarianizm.

 

– Straciliśmy coś?

 

– Niewiele. Prokuratorzy się pieklą, bo będą ich reorganizować. Radcy nie za bardzo rozumieją, po co ich władze upierały się przy obronach. Jest gość z Ministerstwa, Marian Oblat. Znacie, kojarzycie? Bardzo charakterystyczny gość, zdecydowany zwolennik patriarchatu, zakazu aborcji i in vitro. Kobietę postrzega w kategoriach niemieckich 3K

 

– A co to są te 3K? – zapytał Niekuś łapczywie połykając wielkie kawały drugiego już szaszłyka, który trzymał w ręku zalewając wyciekającym tłuszczem białe mankiety.

 

– Jak to co? Kinder, Küche, Kirche. No i ten Oblat zazwyczaj ma minę jak kot w kuwecie w trakcie, o, przepraszam, nie przy jedzeniu. No i Oblat jak to Oblat, jak często nie padałyby słuszne uwagi krytyczne pod adresem noweli kpk, to on i tak uważa, że MS ma rację, zawsze rację i tylko rację, a jak nie ma racji, to za pośrednictwem mediów on wymusi na Sądzie Najwyższym, żeby i tak miało rację.

 

Sankja na samą myśl o wiceministrze Oblacie przegrała walkę z szaszłykiem. A w zasadzie przegrała ją bluzka Sankji, gdyż to na niej wylądowała połówka szaszłyka. I bluza Zdreda, na której wylądowała druga. Zdredowi co prawda za bardzo to nie zaszkodziło, gdyż jego sweter i tak był już poplamiony sosem bolognese, ale Sankja wręcz nienawidziła jakichkolwiek plam na swojej odzieży. Zapominając, gdzie jest i kto jeszcze jest na sali, pobiegła sprintem do walizki stojącej pod ścianą. Pomyślała, że to dobrze, że jeszcze z Niekusiem nie odebrali kluczy od pokojów i się w nich nie zamontowali. Otworzyła walizkę i gorączkowo zaczęła w niej szukać bluzki na zmianę. Jakieś paseczki, gumeczki od ciuchów i bielizny zaczepiały się o siebie, wściekła wyrwała pęk materiału z walizki i coś się wreszcie odblokowało i wystrzeliło jak z procy za jej plecy. Jest, jest bluzka, znalazła! Odwróciła się i zobaczyła, że tak intensywnie rozkopywała walizkę, że z rozpędu wystrzeliła do tyłu swoimi ulubionymi czarnymi, koronkowymi stringami, które wylądowały centralnie w kieliszku z winem, z którego korzystał wiceminister Oblat. Czerwona jak burak Sankja podbiegła do stolika Oblata, szarpnęła za stringi, przewracając kieliszek i wylewając zawartość czerwonego trunku na pana wice, w drugiej ręce trzymając czystą bluzkę. Popruła do łazienki. Marian Oblat, jako teoretyk i urzędnik MS, nie trawił prawników-praktyków, zwłaszcza przedstawicieli wolnych zawodów. Teraz jeszcze bardziej, właśnie odkrył, że adwokatów nie lubi w szczególności.

 

Sankja wróciła przebrana i miała wrażenie, że wszyscy się na nią gapią, zaś wiceminister Oblat nie tyle z nieukrywaną niechęcią, co z nienawiścią, nie wiedząc, co ona robi tutaj, a nie przykuta kajdankami do kaloryfera w kuchni. On już wiedział co zrobi. Skoro obrońca ma być teraz na życzenie, postanowił, że nie dopuści do podwyższenia stawek za urzędówki. MS będzie miało własnych niewolników.

 

– Masz, na pocieszenie – Niekuś wyciągnął z kieszeni zawiniątko z ciastkami. Sankja i Zdred jednogłośnie odmówili, pamiętając ostatnie przeboje po niekusiowych ciachach.

 

Szkolenie miało typowy przebieg, do godziny 18:00 wykłady, a potem bankiet dla uczestników.

 

************************************

 

Sankja aż musiała zerknąć w plan szkolenia. Niedziela rano i sala była pełna, a przecież zazwyczaj Państwo Prawnicy na pierwszych niedzielnych wykładach na szkoleniach wyjazdowych zawsze odsypiają sobotnie bale. I fakt, sala była pełna osób, które wszelkimi możliwymi sposobami starały się udowodnić, że potrafią podnieść obie powieki jednocześnie – przeważnie nieskutecznie.

Ze strony niektórych krzeseł od czasu do czasu można było usłyszeć głośniejsze chrapnięcie. Kolejne przygarbione postaci, z podkrążonymi oczami, ewentualnie worami pod oczami, które mogły pomieścić 30 kg kartofli (każdy!) wbijały się do sali i zajmowały miejsca coraz bliżej stołu wykładowców.

 

 

– Aaaaaa, fakt! – pacnęła się dłonią w czoło Sankja, budząc odgłosem plaśnięcia Niekusia i kilkoro uczestników szkolenia siedzących najbliżej. – Dzisiaj kontradyktoryjność!

 

W końcu zjawili się wszyscy wykładowcy, usiedli za swoim stołem i rozpoczęło się omawianie rewolucji w postępowaniu karnym. Kontradyktoryjność. Podobno ulga na zbolałe sędziowskie serducha i bat na prokuratorów oraz obrońców, którzy wreszcie będą musieli wykazać się jakąś inwencją.

 

– Proszę Państwa! – rozpoczął wykład profesor Kizierski, wykładowca postępowania karnego i adwokat. – Dziękujemy za tak liczne przybycie, przynajmniej fizyczne. Wiemy, że zmiana logiki postępowania karnego i przejście na zasadę kontradyktoryjności to coś całkowicie nowego i wzbudza Państwa żywe zainteresowanie.

 

– Chraaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaap!!! – Sankja szturchnęła Niekusia w łokieć, ten zamlaskał, otworzył oczy i usiadł prosto.

 

– Dziękuję Pani Mecenas! – uśmiechnął się Kizierski i kontynuował. – Po przemianach, jakie zaszły w naszym państwie nareszcie przyjęto zasadę, która powinna być dawno temu wprowadzona, aby całkowicie zerwać z naleciałościami poprzedniego systemu. Sądy nareszcie zajmą się tym, czym powinny, czyli orzekaniem. To strony, prokuratorzy i obrońcy, będą zmuszone do przedstawiania dowodów dla udowodnienia stawianych przez siebie twierdzeń.

 

– Przepraszam Panie Profesorze! – wstał adwokat, którego Sankja nie znała. – Czy jednocześnie została praktycznie wprowadzona zasada domniemania niewinności, czy nadal jako obrońcy mamy udowadniać, że klient jest niewinny w miejsce tego, że to prokurator ma obowiązek udowodnić winę?

 

Ze strony sali, którą okupowali sędziowie dało się słyszeć groźny pomruk.

 

– Panie Mecenasie! – odpowiedział profesor. – Zasada domniemania niewinności cały czas znajdowała się w kodeksie postępowania karnego. Jako wykładowca, ale również praktyk, spotkałem się z problemem rozstrzygania wątpliwości na niekorzyść oskarżonych. Mam nadzieję, że po wejściu zasady kontradyktoryjności, zasada domniemania niewinności będzie w pełni przestrzegana. Krótko mówiąc, oskarżyciel będzie musiał udowadniać winę, okoliczności obciążające, itp., a obrońca będzie musiał udowadniać alibi, okoliczności łagodzące, wyłączające bezprawność, i tak dalej.

 

Z sektora prokuratorskiego podniósł się prokurator Jerzy Kamień:

 

– Ależ Panie Profesorze! Prokuratura nie jest przygotowana organizacyjnie na tak rewolucyjne zmiany! Przecież to oznacza, że na rozprawę będzie musiała chodzić osoba, która sporządzała akt oskarżenia, a przynajmniej osoba, która chociaż zapoznała się ze sprawą i wie, o co w niej chodzi. Prokuratorzy będą musieli przygotowywać się do rozpraw!!! Zasada prawdy materialnej będzie czystą fikcją, kiedy sąd nie będzie musiał do niej dążyć, bowiem wszyscy wiedzą, że tylko prokuratorzy, jako najświętsi strażnicy praworządności, będą zainteresowani w tym, aby do niej dążyć!

 

Prorok i prawda materialnaAutor: Ślepym Okiem Temidy

 

 

– Faktycznie, ból – zachichotała Sankja do Niekusia.

 

– Proszę Państwa! – powiedział znaczącym tonem profesor Kizierski – Państwo Mecenasi, proszę o spokój. Tak, prokuratorzy będą musieli porządnie przygotować akt oskarżenia, przygotować się do pytania świadków. To samo dotyczy obrońców. Sąd już nikogo nie będzie wyręczał, dowody z urzędu powinien przeprowadzać w sytuacjach absolutnie wyjątkowych, czyli przeważnie wtedy, gdy oskarżony będzie działał sam, ale nie zawsze, tylko w szczególnych okolicznościach. Państwa przygotowanie do rozpraw będzie miało ogromne znaczenie dla wyniku postępowania.

 

Profesor kontynuował wykład. Uczestnicy szkolenia siedzący w części adwokackiej, radcowskiej i prokuratorskiej słuchali z coraz większym zainteresowaniem. Sektor sędziowski rozparł się wygodnie w swoich krzesłach i oddawał przyjemnym myślom o mającym nastąpić błogostanie.

 

Wykład się skończył. Sankja i Niekuś wyszli z sali na obiad. W drzwiach minęli dwóch dyskutujących sędziów.

 

– Zdzisiek! – powiedział jeden do drugiego. – Jak prokuratorzy nie podołają z tą kontradyktoryjnością, to co z nami? Pisałeś Ty kiedyś uzasadnienie wyroku uniewinniającego?

 

– Aaa tam, dalej będę skazywał. U nas i tak wszystkie apelacje są oczywiście bezzasadne.

 

************************************

 

Kilka dni później.

 

Sędzia Tomasz Zdred spotkał na korytarzu sądowym sędziego Cystę.

 

– Słyszałeś? – spytał go Cysta – Wiceminister Oblat ma od kilku dni w Ministerstwie ksywę „Czarny String”. Nie wiesz przypadkiem o co chodzi?

 

– Ekhm! – zakaszlnął Zdred – nie mam pojęcia, ale to i tak lepsza ksywa od Muszelak Kiełbasa!

 

– Phy! – obruszył się sędzia Cysta, wielki fan Muszelaka Kiełbasy, po czym odwrócił się na pięcie i odszedł starając się, aby jego krok był maksymalnie agresywny.

 

 

ministerstwo dziwnych kroków Monthy Python