Kogucik(źródło grafiki do mema: http://zdjecia.nurka.pl/images/obrazki.joe.pl-sub-images-spiewajacy-kogut.gif)

/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

SANKJA, ZDRED I UZURPATORZY

                Aplikant adwokacki Anna Zabieg wpadła zziajana do budynku Sądu Rejonowego Warszawa – Śródmieście. Całą drogę z dworca biegła, prowadzona przez GPS w telefonie komórkowym, bo miasto było tak zakorkowane, że po pół godzinie jazdy autobusem przejechała zaledwie 30 metrów. Cóż poradzić – stolica. Przez cały czas wypominała sobie, że nie jechała wcześniejszym pociągiem. Przecież od lat jeździła PKP, ale jednak trzeba przyznać, że 12 godzinne opóźnienie spowodowane faktem, iż maszynista pomylił się i pojechał trasą przez Białystok jest niecodziennym wydarzeniem, nawet jak na polskie realia. Zamiast przyjechać wieczorem i wyspać się przed rozprawą, Anna Zabieg była niewyspana, zmęczona i zmarznięta. Miała być substytutem na dwóch rozprawach i czuła, że to przekracza jej siły. Nie było jednak odwrotu. Pierwsza rozprawa zaczynała się o 8:30.

                Do tego Natura postanowiła na najbardziej deszczowy i wietrzny dzień wybrać akurat dzień dzisiejszy, wobec czego do siedziby Sądu dotarła przemoczona, zziębnięta do szpiku kości i z połamaną parasolką. Musiała wyglądać wyjątkowo nieszczególnie, bo nawet panowie w srebrnych bransoletkach przyglądali jej się z mieszaniną współczucia i obrzydzenia. Grzecznie zapytała się w punkcie obsługi interesantów, gdzie znajduje się sala sądowa nr 13 i ciągnąc za sobą strugi wody potuptała we właściwym (a przynajmniej taką miała nadzieję) kierunku.

                Zdążyła w ostatniej chwili, bo już wywoływano sprawę. W ostatniej chwili zdążyła się też uchylić, ponieważ nieoczekiwanie, już w drzwiach, tuż przed jej twarzą przefrunęła skórzana aktówka, za którą do sali sądowej wparowało 100 kg żywej wagi, ubrane w bardzo elegancki, a co za tym idzie, bardzo drogi garnitur. Garnitur miał ekstrawagancko zarzuconą na ramię togę (zapewne by był lepiej widoczny znak firmowy jednej z włoskich firm odzieżowych) i zajął niemalże całą ławę obrończą. Anna Zabieg i jeszcze jedna pani mecenas (najwyraźniej jakiś genialny karnista, bo w oczach sędziego na jej widok pojawił się lekki popłoch) jakoś się ścisnęły. Niemniej trochę wody z przemoczonych włosów aplikantki spadło na aktówkę Garnituru, której wartość oceniała na mniej więcej wysokość jej półrocznej pensji.

– Uważać! To oryginalny Gucci! – warknął i wyszczerzył idealnie białe zęby oraz spojrzał na aplikant Zabieg z wyraźną wyższością i pogardą w oczach – Ale niech się pani aplikantka nie martwi, jej takie problemy nie grożą. Do tego trzeba mieć wysokie ambicje zawodowe, żeby pozwolić sobie na stawkę 1000 zł za godzinę, no chyba że w wyjątkowych przypadkach, to 400 zł. Ale pani aplikantce nie wróżę wyjścia poza przysłowiowe drewno w lesie. I niech pani aplikantka zrobi coś z tymi workami pod oczami, to już ja jako mężczyzna pełną gębą wiem, do czego służy korektor.

                Przestraszona, przytuliła się bardziej do siedzącej po jej drugiej stronie pani mecenas, przez co dla odmiany zmoczyła ją. Ta jednak tylko delikatnie się uśmiechnęła i pożyczyła jej chusteczki, dzięki czemu udało jej się przynajmniej trochę osuszyć. Trochę ją martwiło, że na chusteczkach było widać czarne plamy, co oznaczało, że cały makijaż jej spłynął, ale pocieszała się, że może jednak nie jest najgorzej.

– *** –

                Sprawa oczywiście się nie odbyła, ponieważ nie dotarła zwrotka od jednego ze świadków. Właściwie rzecz ujmując, od jedynego świadka. Garnitur wyraźnie zły, wybiegł z Sali, mamrocząc coś o spisku sędziów ze starymi adwokatami. Anna Zabieg za bardzo go nie rozumiała, po pierwsze dlatego, że przemiła Pani Mecenas Zuzanna Sankja pozwoliła jej zatrzymać chusteczki, po drugie zaproponowała wspólne zamówienie pizzy, po trzecie wcale nie była taka stara. Najwyraźniej jednak to była tylko taka metafora Garnituru, bo oczekujące na dostawcę Sankja i Zabieg (chwilowo przestało padać, a oprócz uwielbienia dla pizzy łączył je także równie szkodliwy nałóg nikotynowy) zostały od stóp do głów zmoczone przez ruszającego z piskiem opon mercedesa. Na przednim siedzeniu leżała elegancka, znana im aktówka.

                – Ja tu niedaleko mieszkam, może Pani skorzystać z mojej łazienki – na te słowa Annie Zabieg w głowie rozległy się radosne pieśni, a w jej oczach mecenas Sankja urosła do roli cudownego anioła zesłanego przez niebiosa, aby ją wyrwać z otchłani piekielnych.

– Tylko niech Pani skorzysta raz jeszcze z sądowej ubikacji, może to się uda jakoś zmyć, ja mam dwa psy, kota, rybki, papużki i boję się, żeby się nie przestraszyły.

Aplikant Zabieg spojrzała na Sankję i dopiero teraz zauważyła, że czarna toga wcale nie jest taka czarna. Znajdowało się na niej mnóstwo szaro-biało-burych kłaczków, a nawet jakieś piórko.

– Aha, i musimy się spieszyć, bo o 10:15 mam kolejną rozprawę, wieloosobową.

– Ja też. W sali XI.

– To chyba spędzimy dzisiaj ze sobą miły dzień.

– Oby tylko nie przyszedł Gucci… – powiedziała z nadzieją Anna Zabieg.

– Tak… – westchnęła Sankja – mecenas Jan Pantysiak… Cóż, spuśćmy na to zasłonę milczenia, zapraszam do mnie. Zuza jestem – powiedziała i wyciągnęła przyjaźnie rękę.

– Anka. Miło mi.

Pojechały do wynajmowanego mieszkania Sankji, gdzie Anna wzięła bardzo szybki prysznic. Przestało padać i zapowiadało się, że dla odmiany będzie gorąco, duszno i parno. Sankja przygotowała dla siebie i nowej znajomej kawę. Anka zaczęła:

– To ja już chyba wolę być całe życie zawodowe biedna, niż być takim bufonem, jak pan mecenas… jak on się nazywał? Milion? Tysiąc?

– Pantysiak – przypomniała Sankja.

– Jak jest po aplikacji? Da się jakoś normalnie zarobić? Może niekoniecznie jak mecenas Pantysiak, ale tak, żeby się spokojnie dało utrzymać?

– Chyba tak. A poza tym proszę nie zapominać, że życie przeciętnych prawników, którzy dodatkowo robią urzędówki potrafi mieć inną wartość dodaną. Miałam na przykład taką sprawę z urzędu, gdzie klient, bardzo porządny człowiek i bardzo biedny, tak chciał mi się odwdzięczyć za pomoc, że zaproponował zrobienie szachów z przeżutego chleba.

– Ekh, ekh… – kawa pomyliła drogę w gardle Anki.

– Ale jest też druga strona medalu. Kiedyś zostałam wyznaczona do sprawy o warunki w areszcie śledczym. Klient zażądał, nie poprosił, zażądał częstych i regularnych wizyt w areszcie około 300 km stąd. Na piśmie zażądał ponadto, abym mu dostarczyła pół sklepu papierniczego do celi, papier A4 w kratkę, gładki, kilka zeszytów, długopisy, ołówki, gumki do ścierania, korektory, znaczki pocztowe, bo on nie ma, a musi pisać skargi i pozwać kilka sądów, prokuratur i urzędów. Na szczęście zmienili właściwość sądu i poprosiłam o zwolnienie z obowiązku prowadzenia tej sprawy. Pozwał też wszystkich swoich pełnomocników, w tym mojego następcę. Mnie się upiekło.

– A właśnie! Upiekło! Zaraz mamy 2. rozprawę.

– *** –

Sankja i Zabieg pobiegły do sądu. Wbiegły na salę rozpraw w ostatniej chwili. Przewodniczył sędzia Zdred. Prokuratora jeszcze nie było, ale byli wszyscy oskarżeni i obrońcy. Trudna obrona, oskarżenie o udział w grupie przestępczej. Wśród oskarżonych był tylko jeden człowiek bez obrońcy i Sankja nie wiedziała, co on robi na ławie oskarżonych. Niepozorny, cichy, niezbyt rozgarnięty, taka życiowa ciapa, ale pozostali, w tym jej klient, zrobili z niego niemal szefa grupy i jego sytuacja chyba była najbardziej ciężka. Sędzia Zdred zaczął rozprawę:

-… Nie stawił się prokurator, powiadomiony prawidłowo. Stawili się oskarżeni i ich obrońcy. Czy są jakieś wnioski formalne?

– Tak, ja mam – wstał mecenas Jędrzej Rękal, który również był obrońcą w tej sprawie. – Sytuacja materialna mojego klienta pogorszyła się znacząco. W związku z czym chciał on zwolnić mnie z pełnienia funkcji obrońcy z wyboru i wnosi o zwolnienie z płacenia składek!

– Jakich składek? – zapytał zdumiony Zdred.

– No wnoszę o obniżenie składki i zabranie diet!

– Ekhm, ekhm! – pociągnęła go za togę Sankja – Panie Mecenasie, to nie Zgromadzenie Izby!!! Wysoki Sądzie, tytułem wytłumaczenia i usprawiedliwienia Mecenasa Rękala: Zgromadzenie Izby Kolegi Rękala zostało przerwane, więc formalnie nadal trwa…

– Aaaa… przepraszam. Zapomniałem się – poczerwieniał Rękal. Diety samorządowe spędzały mu sen z powiek. A właściwie nie, nie spędzały. Jego żona, również adwokat, zwierzyła się koleżankom i kolegom adwokatom w tajemnicy, a ci zwierzyli się swoim znajomym, również w wielkiej tajemnicy, więc tajemnica została w rodzinie… adwokackiej rodzinie. Mecenas Rękal już nie mówił przez sen imienia żony, teraz przez sen mówił tylko „Diety! Diety!” Choć może słowo „mówił” jest tutaj nieodpowiedne. Zapewne czytelnik kojarzy papugę Długiego Johna Silera z „Wyspy Skarbów”, która krzyczała „Talary! Talary!”. Dźwięki wydawane w nocy przez Mecenasa Rękala były bardzo zbliżone. Ale wystarczy już tych rodzinnych, adwokackich tajemnic.

– *** –

– Psze… psze… psze Pana – powiedział trzęsąc się jedyny oskarżony bez obrońcy. – Bbbo ja chciałem ppowiedzieć, że ja wziąłem prawnika. Tylko on… on… się spppóźnia. No! – skończył mówić, dumny, że był w stanie wydusić z siebie te kilka słów przed sądem.

– Proszę się zwracać do sądu „Wysoki Sądzie”! – Zagrzmiał Zdred i chciał przystąpić do dalszych czynności, kiedy drzwi na salę rozpraw się otworzyły. Najpierw wszedł prokuratorski przód, znaczy się klatka piersiowa, pani prokurator, która faktycznie oddychała pełną piersią. Za nią wkroczył obrońca w todze, z rozbieganym wzrokiem.

Prokurator poszła na swoje miejsce. Nowy obrońca od razu podszedł do stołu sędziowskiego.

– Najwyższy Sądzie! Wnoszę o zmianę kary dla mojego klienta z potrójnego dożywocia na 30 lat pozbawienia wolności! – zapiszczał cienkim głosikiem.

Nagle oczy Zdreda zaczęły wyglądać jak pięciozłotówki, przynajmniej jeśli chodzi o rozmiar.

– Kim Pan jest?

– Prawnik niekorporacyjny Dawid Kogutek!

– Co Pan tutaj robi na sali? – ledwo wycedził Zdred.

– Jestem pełnomocnikiem tego oskarżonego! On nie może dostać surowej kary. Dlatego zamiast potrójnego dożywocia ma dostać 30 lat pozbawienia wolności! Ja oglądałem serial „Ally McBeal” więc wiem, że chcecie mu tutaj dać za dużo!

– Proszę Pana, czy Pan jest adwokatem? Proszę pokazać legitymację adwokacką!

– To są jakieś legitymacje? Ja jestem prawnikiem niekorporacyjnym. Zrobiłem 3-letnie kursy z prawa, razem 10 lat nauki!!! Pan nie może ode mnie żądać legitymacji!

– Proszę Pana, czy Pan wie, co to jest k.p.k.?

– Co? Ja nie jestem żadnym kapusiem! Wypraszam sobie! Nie będę kapował mojego klienta!

– A właśnie… – z nieukrywaną złośliwością Zdred świdrował wzrokiem uzurpatora – skoro nie jest Pan adwokatem, to zaraz Pana przesłuchamy na okoliczności, o których Panu opowiadał oskarżony. W końcu Pan nie jest chroniony żadną tajemnicą. Świetnie! Pani Joanno – proszę zaprotokołować dopuszczenie przeze mnie dowodu z urzędu. – Proszę Pana. K.p.k. to kodeks postępowania karnego, według niego toczy się to postępowanie. Czy Pan widział taką ustawę na oczy?

– Jeszcze nie! Ale w takim razie wnoszę o odroczenie do jutra! W „Prawie Agaty” widziałem, że tak można. Do jutra przeczytam!

Zdred spojrzał na ławkę obrońców. Sankja prawie leżała na podłodze, a z jej krtani wydobywał się niezrozumiały bulgot. Wyglądała, jakby dostała konwulsji.

– Panie Sąd! – zapiszczała nagle pani prokurator, którą wszyscy pierwszy raz widzieli na oczy.

– Tak, Pani Prokurator…?

– Katarzyna Sobczak, prokurator Prokuratury Okręgowej w Warszawie jestem! Ja chciałam powiedzieć, że ja chcę tak samo, jak Pan Prawnik Kogutek!

Zdred poczuł, że opary absurdu przekroczyły wszelkie granice. Chciał już wyskoczyć z togi i łańcucha. W tym momencie na salę wbiegł zdyszany prokurator Kowalski, który zazwyczaj pojawiał się na tej sprawie, a tym razem się spóźnił.

– Przepraszam Wysoki Sądzie! Na chwilę się odwróciłem, żeby zadzwonić do firmy – tak prokuratorzy określali Prokuraturę – i ktoś ukradł mi togę! Ale zaraz, zaraz. Ta Pani ma na sobie moją togę! Proszę ją natychmiast zdjąć!

Kowalski podszedł i zerwał togę z prokurator Sobczak. Pod spodem miała różowe wdzianko, które nie wiadomo, czy było ubraniem, czy tylko bielizną. Rozmiar biustu 387.

– KIM PANI JEST?!!! – ryknął Zdred.

– Panie Sąd, bo my tu z Panem Kogutkiem spółkujemy. Znaczy się spółkę mamy. W ramach tego spółkowania Pan Kogutek włożył duży aport! Prawda, mój kokotku? Kogutku – fałszywa prokurator puściła oko do fałszywego obrońcy.

– DOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOOŚĆ!!! – wrzasnął Zdred. – Pani Joanno, proszę wezwać Policję. Tych państwa trzeba zatrzymać i składamy zawiadomienie do Prokuratury!

– Nie możecie nas zatrzymać przez habeusa corpusa! O! Było w „Legalnej blondynce”! Wy …!!!

Nie zdążył skończyć. Na szczęście dla wszystkich uczestników przyszli policjanci i przerwali ten absurd.

Aplikant Zabieg trochę do Sankji, trochę w przestrzeń, powiedziała zadumanym głosem:

– A więc to chyba prawda, że we wszystkich sądach na Śląsku widnieje podobizna Kogutka z podpisem ,,NIE WPUSZCZAĆ” i przez to razem ze swoją Kurką musieli rozszerzyć zakres swojej działalności na inne regiony Polski. Myślisz, że mnie też opłacałoby się przenieść do Warszawy?

Sankja nie odpowiedziała, bulgotała dalej…

zderegulowany spowiednik(źródło: Ślepym Okiem Temidy )