Sankja lapie stopa/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

Sankja siedziała w gabinecie i czekała na umówione spotkanie. Kolega z czasów szkolnych polecił ją znanemu politykowi do prowadzenia jego sprawy jako wybitnego karnistę. Sprawa ciężka, łapownictwo, płatna protekcja.

10:00 minęła 15 minut temu, a Sankja o 14:00 miała rozprawę, na którą jeszcze musiała dojechać. 10:30… 10:45…

Jest, wszedł, prawie godzina spóźnienia i od razu przystąpił do przedstawienia swojej sprawy i problemu prawnego. Garnitur z górnej półki, na ręce drogi zegarek szwajcarskiej produkcji. Sankja nigdy sobie na takie drogie rzeczy nie będzie mogła pozwolić. Znany polityk, Józef Kręciszewski, wił się na fotelu przed Sankją niczym węgorz, zwłaszcza przy próbie odpowiedzi na podchwytliwe pytania mecenas Zuzanny. Wiedziała, że musi go przemaglować, ponieważ prokurator i sąd na pewno będą zadawać te same podchwytliwe pytania, a Sankja nie lubiła wychodzić na idiotkę, bo klientowi zapomniało się jej czegoś powiedzieć.

Rozmawiali już od godziny i Sankja z powodu rozprawy musiała zakończyć spotkanie.

– Panie Kręciszewski, niestety nie mogę dłużej, ponieważ mam rozprawę. Przewidziałam na spotkanie z Panem dwie godziny, ale sam Pan wie, dlaczego mój plan się nie powiódł – spojrzała na polityka karcącym spojrzeniem.

– Tak rozumiem, to może dokończymy następnym razem?

– Oczywiście, tylko zerknę do kalendarza. Proponuję spotkanie pojutrze o 16:00. Wówczas dokończymy omawianie sprawy i ustalimy warunki współpracy, w tym finansowe…

– Ale jak to finansowe??? – przerwał jej rykiem Kręciszewski.

– Finansowe, to znaczy się ja pracuję i prowadzę Pana sprawę, a Pan mi płaci za świadczoną usługę prawną…

– Pani Mecenas! Przecież Pani nie potrzebuje tego wynagrodzenia. Wy, prawnicy, nie wiecie nawet, co zrobić z pieniędzmi! – machnął jej ręką przed nosem, ukazując zegarek.

– Proszę Pana, chyba ulega Pan złudnym stereotypom… – próbowała mu przerwać Sankja.

– Pani nie jest potrzebne żadne wynagrodzenie! Pani powinna prowadzić moją sprawę za… za… za zaszczyt! Właśnie tak, za zaszczyt prowadzenia sprawy mojej osoby! Pani powinna być zaszczycona, być dumna, że może moją osobę reprezentować! I to Pani powinno wystarczyć!

– Proszę Pana, do fryzjera Pan chodzi?

– Raz na tydzień, w moim fachu trzeba wyglądać, wie Pani Mecenas – wyborcy…

– Płaci Pan?

– Płacę! Ale przecież fryzjer wykonuje pracę! A Pani jest zawodem zaufania publicznego!

– Proszę Pana, świadczenie pomocy prawnej jest moją pracą, z której przede wszystkim najpierw pokrywam koszty działalności – w tym tego biura, w którym teraz Pana przyjmuję, a dopiero to, co zostanie i o ile zostanie przeznaczam na utrzymanie własne. Zapraszam pojutrze na 16:00, jeżeli do tego czasu przyswoi sobie Pan informację, że za pracę należy się wynagrodzenie. Jeżeli nie, marnujemy tylko nawzajem swój czas – powiedziała Sankja i już wiedziała, że to spotkanie popsuje jej humor na cały dzień. – Do widzenia, muszę jechać na rozprawę.

Kręciszewski wyszedł, trzaskając drzwiami. Sankja tylko słyszała, jak mamrocze pod nosem coś o papugach, pijawkach i pasożytach.

Na szczęście rozprawa, na którą jechała nie miała nic wspólnego ze zwierzyńcem… Chyba? To znaczy miała ale…

****************

Na parkingu samochód zastępczy ział dziurą w tylnym zderzaku po zagubionej przez Sankję przerdzewiałej rurze wydechowej. Odkąd ją zgubił – ciszej chodził. Druga dziura ziała w miejscu drzwiczek do wlewu paliwa, których zawiaski pożarła rdza. Były łaskawe odpaść na stacji benzynowej gdy Zuzanna pociągnęła dźwignię wewnątrz samochodu otwierającą wlew paliwa i odblokowującą drzwiczki. Okazało się bowiem, że trzymały się tylko na zamku. Swym odejściem od ciała rodzica wprawiły w przerażenie i zdumienie pracownika Orlenu, który z jakiegoś powodu poczuł się sprawcą utraty przez pojazd elementu wyposażenia.

– Pan da spokój – powiedziała mu wtedy Sankja, gdy trzęsącymi się dłońmi przytykał klapkę do dziury – ten samochód to trup. Wszystko z niego odpada. Podlega naturalnym procesom rozkładu.

– Ale to legendarny samochód proszę pani, szkoda… – zaczął.

– Szkoda to proszę pana, że wcześniej do legendy nie przeszedł – roześmiała się – do pełna proszę.

Legenda żarła 15 litrów benzyny na 100 km. Oraz około 2,5 litra oleju 10W 15, w przerdzewiałej misce olejowej także była dziura.

Maska silnika się nie zamykała. W trakcie jazdy klapała wesoło na wybojach. Jak powiedzieli jej mechanicy w warsztacie nie istniało jednak ryzyko, że w czasie podróży otworzy się i wybije przednią szybę. Zawiasy w niej były bowiem również tak zardzewiałe, że się nie otwierała. Samochód Sankji był reperowany od 8 miesięcy. Miała nadzieję, że w 9 miesiącu reperowania ta ciężka mechaniczna ciąża wreszcie się rozwiąże. Regularnie też starała się urządzać awanturę o inny samochód zastępczy. Bezskuteczną.

– No, to w imię Boga! – zakrzyknęła dziarsko Mrożkiem, aby zakląć los w trakcie przekręcania kluczyka.

Silnik zaskoczył.

Musiała dotrzeć na sprawę, którą prowadziła pro bono. Dla Fundacji prozwierzęcej „Cztery łapy”.

W połowie drogi samochód nieoczekiwanie zaczął tracić moc, szarpać, jęczeć i podskakiwać.

Zadzwoniła do mechanika.

– Panie Heniu! Halo! Z samochodem się coś dzieje złego – opisała objawy chorobowe auta.

– Aaaa, to nic groźnego, filtr paliwa się zapchał. Niewymieniany był – ze stoickim spokojem postawił diagnozę Pan Henio.

– To co ja mam teraz robić? Do cholery jak mogliście mi wcisnąć takiego grata na zastępczy?!

– A tam grata, zaraz grata, jedzie? Jedzie! Teraz też dojedzie. Może nie do celu, ale to jak stanie pani zadzwoni, lawetę wyślemy.

– Ja do sądu muszę zdążyć a nie na lawetę czekać!

– Oj tam to stopa pani złapie, ładna kobitka każdy się zatrzyma, ja bym się zatrzymał.

– Kiedy wy mi zrobicie moją hondę?

– Ją już tylko aby dotknąć, niedługo będzie zrobiona.

– To ją dotykajcie!!! – zerwała połączenie.

Legenda ostatni jęk wydała około 50 km od miejsca przeznaczenia.

Sankja zdołała się siłą rozpędu wbić w pobocze i wyprostować kierownicę pozbawioną już wspomagania.

Walcząc z wściekłością obładowała się teczką z aktami, torbą z laptopem, torbą fotograficzną, togą, zdemontowała kamerę samochodową i GPS upychając je do torby z nikonem.

Wlokąc się na widoczny kilkaset metrów dalej parking pod leśnym barem, gdzie miała nadzieję namówić kogoś, żeby ją podrzucił do miasta – ze zdumieniem stwierdziła, że w szpilkach po trawiastym poboczu po prostu nie da się chodzić.

Trąbiły na nią przejeżdżające TIR-y.

Gotowała się ze złości.

Dysząc dowlokła się do ławki na parkingu pod barem.

Spacerująca w tę i z powrotem po parkingu na niebotycznych jaskrawoczerwonych platformach półnaga panna przydrożna nazywana kolokwialnie „leśnym ssakiem” obrzuciła ją nienawistnym spojrzeniem i podeszła bliżej.

– Te, panna. Kibic z dala się na teren rywala nie wtranżala! To terytorium już zajęte – syknęła do Zuzanny, Sankja już miała zapytać, czy oznaczone poprzez posikanie, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.

– Ależ proszę pani! – krzyknęła przerażona Sankja – to nieporozumienie!

– Bonzo zaraz ci pokaże dziwo jedna czym się kończy psucie rynku i deregulacja! – krzyknęła prostytutka i jaskrawoczerwonymi tipsami długimi na jakieś 3 cm zaczęła stukać coś po monitorze najnowszego iPhona.

Sankji zrobiło się słabo. Musiała zebrać w sobie siły do zaczepienia któregoś z kierowców zaparkowanych TIR-ów. Miała nadzieję, że jej wygląd, grzeczna garsonka i torbiszcza oraz toga pod pachą wyraźnie odróżniają ją od profesji przydrożnej.

– Przepraszam pana – zagaiła do mężczyzny podążającego od strony baru do TIR-a.

– Mam żonę – odparł szybko mężczyzna nawet nie rzucając na nią okiem i pogalopował do auta.

Sankji przeleciało w głowie „Cholera!”.

Weszła do baru.

– Przepraszam państwa – oficjalnym, procesowym tonem zwróciła się do spożywających golonki kierowców. Głowy podniosły się znad talerzy. Jakieś 15 par oczu otaksowało ją dokładnie.

– Nie chcę być źle zrozumiana – zaczęła przemowę pod rozbierającym ją wzrokiem mężczyzn i uświadamiając sobie, że nie wymyśliła CO powiedzieć – znaczy no, samochód mi się zepsuł i chciałam zapytać czy któryś z panów nie jedzie do Goleniowa i by mnie nie podwiózł.

– Achaaaa? – jeden z kierowców oblizał tłuszcz z brody.

– I co byśmy z tego mieli mieć? – zapytał inny, a reszta wybuchnęła specyficznym śmiechem.

Zabiję Pana Henia – pomyślała Sankja.

– Zapłacę – powiedziała – Ile który z panów by chciał za podwiezienie pod sąd?

****************

Radca prawna Joanna Głośna – Wklejka właśnie przekonywała pod sądem w Goleniowie swoich klientów o tym, że dzięki swojemu mężowi, sędziemu wydziału karnego w tymże sądzie i koneksjom we wszystkich wydziałach – wciągnie przeciwników jedną dziurką od nosa, a wypuści uszami, co zresztą w odstępach czasu sugerowała na swojej stronie www, po oburzeniach palestry kasując informację, aby po ucichnięciu burzy znowu ją wklejać „przez pomyłkę”, kiedy potworny ryk klaksonu TIR-a pozbawił ją słuchu.

Potwór prawie najechał jej na pięty i zablokował wąską ulicę pod sądem.

Z drzwi wysunęła się noga obuta we włoskie szpilki i wymacała stopień. Za chwilę Głośnej – Wklejce objawiła się adwokat Zuzanna Sankja w całej okazałości.

Radcy opadła szczęka.

– Oj… – jęknął starszy pan w stronę Głośnej – Wklejki – chyba tak łatwo jak pani mówi to nie będzie…

****************

Sędziego Zdreda znowu trafiła delegacja do wydziału cywilnego. Jeszcze nie odchorował Maja Majańskiego. Na szczęście wokanda składała się głównie ze stwierdzeniówek. Jedna tylko sprawa go niepokoiła. Sprawa Fundacji Prozwierzęcej „Cztery Łapy” przeciwko Jakubowi i Barbarze Wolnym. O nakazanie wydania psa Reksia i suki Misi i zapłatę kary umownej.

Zadumał się nad spadającymi na monitorze telefonu klockami tetrisa.

– Ekhm! – jak zwykle brutalnie przywróciła go do świata żywych sekretarz Joanna.

– Tak, tak, godzina, wywołujemy – westchnął.

****************

– Powództwo jest bezzasadne! – krzyczała Głośna – Wklejka – Jak można, jak można? To nie była umowa przechowania psów tylko ADOPCJA! A rozwiązać umowę przysposobienia można tylko w Sądzie Okręgowym!

– Pani mecenas – zmęczonym głosem zwróciła się do niej Sankja – sprawa dotyczy psów, nie dzieci na litość. A umowa jest przechowania.

– Pani serca nie ma! – krzyknęła radca prawna – moi klienci kochają te psy jak własne dzieci, których nie mają!

– Dobrze – przerwał Tomasz Zdred wrzaski Głośnej – Wklejki – wystarczy. Sąd przystąpi do informacyjnego wysłuchania pozwanych. Pan Jakub Wolny proszę…

****************

– Może pozwany jeszcze raz powtórzyć? – sędzia Zdred zwątpił w swoje zdolności percepcji.

– Oczywiście proszę księdza.

– Wysoki sądzie – poprawił go Zdred – więc sąd słucha.

– Wtedy tego wieczoru na ławce pod domem nawiązałem z Reksiem mentalną więź i Reksio POWIEDZIAŁ mi, że chce żyć na wolności.

Zapadła cisza.

Sankja jak zwykle zasłaniała twarz aktami i chichotała.

Joanna Głośna – Wklejka udawała, że sprawa jej nie dotyczy.

– Ale jak to POWIEDZIAŁ??? – zapytał Tomasz Zdred nadal nie wierząc własnym uszom, tym bardziej, że pozwany Jakub Wolny sprawiał wrażenie całkiem normalnego, a nie sfiksowanego staruszka.

– Normalnie proszę księdza, prosto w duszę mi tak powiedział. Ja bardzo dobrze rozumiem psy. „Kuba” – tak mi mówił – „Kuba ty słuchaj, ja chcę być wolny”.

– I jeszcze coś mówił? – zainteresował się Zdred ignorując „księdza”.

– No że mnie kocha, że będzie mnie odwiedzał i takie tam.

– A kiedy przeszliście panowie z Reksiem na „TY”? – wtrąciła się Sankja.

– Pani mecenas! – ryknął na nią Zdred karcąc jednocześnie wzrokiem.

– Przepraszam – walcząc ze śmiechem fałszywie wyraziła skruchę Zuzanna.

– I co było dalej panie pozwany? – zachęcił Zdred Jakuba Wolnego do relacji.

– Aspekt przyrodniczy mentalnej więzi z Reksiem nakłonił nas do znalezienia dla niego najlepszego rezerwatu. Ale nie znaleźliśmy takiego. Więc chciałem Reksia wypuścić do lasu. Ale te faszystki się o tym dowiedziały od moich sąsiadów proszę księdza. I chcą mi teraz Reksia zabrać!

– Jakie faszystki? – zdumiał się sędzia.

– Te z tych „Czterech Łap”! One chcą Reksiowi zrobić krzywdę i trzymać go w niewoli! W zamknięciu! A spacer bez smyczy tylko na ogródku! Wolną, niepodległą istotę, Reksia!

– Taaaak – Tomasz Zdred po raz enty w swoim życiu skonstatował, że pod pozorami normalności potrafi skryć się nieokiełznany fijoł – a co do Misi, może pan pozwany coś powiedzieć?

– Misia nawiązała mentalną więź z żoną proszę księdza, to idzie po płci, to może ona opowie.

– Sąd ma prośbę do pozwanego, żeby przestał nazywać sąd księdzem.

– Ale czy ja kogoś obrażam? Pierwszy raz w życiu jestem w sądzie, widzę, że ksiądz w sutannie siedzi, to jak mam mówić?

– Sąd nie jest księdzem i już wielokrotnie pouczał pozwanego jak należy się zwracać do sądu. Wysoki sądzie należy się zwracać.

– Ale właściwie dlaczego? Ja nawet psy rozumiem, a tego nie rozumiem.

– A to już pana pełnomocnik powinna wytłumaczyć.

– A ona wie dlaczego pan nie jest księdzem?

Sędziemu Zdredowi zabrakło sił.

– Pani mecenas – zwrócił się do radcy prawnej – proszę pouczyć po rozprawie klienta. A teraz zapraszam panią Barbarę Wolną. Potwierdza pani to, co mówił mąż? Co może pani powiedzieć o powodach dla których powódka chce odebrania suczki Misi i dlaczego pani się nie zgadza na jej oddanie?

– Potwierdzam co mówił mąż. A Misia to ucieka. Dlatego chcą ją zabrać, że niby nie pilnujemy. Ale zawsze wraca!

– No i?

– Ma prawo biegać gdzie jej się podoba! Wszystkie stworzenia powinny być wolne!

– No tak. A państwo w umowie do czego się zobowiązali, pamięta pani?

– Nie pamiętam, ale to nieważne.

– Dlaczego nieważne?

– Bo ja już z Misią POROZMAWIAŁAM na ten temat i ona OBIECAŁA, że już więcej nie będzie uciekać!

Zza akt po prawej stronie sali dobiegły Zdreda odgłosy duszenia się. Spojrzał na Zuzannę Sankję. Zanieczyszczała ławkę kroplami łez zmieszanymi z tuszem do rzęs płacząc ze śmiechu. Westchnął. Mecenas Sankja jest po prostu niereformowalna.

– Sąd ma już obraz sytuacji, są pytania? – zwrócił się do pełnomocników. Radca prawna pokręciła przecząco głową.

– Ja mam, moment wysoki sądzie – wydusiła z siebie adwokat Sankja – proszę powiedzieć gdzie uciekała Misia, co robiła na tak zwanym „gigancie” i kto za to płacił.

– Uciekała na wieś. Kury dusiła… – pozwana opuściła głowę.

– Gdzieś jeszcze? – dopytywała Sankja.

– W krzaki pod sklep mięsny.

– Po co? Opowie pani co robiła Misia pod tym sklepem?

– Yyyyy, no jakby to powiedzieć, noooo…. napadała… – pozwana wyraźnie niechętnie ujawniała wyczyny suczki.

– A konkretnie?

– Jak wychodził ktoś z siatką z mięsnego to wyskakiwała na niego z krzaków, wyrywała siatkę z zakupami i uciekała… – pozwana mówiła coraz ciszej.

– Rozbój! – ucieszył się Zdred. Wreszcie wstąpił na znany sobie teren.

– Zaraz rozbój! – oburzyła się Barbara Wolna – zrozumieć trzeba psa! Ona wcześniej bezdomna była! Z tego żyła!

– A kto płacił za te rozboje i kurze morderstwa proszę jeszcze powiedzieć – odezwała się Sankja.

– Nooo, „Cztery Łapy” płaciły bo niby jako właściciele… – głos pozwanej zdradzał świadomość nadciągającej porażki – ale ja ją kocham! A ona mnie!

– To toksyczna miłość. Wysoki sądzie pozwani są nieodpowiedzialni, zawarli umowę przechowania psów, zobowiązali się do ich pilnowania, opieki, nienarażania na niebezpieczeństwo Reksia i Misi i nie wywiązują się z umowy w dodatku narażając powódkę, Fundację „Cztery Łapy” na ogromne koszty pokrycia szkód powodowanych przez niepilnowane i wypuszczane na wolność psy – przemówiła Sankja wycierając jednocześnie mokre od czarnych łez policzki.

– Wnioski dowodowe? – zapytał sędzia Zdred z całego serca nie chcąc kończyć tej sprawy.

– Ja! Ja! – pozwany Jakub Wolny trzymał w górze dwa palce jak uczeń w podstawówce.

– Słucham?

– O przesłuchanie Reksia! Bo proszę księdza, ksiądz sam zobaczy…

– Przerwa! – ryknął Tomasz Zdred zagłuszając śmiech sekretarz Joanny, która nie wytrzymała – zakreślam stronom siedmiodniowy termin na zgłoszenie na piśmie wszystkich wniosków dowodowych. Pod rygorem pominięcia! Bez terminu!

****************

Pod sądem na Sankję oczekiwał skruszony pan Henio.

Minęła go ostentacyjnie z głową zadartą do góry.

– Pani zaczeka! – pogonił za nią – no już, pani się nie denerwuje, mam dla pani nowy samochód zastępczy.

Starała się iść jak najszybciej pozwalały na to szpilki.

– Clio! Białe! 3 drzwiowe! Ropniaczek! Niemiec płakał jak sprzedawał, a potem aż do granicy gonił, bo chciał umowę anulować!

Pali 4 litry ropy na 100 km, a oleju to w ogóle nic! Dwuletnie!

Zwolniła.

– Znam pana panie Heniu. Co jest z tym clio nie tak?

– Dwuosobowe. Brak foteli z tyłu.

Przyśpieszyła.

– Ma to swoje zalety – pani zobaczy jaki dzięki temu jest wielki bagażnik!

Nie zwalniała.

– A po drugie – koniec z przewożeniem znajomych z małymi dziećmi, które zawsze rzygają i przylepiają wszędzie cukierki i robią syf nieziemski i wnerwiają całą drogę!

Zwolniła. Ten argument po ostatniej podwózce koleżanki z jej 6-letnim synem był warty rozważenia.

– Coś jeszcze chyba panie Heniu muszę o tym clio wiedzieć. Pan daje. Znamy się nie od dziś.

– Nooo tooo… to clio jest po czołówce.

Przyśpieszyła.

– Ale tylko zderzak przedni i maska do wymiany, nawet reflektory się nie stłukły! Taka lekka czołówka! Parkingowa! Zderzenie parkingowe, nawet nie ma o czym mówić! – Pan Henio dyszał.

– Acha – pędziła przed siebie nie wiedząc nawet dokąd. Ani nie znała Goleniowa, ani nie miała koncepcji na powrót.

– Długo nie mogłem znaleźć maski silnika, ale znalazłem, nie wiem czy pani przeszkadzać nie będzie, że nie jest biała, o, dobrze pani idzie, to skręcamy, po prawej stanąłem.

Sankja postanowiła jednak wrócić z panem Heniem. Kręgosłup bolał ją od dźwigania kilkunastu kilogramów na szpilkach. Jedna zaczęła się niebezpiecznie chybotać.

Doszli do parkingu.

Białe clio bez tylnych siedzeń z przyklejonym na klapie bagażnika graficznym znakiem wielkiego, czarnego pająka raziło maską w kolorze niebieskich, gierkowskich spodni od garnituru. Niebieską maską po…. gradobiciu.

****************

 W domu czekał na nią mail od koleżanki adwokat Moniki Maliny – Malinowskiej.

„Kochana!

Dzisiaj otrzymałam list od pana przebywającego w Zakładzie Karnym na drugim końcu Polski. Chce, żebym poprowadziła mu za darmo jego karną sprawę. Nie, nie zapłaci. Nie ma z czego. Bo siedzi.

Ale w ramach wynagrodzenia napisze o mnie książkę.

Jeszcze nie wie, o czym ona będzie, ale tytuł już ma!

„Monika pro bono”

Nie wiem co mu odpisać? ;)”

Mirekźródło: memytutaj.pl