10538493_869984589696921_7252489017802093673_n

/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

Sankja, Zdred i haszyszki

Zdred zmusił się do oderwania wzroku od tetrisa i spojrzał na obwolutę kolejnej sprawy. Art. 153 § 1 pkt 1 k.w.

– Pani Joanno, poda mi pani kodeks? – spytał, nie potrafiąc sobie przypomnieć, co to za czyn.

Szybko przekartkował w odpowiednie miejsce i zaczął czytać… i jeszcze raz… i jeszcze. O co chodzi do licha? Co robiło tych dwoje obwinionych? Wydobywali żywicę, sok brzozowy… czy też wycinali na drzewach swoje inicjały? Rzucił się do akt.

– Czy ja dobrze widzę, że mamy sprawę o obrywanie szyszek w lesie?

Sekretarz Joanna wzruszyła ramionami bez oznak większego zainteresowania, po czym zawołała strony.

„No tak” – pomyślał Zdred – „jeszcze do tych nieszczęsnych szyszek Sankja jako obrońca…”

– Sprawa obwinionych Katarzyny Jasielskiej i Roberta Misiaka. – wymruczał niechętnie Zdred patrząc z wyrzutem na wchodzących. – Stawili się obwinieni wraz z obrońcą adwokat Zuzanną Sankją. Stawiła się oskarżycielka posiłkowa Zdzisława Filut.

Po standardowych formalnościach Zdred przystąpił do wyjaśnień obwinionych.

– Czy przyznaje się pani do zarzucanego jej czynu? Czy zrywała pani szyszki w lesie do pani nienależącym, czyli cudzym – spojrzał na Sankję, by wysondować po jej mimice co w ,,trawie piszczy”, ale ta siedziała i beznamiętnie przyglądała się swoim polakierowanym paznokciom, bez żadnego śladu emocji na twarzy..

„Dziwne jakieś” – pomyślał.

– Nie Wysoki Sądzie. Żadnych szyszek nie zrywałam. Razem ze swoim chłopakiem Robertem Misiakiem spacerowałam po lesie. Jesteśmy studentami biologii i pasjonatami roślin. Chodziliśmy po lesie, słuchaliśmy śpiewu ptaków, oglądaliśmy kwiaty, drzewa, czasami faktycznie któregoś dotknęliśmy i obejrzeliśmy z bliska, ale nic nie zrywaliśmy. W pewnym momencie zaczęła na nas pędzić ta pani z parasolką – pokazała na oskarżycielkę posiłkową – za nią ledwo dysząc biegło dwóch policjantów. Zaczęła nas wyzywać od złodziei, narkomanów i dilerów, i zażądała od policjantów by nas natychmiast wylegitymowali oraz aresztowali. Do dzisiejszego dnia nie mamy pojęcia o co tej pani chodziło…

– To wszystko, co ma pani do powiedzenia?

– Wszystko.

– Dziękuję. A pan? Potwierdza pan wyjaśnienia dziewczyny, czy ma coś do dodania? Potwierdzam wszystko. Nie jesteśmy żadnymi złodziejami, narkomanami ani dilerami.

– No dobrze… – zamyślił się Zdred, który właściwie nie wiedział, po co się dzisiaj ci ludzie spotkali w sądzie – Przesłuchamy teraz panią pokrzywdzoną.

– Tak jest, Wysoki Sądzie. Ja wszystko wiem, dalej Wysoki Sąd nie musi pytać, bo ja procedurę znam. Jestem urzędnikiem skarbowym i skończyłam zaocznie administrację na WueSHa-CeBeA.

– Że jak?

– WSH-CBA, Wyższa Szkoła Humanistyczna – Centrum Badań Administracji w Warszawie, filia w Koluszkach.

– Dobrze, dobrze, to mniej ważne, niech się pani po prostu przedstawi.

– Zdzisława Filut, mam lat 32…

– Ile? – spytał Zdred, gdyż słowa świadka kłóciły mu się z widokiem.

– No dobrze, 57 lat. Ale czuję się na 32, a człowiek ma tyle lat, na ile się czuje.

– Proszę pani, pani poda dowód, my sobie tu spiszemy – poddał się Zdred – urzędnik skarbowy. Dla stron obca?

– A pewnie! W mojej rodzinie nigdy nie było żadnych kryminalistów!

– Proszę pani, ci państwo jeszcze nie zostali za nic skazani. Niekarana?

– No jakże Wysoki Sąd może pytać? Ja? Urzędnik skarbowy? Karana???

– Dobrze. To niech pani opowie, dlaczego złożyła pani wniosek o ukaranie?

– Wysoki Sądzie, tam koło mojego domu jest taki lasek i ja tam na spacery chodzę z moim Pimpusiem. Pimpuś to jest mój pudelek, on je tylko przegotowaną cielęcinę i raz w tygodniu zabieram go do fryzjera. Takie to kochane stworzenie…

– Proszę pani, proszę konkretnie. Co pani wie w tej sprawie? A w szczególności o co obwinia pani jako oskarżycielka posiłkowa tych dwoje obwinionych?

– O co? Zaraz powiem o co! A jest o co! I to nawet bardzo o co! Już zeznaję Wysokiemu Sądowi. Więc było to tak – powiedziała wyraźnie naburmuszona Zdzisława Filut – idę z moim Pimpusiem… i słyszę jakieś śmichy chichy. A potem zobaczyłam tych dwoje. Tak się obejmowali, obściskiwali i śmiali. Jakby jakieś prawo do tego lasu mieli, jakby to jakaś ulica była albo skwerek czy coś w tym stylu a nie las i to prawie jak mój własny las!

Sankji drgnęły w charakterystyczny sposób kąciki ust, jakby chciała coś powiedzieć… ale nadal trwała w pozycji całkowitego braku zaangażowania tym co nadal zeznawała Filut.

– I proszę Wysokiego Sądu, to zachowanie już zakłóciło mój porządek publiczny!!! Szybko wezwałam Policję, bo jak to tak można porządek publiczny komuś zakłócać? Jeszcze policjanci nie przyjechali, a ja idę dalej za nimi i widzę, jak on – pokazała głową na obwinionego Misiaka – podnosi do góry te swoje długie łapska…

– Niech świadek liczy się ze słowami – upomniał Zdzisławę Filut sędzia Zdred.

– Dobrze, dobrze… Niech będzie, że podnosi ręce i obniża dużą gałąź sosny. Ci narkomani jedni przyszli do mojego lasu zrywać szyszki!!!

– Proszę pani, sprawa dotyczy kradzieży szyszek w lesie, a nie narkotyków…

– A powinna dotyczyć narkotyków!!!

– Czy może pani wyjaśnić, dlaczego pani tak uważa? – spytał Zdred mając nadzieję, że w końcu wkroczy na znane mu tereny prawa karnego, bo na razie tonął w oparach absurdów.

– Już ja znam tą dzisiejszą młodzież. Oni z tych szyszek chcieli robić haszysz!!!

– Co??? – wrzasnął Zdred i kątem oka widział, jak głowa Sankji znika za aktami.

– HA-SZYSZ. Heroina z szyszek!!!

– O czym pani mówi?

– Wysoki Sąd nie wie? To jak Wysoki Sąd studiował? Już ja na moich 3-letnich zaocznych studiach miałam 10 godzin zajęć z ustawy o wspieraniu narkomanii…

– Chyba o przeciwdziałaniu… – zaczął Zdred.

– Jak zwał tak zwał, wszystko jedno. Bo Wysoki Sądzie –kontynuowała Zdzisława Filut – my z Jadźką spod ósemki chodzimy co roku zrywać świeże pędy sosny, do nalewki Sąd wie?

Twarz Zdreda przybrała dziwny wyraz, z którego nie można było wyczytać czy coś wie, tymczasem Zdzisława Filut kontynuowała.

– No i my zrywamy te pędy, wszak las jest państwowy, po czym te pędy zalewamy spirytusem, ale jakim spirytusem? Ho, ho! Wysoki Sądzie, mam znajomego kolejarza, on czasem dostarcza nam ten spirytus z cystern co jadą nad morze, kiedyś w tajemnicy mi powiedział, że ten spirytus służy do napędu torped, ale że nasi marynarze nie strzelają za często, to sobie Miecio trochę spuszcza i nam odstępuje do zalewania tych pędów.

– No i jaki związek ma to z heroiną z szyszek??? – Zdred nie wytrzymał.

– Jak to jaki? Wie Wysoki Sąd, że my z Jadźką po szklance takiej nalewki odlot mamy dwudniowy!!! Po jednej szklance z pędów tylko, a co dopiero po takich szyszkach!! Oni są młodzi, światowi znają technologię zapewne. Przecież oni nawet wyglądają jak te hipopotamy!!!

– Jak kto? – Zdred spojrzał na obwinionych, którzy byli nie tyle szczupli, co przeraźliwie chudzi.

– Jak te hipopotamy… dzieci róże, o!

– Chyba chodzi pani o hipisów i dzieci kwiaty?

– Ja już tak nie mogę! Wysoki Sąd sobie powinien wszystko doczytać, jak nie wie i nie jest przygotowany do sprawy. To ja składam wniosek o odroczenie rozprawy do czasu, aż się Wysoki Sąd nauczy i się do tej tematyki przygotuje, żeby wydać sprawiedliwy wyrok.

Teraz twarz Zdreda zaczęła przybierać mocno purpurowy kolor. Już chciał wybuchnąć. W tym momencie Sankja wreszcie poruszyła się w ławce, co dało nadzieję Zdredowi, że może za chwilę dowie się czegoś, co pomoże mu zebrać do kupy skłębione myśli i stratowany mózg… z powodu tej niewiarygodnie dziwacznej sprawy.

– Wysoki Sądzie. Mam tylko jedno pytanie do oskarżycielki posiłkowej, żeby doprecyzować to co zeznała już pani Filut. To pytanie, jak sądzę, uporządkuje całość tego postępowania w sposób pozwalający na skrócenie czasu rozprawy.

– Bardzo proszę. – powiedział Zdred, wydobywając z twarzy coś na kształt przyzwalającego uśmiechu. – Niech pani mecenas dopyta pokrzywdzoną, to znaczy oskarżycielkę.

– Proszę pani, czy ten las jest pani własnością?

– Moją? Ależ skąd! To las państwowy! Oni kradli szyszki z lasu należącego do mojego kochanego państwa i zakłócali mój spokój publiczny, a wszystko po to, żeby robić haszysz!!! Złodzieje, narkomani jedni!!! Ja państwa i jego majątku będę bronić z narażeniem własnego życia!

– Wobec powyższego, Wysoki Sądzie, wnoszę o umorzenie postępowania na podstawie art. 5 § 1 pkt 9 w zw. z art. 25 § 1 i art. 27 § 2 kodeksu postępowania w sprawach o wykroczenia, gdyż nie mamy wniosku uprawnionego podmiotu. Pani Filut nie jest pokrzywdzoną, gdyż żadne jej dobro nie zostało ani bezpośrednio zagrożone, ani naruszone. Las, jak sama przed chwilą zeznała, nie jest jej własnością ani współwłasnością, gdyż należy do zasobów Skarbu Państwa. W tym stanie rzeczy, jedynym możliwym rozstrzygnięciem, jest umorzenie postępowania w sprawie.

Zdred szybko oprzytomniał.

– Sąd zamyka rozprawę. Ogłoszenie postanowienia nastąpi za 10 minut. Proszę opuścić salę.

Po wyjściu stron i Sankji Zdred przejrzał kilka razy akta, potem kodeks. Następnie popukał się w czoło, że nie zauważył tak oczywistej okoliczności.

Zdecydowanie czas na urlop… Gdzieś, gdzie nie ma lasów!

ŚOT lingwistyka stosowana

Ślepym Okiem Temidy