rybnik-sad-rejonowy-kura bordo

Zdred i kurki liliputki

Tomasz Zdred po raz kolejny czuł, że życie wymyka mu się spod kontroli. O godzinie dziewiątej rano siedział przed swym biurkiem otoczony barykadą akt w białych okładach i patrzył zimnym spojrzeniem na ścianę vis a vis. Na ścianie nie było jednak nic ciekawego, z wyjątkiem skóry z dzika po byłym współlokatorze pokoju. Zakupionej na allegro i aż proszącej się o wyekspediowanie do śmietnika. Póki jednak istniała szansa, że kolega wróci po nią, nie wypadało podejmować aż tak radykalnych działań.

Nie, nie ściana, ani tym bardziej skóra dzika były przyczyną jego zmartwienia. Przyczyn naliczył około dwudziestu pięciu, na pierwszy plan nasuwały się jednak trzy: Pierwszą była zepsuta playstation. Drugą: zepsuty smartfon umożlwiający to samo, co playstation – tylko w pracy.

Trzecią były kurki liliputki… Pomimo pozornego opanowania sytuacji nie dawały mu spokoju.

Zadzwonił telefon. Zdred powoli skierował wzrok na aparat usytuowany gdzieś za linią akt. Dzwonek wdzierał się w jego mózg z coraz głośniejszym jazgotem przypominając, że wczoraj były imieniny wujka Stanisława. I ciocia Wiesia uznała, że Tomaszek jest taki smutny i samotny więc niech chociaż napije się z nią za zdrowie wujka Stanisława. I za jej zdrowie… Nie wypadało odmawiać.

Tomasz bardzo powoli uniósł całe swe jestestwo i wyciągnął dłoń po słuchawkę.

– Taaaak…? Tomasz Zdred – rzucił przeciągle, opadając na krzesło.

– Panie sędzio – w słuchawce zadźwięczał głos Pani Krystyny, osobistej sekretarki Prezesa – Pan prezes prosi o przyjście…

– Przyjdę jak będę mógł – odpowiedział Tomasz Zdred i już zamierzał odłożyć słuchawkę, ale zmroził go głos pani Krysi:

– Natychmiast!!! To coś ważnego i pan prezes naprawdę prosi o przyjście.

Słowo „prosi” zabrzmiało w uszach Tomasza Zdreda jak prośba Władimira Putina o pokój na Ukrainie. „Cóż, siła wyższa” – pomyślał i wstał z krzesła. Omiótł spojrzeniem stos akt i wyszedł z pokoju…

kury przeskalowane odwr

– Panie kolego, jak miło pana widzieć – powiedział na powitanie Zdreda prezes sądu, Amadeusz Zaskroniec. Uniósł przy tym delikatnie pośladki nie decydując się jednak na wyciągnięcie dłoni.

-„Jest źle” – pomyślał Tomasz Zdred i od razu przełożył swoją sytuację na aktualnie trwające na świecie konflikty dyplomatyczne, włączając w to interwencję w Kongu. Już tak miał, że świat postrzegał w kategoriach ciągłej walki. O przetrwanie, o terytorium, o jedzenie. Wiele pomagało mu w tym obserwowanie zachowań jego kota, w szczególności gdy w chłodne marcowe wieczory wymykał się zdobywać okoliczne kocice – nie licząc się ze stratami w postaci ran gryzionych i drapanych…

– Jest źle – powiedział Amadeusz Zaskroniec wbijając w Tomasz Zdreda chłodne spojrzenie.

– „Jest bardzo źle” – pomyślał znów Tomasz Zdred pamiętając, że szef nigdy nie mówi wprost co mu zaległo na wątrobie. A szef wyglądał na bardzo skoncentrowanego i złego.

– Panie kolego, co pan wie o kurach liliputkach…?

– Są, panie prezesie. Najczęściej w klatkach. Takie małe i strasznie gdaczące…

– Panie sędzio, trochę powagi – Amadeusz Zaskroniec uniósł się za swym prezesowskim biurkiem i wydawał się robić coraz bardziej czerwonym na twarzy…

– Co pan wie o kurkach liliputkach u nas w sądzie?

– W sądzie…? Jak to w sądzie…?

– W piwnicy sądowej uściślając… – Amadeusz Zaskroniec już nie był czerwony tylko purpurowy.

– Aaaa, w… piw-nic-y są-do-wej… – Tomasz Zdred zaczął się jąkać.

– Dokładnie… w piwnicy…. Proszę to jakoś wyjaśnić. Bo o tym, że są tam kurki wie pan?

Tomasz Zdred już wiedział, że stoi przed ścianą. Bez skóry dzika ale z widmem plutonu egzekucyjnego. No może plutonu złożonego z sędziego wizytatora i rzecznika dyscyplinarnego. I chyba nie miał odwrotu.

kury przeskalowane

– Wiem – wyrzucił z siebie.

Amadeusz Zaskroniec patrzył zimno na Tomasza Zdreda, a jego twarz wyrażała dokładnie nic, tylko wręcz arktyczny chłód. Można było zrozumieć dlaczego taką niechęcią cieszył się wśród okolicznych recydywistów, bez zmrużenia powieki wymierzając im kary zdecydowanie surowsze od wniosków prokuratorskich.

– No więc pamięta pan prezes jak jakiś czas temu przeprowadzał ze mną rozmowę dyscyplinującą?

– Chodziło o tę skargę z Koziegolca. W tym sąsiedzkim sporze o… Panie sędzio, tam przecież chodziło o kury hodowane przez sąsiadkę, na którą złożyli doniesienie sąsiedzi z innej kondygnacji…

Amadeusz Zaskroniec wyraźnie ożywił się, a czerwień na jego twarz wydawała się blednąć.

– Dokładnie tak panie prezesie. No więc jak pan pamięta twierdziła, że mówiłem dziwne rzeczy na rozprawie, ale połowy z nich nie pamięta, bo ma słabą pamięć. Zresztą to nieważne, i tak chyba trzeba było już wtedy badać ją psychiatrycznie. Ale jak pan prezes powiedział powinienem być delikatniejszy dla psychopatek, przepraszam, pan ujął to: dla osób sprawiających wrażenie niezrównoważonych psychicznie. A więc byłem. I kiedy przyszła na kolejną rozprawę byłem tak miły, że… – Tomasz Zdred zawahał się na chwilę.

– No niech pan wykrztusi to z siebie panie kolego!

– No więc ona uznała, że jestem jednak przeuroczy. I przyniosła po rozprawie dwie kopy jaj. Świeżutkich, takich, że idealnie pasowałyby do tatara – Tomasz Zdred na myśl o takich rozkoszach podniebienia rozmarzył się i przełknął ślinę. Jednak śniadanie jadł dość dawno.

– Oczywiście odmówiłem – szybko dodał Tomasz Zdred widząc pytające spojrzenie prezesa i marsowe podciągnięcie brwi na jego twarzy… – Ale potem przyniosła same kurki. I powiedziała, że nie mogę odmówić ich przyjęcia. Była u swojego prawnika i ten powiedział, że może złożyć je jako dowód rzeczowy w sprawie. No więc nie mogłem odmówić. Ale nie mogłem też powiedzieć o tym panu prezesowi… Po co kusić los…?

– No i?

– No i razem z naszymi skazanymi, tymi, którzy sprzątają w sądzie i noszą akta postanowiliśmy zabezpieczyć dowody poprzez umieszczenie ich w piwnicy…

kura dropiata

– Jak pan mógł panie sędzio…?

– Przyznaję, moja wina.

– A co pan robił z jajkami? No bo przecież kury znoszą jajka, nieprawdaż? Trzeba by je sprzedać na licytacji chyba, zresztą dyrektor będzie wiedział lepiej… Co robiliście z jajkami…?

– I tu panie prezesie jest problem…

-…?

– Pamięta pan, że od kilku tygodni pani Krysia podaje panu koktajl z żółtek? To z uwagi na pana problemy zdrowotne…

Amadeusz Zaskroniec opadł na krześle i powoli zapadał się za swym biurkiem. Tomasz Zdred bezlitośnie, niesiony falą adrenaliny kontynuował:

– No więc panie prezesie w ten sposób zagospodarowaliśmy pożytki z dowodów rzeczowych. Oczywiście gdy chodzi o żółtka, Bo jeśli chciałby pan zapytać o białka…?

Mina Amadeusza Zaskrońca wskazywała, że nie chce zadawać dalszych pytań.

 kury przeskalowane odwr 2

/c.d. opowiadania autorstwa Roberta Stępnia – ponownie bardzo dziękujemy/

Po chwili namysłu Sędzia Zaskroniec uniósł słuchawkę, wybrał numer wewnętrzny do Pani Krystyny i prezesowskim tonem zaordynował – Pani Krysiu, proszę natychmiast wezwać dyrektora Liczydłę.
Pięć minut później Ignacy Liczydło stał przed prezesowskim biurkiem i usłużnie się kłaniał.
– Dzień dobry, panie prezesie.
– Dzień dobry – odparł szybko Zaskroniec, oblizując usta. – Wie pan, jest taka sprawa z tymi… No…
– Jajkami liliputek, panie prezesie – Liczydło przyszedł z pomocą w samą porę.
– W rzeczy samej, w rzeczy samej! Wyjął mi pan to z ust! – ucieszył się Zaskroniec i ponownie oblizał górną wargę.
– A więc?
– A zatem, panie dyrektorze! Jest problem, bo jaj lilipucich nie ma i… – tu Zaskroniec znacząco zawiesił głos.
– I dlatego ja na podstawie paragrafu 79 sporządzę protokół zniszczenia – Liczydło natychmiast podjął wątek.
– Tylko wie pan… – na chwilę zaniepokoił się jeszcze Zaskroniec – Żeby mi w tym protokole wyspecyfikowano białka!
– Coś się wymyśli, panie prezesie – grzecznie odpowiedział Liczydło, po czym odwinął się na pięcie. Po dziesięciu minutach sporządził stosowny protokół i w rubryce „żółtko” wpisał przyczynę „kogel-mogel”.
Nad przyczyną dla „białka” głowił się pół godziny, próbując odnaleźć jakąś adekwatną. W końcu Liczydłę olśniło i wpisał: „bicie piany”.