love-is-in-the-air-love-air-motivational-1324964674

LOVE IS IN THE AIR

Zuzanna w oczekiwaniu na ostatnią osobę, matkę tymczasowo aresztowanego oskarżonego, czytała akurat wywiad Ewy Radlińskiej z adwokatami Magdaleną Czernicką-Baszuk, Andrzejem Michałowskim i Krzysztofem Boszko „Co adwokat może robić razem z klientem”, kiedy wszedł jej aplikant i scenicznym szeptem wysyczał jej w ucho wyraźnie przejęty
– Przyszła jakaś kobita z furą kwiatów i tortem do pani – po czym uciekł.
– Zapraszam panią – podeszła do drzwi.
Maria Szlachciańska dźwignęła jedną upierścienioną dłonią tacę z piętrowym tortem, a drugą zagarnęła obręcz kwiatów i wkroczyła do gabinetu.
Gadżety odłożyła na stolik i usiadła.
Splotła dłonie.
Sankja o nic nie pytała.
Sytuacja była ciężka dla całej znanej, ustosunkowanej, wykształconej, bogatej rodziny, od ponad 20 lat bezskutecznie usiłującej okiełznać jedynego dziedzica, bezczelnego, hiperinteligentnego młodzieńca z ADHD, kliniczny przypadek zjawiska z francuska nazywanego enfant terrible, aktualnie okiełznywanego przez wychowawców Aresztu Śledczego, gdzie od około roku spędzał czas pozostając pod zarzutem kierowania zorganizowaną grupą przestępczą o charakterze zbrojnym, nieustannie organizując różne akcje, bunty i generalnie umilając wszystkim czas jak tylko umiał i mógł, co nie rokowało dobrze ani dla wymiaru kary w związku z prawie stoma karami dyscyplinarnymi, które kolekcjonował, ani dla warunkowego przedterminowego zwolnienia w przyszłości.
Ciche uszanowanie rozpaczy i wstydu matki tego iście szatańskiego pomiotu trwało około 5 minut.
Sankji głupio było przerywać tą ciszę.
– Cóż – odezwała się w końcu kobieta – nie chciałam tutaj przychodzić, ale byłam na widzeniu i przysięgłam synowi, że to zrobię, bo mnie błagał.
– Stało się coś? – Sankji przemknęła przed oczami wizja wypowiedzenia pełnomocnictwa, w końcu cudu nie sprawiła, czarodziejską różdżką nie skruszyła murów pudła, brylanty i diamenty jakimi w istocie były jej zażalenia na przedłużenia tymczasowego aresztowania też nie zadziałały, sądy każdorazowo okazywały się być całkowicie odpornymi na wszelką argumentację w tym trudnym i nie ułatwiającym jej pracy przypadku oskarżonego Szlachciańskiego.

Na ostatniej rozprawie jej klient Juliusz Szlachciański pytany o stanowisko w przedmiocie dalszego stosowania tymczasowego aresztowania złożył wniosek o… jego przedłużenie od razu na 3 lata, bo: „po co się mamy szarpać i denerwować co 3 miesiące i coś pozorować, papieru szkoda i tej mojej adwokat, bo se kobita tylko język strzępi po próżnicy”.
– No stało – głos kobiety zawisł w powietrzu – stało, nie da się ukryć, strasznie mi głupio to mówić.
– Śmiało, nie obrażę się, ani nie zdziwię, naprawdę. Po tylu latach praktyki jest to już praktycznie niemożliwe. Nic i nikt mnie już nie zaskoczy.
Znowu zapadła cisza.
Sankja napiła się kawy.
– Och przepraszam, zapomniałam zapytać – zwróciła się do załamanej Szlachciańskiej – może się Pani czegoś napije?
– Nie, dziękuję – odpowiedziała i znowu zamilkła.
Sankja znowu łyknęła stygnącej kawy.
– No nic. Muszę jakoś przez to przebrnąć, po to tu przyszłam. Ale zaznaczam z góry, strasznie mi głupio to mówić, bo pani by pewnie nie chciała…. – znowu się zacięła.
– Nie chciałabym czego? – postanowiła pomóc jej Sankja.
– Bo kto by go tam chciał, jakiś wariat chyba albo wariatka – zastanawiała się na głos kobieta.
– To znaczy? – Zuzanna nerwowo napiła się kawy.
– No tego mojego Julianka… – wydusiła z siebie Maria Szlachciańska.
Pffffff!!!!!!!!!
Blat biurka pokrył się kawą, którą zachłysnęła się Zuzanna.
– No, jednak chyba panią zaskoczyłam, przepraszam.
– To ja przepraszam – odkaszlnęła Sankja.
– Ja mu mówiłam, że go pani nie zechce, bo kto to widział, kobieta wykształcona, na pewno kogoś ma, gdzież by taka kobieta się w takim bandycie zakochała, że to w ogóle wstyd nawet myśleć o tym, ale on błagał, że musi wiedzieć czy ma szansę, mówił, że przy pani to on by się zmienił, ale w to akurat to ja, jako matka, nie wierzę.
– No tak… – sytuacja była niezręczna.
Bo co tu powiedzieć tej zrozpaczonej i zawstydzonej kobiecie?
Że ma rację i w stronę jej szalonego syna nikt normalny nawet by nie splunął?
Chlapnąć głupio: „ale ja mam męża”, co stanowiłoby sugestię, że gdyby nie ten mąż, to kto wie, kto wie…
Wyznać: „ale ja jestem ponad 20 lat starsza od pani syna” – co też wskazywałoby, że jedynie wiek powstrzymuje przed rzuceniem się w aresztancki romans?
Pouczyć, że „to niezgodne z kodeksem etyki adwokackiej”? A co ma kodeks etyki do ludzi z krwi, kości i buzujących hormonów, których w dodatku nie dotyczy?
– Nie wiem co mam pani powiedzieć, czego pani sama tu już nie powiedziała, a co nie zabrzmiałoby albo dwuznacznie, albo niegrzecznie – przyznała w końcu Sankja dość bezradnie kobiecie.
– Ja wiedziałam, że tak będzie i że jest pani za mądra, żeby się zgodzić. Ale musiałam to zrobić i zapytać. Bo obiecałam – Marii Szlachciańskiej wyraźnie ulżyło.
– A jeśli chce pani zapytać o areszt syna…. – próbowała zmienić temat Zuzanna.
– Nie chcę, tyle spokoju póki siedzi. Przynajmniej nas nie kompromituje. Proszę mnie tylko ostrzec, gdyby miał wychodzić. Wyprowadzimy się wcześniej z mężem, żeby z nim nie mieszkać.
Sankji dudnił w głowie fragment czytanego przed spotkaniem artykułu, rzuciła znowu okiem na ekran, żeby się upewnić, czy dobrze zapamiętała przesłanie:
kiedy klient w sposób mniej lub bardziej widoczny sugeruje swoje emocjonalne zaangażowanie kobiecie adwokatowi, należy niezwłocznie wyjaśnić mu niedopuszczalność takiej sytuacji w stosunkach adwokat – klient. Następnie zakończyć relację zawodową.
Dobrze.
– Wie pani – zaczęła.
– Jedna prośba – przerwała jej kobieta – niech go pani nie zostawia. Błagam. On tylko przy pani się mobilizuje i próbuje kontrolować i jest taki grzeczny. Jak go pani zostawi, to chłopak będzie całkiem stracony.
– Grzeczny??? – zdumiała się Sankja.
– Kochana – uśmiechnęła się starsza pani – nie wie pani co on normalnie wyrabia. Ale nie będę opowiadać, bo by mi tego nie wybaczył, pójdę już, do widzenia, przepraszam, proszę o tym wszystkim zapomnieć.
– Do widzenia – wstała i podała dłoń kobiecie. Zamyśliła się patrząc na wychodzącą wysoką, szczupłą postać.
– Aaaa! Kwiaty! Tort! Zapomniała pani! – wybiegła za Marią Szlachciańską do poczekalni.
– To dla pani. Od Juliusza.
Wyszła.
Zuza wróciła do komputera i jeszcze raz przeczytała artykuł.
I pomyślała o znanych jej adwokatach, którzy zostawiali swoje żony, dzieci o ile je mieli, wieloletnie partnerki – dla klientek, aplikantek, praktykantek, albo nawet dla żon swoich klientów.
Często zmieniali partnerki „na lepszy model” akurat w najtrudniejszej dla ich kobiet chwilach w życiu, w czasie leczenia nowotworu, zdiagnozowania stwardnienia rozsianego, czy innej zazwyczaj śmiertelnej choroby.
Nikt im żadnej dyscyplinarki za to nie robił. Ba. Nikt nie widział niczego niestosownego w wynoszeniu takiego adwokata do władz i odgrywania przez niego wzoru cnót wszelakich oraz wcielenia moralności.
Ale ze znajomych kobiet adwokatów analogicznego przypadku nie znała ani jednego.
Ciekawe dlaczego…

grumpy-cat-love-is-in-the-air