nowinki(żródło: http://www.iradio.ie/blog/wp-content/uploads/2011/04/funny-dog-pictures-psychiatrist-pug.jpg)

/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

NOWINKI ZZA WIELKIEJ WODY

Fragmenty maila adwokat Zuzanny Sankji do byłej aplikant adwokackiej Anny Zabieg, w chwili obecnej przebywającej w Nowej Południowej Walii. (opublikowane za zgodą obydwu stron – A.Z.)

,,Kochana Aniu,

Tęsknimy za tobą wszyscy, gdzieś ty się w ogóle podziała, jak tak można zniknąć niemalże bez słowa! (kolejne kilkanaście linijek tekstu przepełnionych troską, cichym oburzeniem i głośnym nawoływaniem do powrotu). W załączniku przesyłam ci referencje podpisane przez twojego byłego patrona, tylko czy możesz mi wyjaśnić, dlaczego on twoje obowiązki opisał jako ,,opiekunka do dzieci”?! ,,Odprowadzanie do szkoły, opieka w czasie zajęć pozalekcyjnych, czytanie przed snem”– czy ty miałaś u niego dodatkowy etat?! W ogóle strasznie niesympatyczny człowiek, wyobrażasz sobie, że powiedział, że aplikanci, a aplikantki w szczególności, nadają się najlepiej jako pomoce domowe! (kolejne kilkanaście linijek, tym razem wypełnionych głośnym oburzeniem i cichym nawoływaniem do złożenia skargi do rzecznika dyscyplinarnego).

Nie wiem, czy twoja mama ci wspominała, ale spotkałyśmy się w sądzie ostatnio. Nawiedziła mnie rok temu klientka (tak, nawiedziła to odpowiednie słowo, bowiem wpadła dokładnie o północy, kiedy próbowałam przemknąć się z kancelarii do samochodu, ale pani okazała się lepsza), której mąż złamał nogę na terenie szpitala i postanowiła walczyć w jego imieniu o odszkodowanie. Ponieważ jednak nalegałam, że skoro to mąż jest osobą poszkodowaną, to może on jednak powinien ze mną porozmawiać osobiście to przyszli oboje następnego dnia, o nieco normalniejszej porze. Niestety, dalej nie udało mi się zamienić z nim ani słowa, cały czas odpowiadała bowiem ona. Pan przytakiwał, to można było przypuszczać, że potwierdza jej słowa. Sprawa bowiem polegała na tym, że (tutaj następuje kilkustronicowe opisanie sytuacji, które z powodów małej objętości tekstu, jak i wzmocnienia dramaturgii kolejnych wydarzeń pominiemy).

Niezwykłe jest to, że wyznaczono nam rozprawę już na osiem miesięcy po złożeniu pozwu! Nasze sądy działają coraz sprawniej (Nie, to wcale nie był sarkazm). Wśród wyznaczonych świadków był pracownik pogotowia ratunkowego, lekarz ze szpitala, dyrektor placówki, jak i twoja mama – ona zeznawała na końcu, to miała być chyba taka strategia radcy szpitala… Swoją drogą, ile ten człowiek ma lat? Pomijam już fakt, że brodę miał jak święty Mikołaj, poruszał się o lasce z prędkością centymetra na minutę oraz przespał większość rozprawy, ale dla niego Praga leży w Austro-Węgrzech! (Mecenas Podrauch studia prawnicze ukończył w Wiedniu. Przed wybuchem wojny. Tak z dekadę przed wybuchem).

Zeznający ratownik powiedział, że on nic nie widział, nic nie słyszał, zawiózł pacjenta i oddalił się z izby przyjęć na kolejne wezwanie. Zaprzeczył, że w pogotowiu ciągną losy, kto ma pojechać do tego szpitala psychiatrycznego. Zaprzeczył też, że w rozmowie z pokrzywdzonym stwierdził, że nikt już w sumie nie rozróżnia personelu od pacjentów. Odwołał także swoje zeznania dotyczące próby pobicia go parasolką przez psychiatrę z izby przyjęć. Właściwie jedyną rzeczą, którą zapamiętał był fakt, że nie było pani Alicji. Na pytanie kim jest Pani Alicja, nie potrafił dokładnie określić jej pozycji zawodowej, ale na pewno jest jedną z najważniejszych osób w szpitalu. Nie odnaleziono jej w zarządzie szpitala. (Pielęgniarką z trzydziestoletnim stażem jest).

Zeznającemu psychiatrze udało się trzy razy wejść w ławy dla publiczności, zanim dotarł na miejsce dla świadka. Przyznał, że zapomniał okularów, ale podobno zdarza się to bardzo rzadko, a na pewno nie zdarzyło się to w trakcie wspomnianego zdarzenia. Cały czas zwracał się do mnie per ,,Panie Mecenasie” i wydaje mi się, że jest mizoginem. (Nie, nie jest. Zuza ma po prostu piękny, głęboki głos, a doktor Żółkiewski od pięciu lat pseudonim Stevie Wonder). Wyjaśnił za to sprawę z parasolką, okazało się, że zespół pogotowia tak szybko opuścił izbę przyjęć, że nie podpisał pewnych dokumentów i on próbował jeszcze ich złapać, zanim wyjadą z terenu szpitala. Dlaczego zabrał parasolkę w ten piękny, lipcowy dzień? Wydawało mu się, że pada, bo słyszał szum deszczu, ale to tylko jeden z pacjentów rozbił kaloryfer i woda się lała z drugiego piętra. Na pytanie, jak personel radził sobie z tą kryzysową sytuacją, odpowiedział, że szukali pani Alicji. Na pytanie kim jest pani Alicja, zareagował takim oburzeniem, że sędzia Zdred raz jeszcze przeszukał wykaz zarządu szpitala. (I raz jeszcze nie znalazł…)

Zanim wezwano trzeciego świadka, sędzia Zdred zbladł i scenicznym szeptem zapytał sekretarz Joannę: ,,Mam nadzieję, że to nie jest TEN biegły?!” (I kolejny raz się rozczarował…). Pan profesor wszedł na salę rozpraw z tak wielkim uśmiechem, że od razu zaczęłam wyczuwać kłopoty. Pomijając fakt, że przez cały czas składania wyjaśnień posyłał mi długie, pełne podziwu spojrzenia i mrugał do mnie tyle razy, że zaczęłam się zastanawiać, czy przypadkiem coś mu nie wpadło do oka, najgorsze, że wcale nie odpowiadał na pytania! Nikogo – ani sędziego, ani moje, ani nawet radcy szpitala! Zajmowało go bowiem stawianie diagnoz wszystkim obecnym. Sędzia Zdred wedle jego opinii ma zaburzenia afektywne dwubiegunowe charakteryzujące się przymusem mówienia i gonitwą myśli (zapewne sędzia próbował uzyskać odpowiedzi na pytania, jeśli pan profesor czuje się ponaglany zawsze stawia taką diagnozę), radca cierpi na chroniczną depresję (znając mecenasa Podraucha zadziwił mnie fakt, że w ogóle zadał jakieś pytanie…), ja mam nerwicę natręctw (każda kobieta ma nerwicę natręctw, szczególnie zamężne i szczególnie w czasie porządków domowych oraz meczy piłkarskich), powód zaś wpada w katatonię spowodowaną agresywnymi atakami schizofrenicznymi jego żony. Na takie dictum oburzyła się oczywiście małżonka mojego klienta, mówiąc, że chorzy to są ci lekarze, bo ona sama była świadkiem, że kiedy jej mąż groził, że skoczy z okna, to lekarz i pielęgniarki krzyczeli ,,Idź na całość! Idź na całość! Idź na całość!”. Profesor rzucił tylko od niechcenia: ,,Halucynacje. Bardzo typowe dla tego stanu” i dodał ,,Nie ma ludzi zdrowych, są tylko niezdiagnozowani. Zygmunt Freud” (cytat ten powtarzany średnio trzy razy dziennie). W tym momencie klientka zapytała mnie, czy ten Freud to też pracuje w tym szpitalu i czy można go wezwać na świadka, skoro sam potwierdza, że cały personel jest chory psychicznie (nie, nie pracuje, ale kilkakrotnie był pacjentem). Potem nastąpiło małe poruszenie, bo pan profesor nie chciał opuścić mównicy, ale wreszcie wezwano ostatnio świadka – twoją mamę. I był to balsam na dusze wszystkich obecnych na sali prawników. (Oj tam, po prostu nie są przyzwyczajeni).

Wprawdzie twoja mama, czyli szukana przez wszystkich pani Alicja, nie była bezpośrednim świadkiem zdarzeń, bo załatwiała sprawy administracyjne w Urzędzie Marszałkowskim (nie należy to bezpośrednio do jej obowiązków, ale na samo wspomnienie pana profesora, pełniącego również funkcję dyrektora szpitala, wszyscy urzędnicy reagują dość histerycznie), ale jej wiedza i zeznania okazały się najbardziej spójne. Wróciła z UM, wezwała salowe do zebrania wody na drugim piętrze, wezwała fachowca do naprawy kaloryfera, wezwała karetkę do poszkodowanego w wyniku upadku z okna powoda, przy czym poprosiła dyspozytora, aby to była ta sama ekipa, która go przywiozła, aby w ten sposób załatwić sprawę brakujących podpisów, wezwała policję, ponieważ żona powoda zachowywała się agresywnie, wreszcie poszła do dyżurki i zaczęła uzupełniać raporty. Na pytanie sędziego Zdreda, czy stan poszkodowanego, a przede wszystkim jego skok z okna nie uprawniał do zajęcia się nim w pierwszej kolejności i bacznej obserwacji, pani Alicja rzuciła mu drwiące, pełne dezaprobaty spojrzenie, które znam tak dobrze (yyyy, że co proszę?) i powiedziała:

– On skakał z parteru.

Sprawa będzie się ciągnąć jeszcze sporo czasu, bo następny termin rozprawy mamy wyznaczony na październik przyszłego roku, ale przynajmniej zyskałam nowego przyjaciela, bo pan profesor nie dość, że odprowadził mnie, wbrew moim protestom, aż do drzwi samochodu, to jeszcze usilnie zapraszał na kawę (Pan profesor rozwiódł się ostatnio. Po raz czwarty). Podzielił się też ze mną smutną plotką, jaka krąży po szpitalu, a mianowicie, że twoja mama chce do ciebie dołączyć na Antypodach. Wszyscy są tą wiadomością głęboko zaniepokojeni.

Więc ja cię proszę – w imieniu zdrowych zmysłów moich, sędziego Zdreda i wszystkich, którzy natkną się kiedykolwiek na sali sądowej z kimś pracującym w tym szpitalu – nie zabieraj matki do siebie. Albo wręcz przeciwnie – niech ona przywiezie Cię z powrotem!

Całuję i ściskam

Zuza