ŚOT Mikołaj 2Ślepym Okiem Temidy

Absurd przedwigilijnej soboty

(opowiadanie na podstawie autentycznych sobotnich historii opisywanych na fp Mikropsy: https://www.facebook.com/mikropsy/timeline oraz na http://www.mikropsy.org/)

Negocjacje z adwokatem z drugiego końca Polski zapowiadały się obiecująco z racji miejsca spotkania w karczmie, w której świetnie gotowali i raczej długo – z powodu tematu i specyfiki sprawy.

Klienci w czasie drogi zaczęli sobie wzajemnie grozić, wydzwaniali, pisali SMS-y, histeryzowali i generalnie zachowywali się jak 5-letnie dzieci przyłapane na zabawie w doktora.

Zuzanna Sankja starała się nie zamyślić, droga była długa i nie chciała przegapić karczmy Bida, w której umówiła się z pełnomocnikiem przeciwników „w pół drogi” między ich miastami. Starała się, aby to „w pół” wypadło jednak bliżej jej miasta niż jego. Bądźmy szczerzy. I było bliżej.

Ruch na drodze, kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia mimo soboty był makabryczny. Burczało jej w brzuchu z głodu.

Zadzwonił telefon.

Pani Prezes jednej z Fundacji ochrony praw zwierząt o wdzięcznej nazwie „Mikropsy”.

Odebrała.

– Halo?

– Słuchaj – odezwała się Anka głosem na granicy płaczu – Miałam straszne zgłoszenie w nocy.

– Jakie? Co się stało?

– Potworne. Wyłam chyba godzinę, mówić nie mogę po prostu.

– Mów. Spokojnie.

– Zadzwoniła do mnie. Kobieta. Nad ranem. Że facet wczoraj wyszedł z więzienia, siedział za znęcanie nad rodziną. Upił się i …. – zaczęła płakać.

Czekała aż Anna się uspokoi. Wszystko w niej stężało.

– Upił się i co? – pomogła jej.

– I całą noc zabawiał się z psem!!! – wyryczała Anka.

– Żyje ten pies?

– Chyba tak, jedziemy tam na interwencję, zabieramy je, tam są dwa psy, pies golden retriver i mała suczka.

– Boże, małą suczkę zgwałcił?! Tam jest jeszcze co z niej zbierać???

– Nie! Tego goldena! Całą noc!

– Chrystepanie – Sankję zatkało – ten pies ma jeszcze jakiś kawałek jelita, czy cały rozerwany?

– Nie wiem, nie wiem – znowu zaczęła płakać – nic nie wiem, jedziemy tam, powiedz co robić bo nieprzytomna jestem.

– Straż Miejska i Policja, wzywacie, znęcanie się nad zwierzętami. Lecznica jest jakaś w pogotowiu, żeby tym zgwałconym psem się zajęli?

– Jest.

– Weźcie ze sobą jakiegoś mężczyznę z fundacji, nie jedźcie same. Dzwoń na Policję i Straż, ale już! I nie płacz im do słuchawki! Dzwoń, informuj mnie na bieżąco.

– Dzięki, będę dzwonić.

– Trzymaj się, jestem z tobą.

– Pa.

– Pa!

Jest, jest! Jest Bida!

Wjechała na parking.

Zaparkowała.

Zapaliła papierosa.

Wybrała numer telefonu adwokata.

– Halo? Ja dojechałam panie mecenasie. A Pan gdzie jest?

– Zbliżam się, GPS mi mówi, że będę za 5 minut.

– To OKej, czekam na parkingu pod karczmą, palę papierosa.

– Zaraz będę.

Wysiadła z samochodu i wyciągnęła z bagażnika torbę z laptopem i aktami.

Stanowisko klientów, przy czym obstają i walczyć będą do krwi ostatniej, a z czego i o ile mogą ustąpić miała zapisane w komputerze.

Minęło 10 minut.

20 minut.

Żaden samochód nie wjechał na parking.

objazd do ulicy objazdowej

Coś się stało?

Postanowiła zadzwonić jeszcze raz.

– Panie mecenasie, coś się stało? Nie widzę Pana.

– Jestem w środku w karczmie, nie widziałem pani na parkingu, stoję przed barem, szara kurtka.

– Ale ja nie widziałam jak pan wjeżdżał na parking, może nie zauważyłam, to już wchodzę, proszę zaczekać.

Rozłączyła się, porwała teczkę, piknęła pilotem i udała się w stronę drzwi wejściowych.

Weszła do karczmy i musiała przez chwilę przyzwyczaić wzrok do ciemności.

Przy barze nikogo nie było.

Rozejrzała się po sali.

Stwierdziła ewidentny brak osoby w szarej kurtce.

Znowu wybrała numer telefonu przeciwnika.

– No nie ma Pana! – zakomunikowała oburzona.

– Jak to nie ma? Jestem! Przy barze stoję, gdzie pani jest?

– Przy barze!

Zapadła pełna konsternacji cisza.

– Panie mecenasie – oświeciło nagle Zuzannę – pod jaką miejscowością jest pan w tej Bidzie?

– No jak to pod jaką? W pół drogi jakbym przez Kielce Radom chciał jechać do Warszawy.

– Czyli gdzie?

– W Głogoczowie, a gdzie?

– A ja jestem w Bidzie w Bogucinie…

Znowu zapadła cisza.

rower znak drogowy

– A gdzie się umawialiśmy? – zapytał w końcu.

– W karczmie Bida w pół drogi.

– Ano właśnie, to tu jest w Głogoczowie.

– W Bogucinie!

– Dobra. Stało się. Co robimy?

– Gdzie ten Głogoczów?

– Między Zakopanem a Katowicami, a Bogucin?

– Pod Lublinem.

– Acha…

Milczeli obydwoje.

Kazde z nich wybrało „Bidę” w owe „pół drogi” bliższe sobie. Sprytnie.

– To się kawałek przejechaliśmy – stwierdziła Zuzanna.

– Ponad 300 kilometrów mamy do siebie.

– Zgadza się.

– Dobra, ja jutro w waszych okolicach mam spotkanie, dojedzie pani?

– Dojadę, na którą?

– Nie wiem o której skończę, zadzwonię.

– Dobrze. Przyjadę, do jutra.

Rozłączyła się.

koparka znak drogowy

Odechciało jej się jeść. Wsiadła z powrotem do samochodu i ustawiła GPS na „dom”. Drogą krajową zaiwaniały jak szalone TIR-y ze świątecznymi dostawami. Nie mogła wyjechać z parkingu…

Zadzwoniły Mikropsy.

– Słuchaj… – głos pani Prezes Anny był jakiś niepewny – chyba mamy problem…

– Nie strasz mnie nawet… co się dzieje?

– Bo wiesz my tu jesteśmy na miejscu już i tego pana nie ma.

– A gdzie jest? A pies?! Co z psem?

– Ano właśnie. No dam Ci panią, pani Mario!

– Dzień dobry, Zuzanna Sankja.

– Dzień dobry, Maria Wiśniewska, bo wie pani, syn rano mi mówi, że ten bandyta całą noc się z Kubusiem zabawiał po pijaku!!!

– I co z Kubusiem? Żyje?

– Właśnie nie wiem co sobie myśleć proszę pani, bo tu go chcą zabierać a ja sama nie wiem.

– Ale co się dzieje, czego pani nie wie?

– Bo wie pani, ja w życiu Kubusia takiego roześmianego, brykającego i wesołego nie widziałam, o, pani słucha, jak lata z piłeczką i piszczy i się cieszy – kobieta odstawiła słuchawkę od ucha i skierowała ją w stronę psa. Do uszu Sankji doleciało zwariowane piiiii!!!! piiii!!!!! i odgłosy galopu i przewracającego się czegoś.

– No i ja nie wiem proszę pani, bo wie pani, ten bandyta to recydywa, on się nad nami znęcał, nad psami też, drugi wyrok miał teraz, 5 lat dostał, dzieci są z nim w strasznym konflikcie, nie wiedzieliśmy, że go puszczą na święta gnoja ciężkiego, ja się boję o psy i o nas ale nie widzę po Kubusiu tego gwałtu, żeby go coś bolało i nie wiem co robić, bo wie pani, jakby nas atakował to psy nas będą bronić, ale z drugiej strony narażać psy… ja nie wiem co robić… – zaczęła płakać.

– A gdzie jest pani mąż?

– Ex mąż! Z jego winy był rozwód! I do końca życia będę płacić za swoją głupotę, że za niego wyszłam – dalej płakała.

– Ex mąż, gdzie on jest? I gdzie jest syn, ten który miał ten gwałt na psie widzieć?

– Ten bandyta uciekł rano! Nawet go nie widziałam tak się przemknął! A syn ma dyżur od 6 rano…

– A może syn mówił szczegółowo co widział w nocy?

– Nie, tylko że pijany ojciec się z Kubusiem całą noc zabawiał i tylko tyle powiedział i poleciał do pracy.

– Da mi pani do telefonu panią Annę?

– Tak, już, pani Anno, ta pani do pani.

– No i co o tym myślisz? – spytała Anka.

– Zaglądałaś psu pod ogon?

– Tak. Brak śladów gwałtu. Wiesz, czekaj, wyjdę na klatkę – Sankja usłyszała trzask drzwi – No, nie chciałam, żeby słyszała, bo wiesz, skoro syn w takim konflikcie jest z ojcem to ja się zastanawiam, czy tego nie wymyślił? Żeby dokopać ojcu i żeby go zatrzymali? Mógł chcieć spokojnych świat bez pijaka agresywnego w domu i tak to sobie wykminił.

– Może tak być. Ale coś mi nie gra w tym wszystkim.

– Mnie też. Tym bardziej, że pies zachowuje się jakby miał ADHD, jest w siódmym niebie, oszalały ze szczęścia, pani i dzieci mówią, że nigdy tak się nie zachowywał. To wielki, rodowodowy retriver. I nie wiem, zabierać, nie zabierać, jesu ściągnęłam tu policję i straż miejską! W chałupie mają tłum ogłupiałych ludzi, którzy nie maja pojęcia co robić! Ja też nie mam!

– Cholera. Może Kubusiowi się spodobało?

– No coś ty! Oszalałaś?! Zgwałconych psów nie widziałaś?!

– Widziałam, ale może to wyjątek? Słuchaj. A może. Może weź jakoś dyskretnie panią spytaj o wielkość wiesz, wyposażenia jej exa? Może jakieś ma no…. minimalistyczne, wiesz? Pies sama mówisz jest olbrzym, to nie poczuł, a że dawno nie widziany pan całą noc się z nim bawił, to Kubuś szczęśliwy i dowartościowany się czuje?

– Nie zapytam, wstydzę się, ty zapytaj.

– Też się wstydzę. Weź złap tego syna wypytaj go co widział.

– Nie złapię, dyżur ma, nie może korzystać z komórki. Mam numer, dzwoniłam, nie odbiera.

– Jedź do pracy do niego sama, albo z Policją, teraz nie ma podstaw do zabrania psów, zostawcie je. Niech ten syn, jedyny świadek na notatkę policjantowi powie co widział, bo na protokół to za długo.

Za samochodem Sankji roztrąbił się wściekle samochód. Zastawiała wyjazd z parkingu i akurat można było wyjechać na drogę. Ruszyła z piskiem opon w lewo.

– Słuchaj, to dobra, jeszcze tego recydywę spróbujemy znaleźć.

– Dobra, dawaj mi znaki co ustalisz, koniecznie!

 – To na razie.

– Hej.

Jazda między TIRami, gdy z naprzeciwka walił taki sam sznur TIRów nie pozwalających na wyprzedzanie, to był koszmar. Chlapały jej na przednią szybę błotem. Skończył się płyn do spryskiwaczy.

Po jakichś 100 km katorgi, kiedy już zdołała uchwalić ustawę „TIR-y na tory”, rozstrzelać co najmniej 3 kierowców, wyczerpać roczny limit „ku..ew” i innych słów powszechnie uznawanych za obelżywe, wyprowadzić się na zawsze na wyspę La Gomera i po raz enty nie wpaść na pomysł co komu kupić „pod choinkę” – znowu zadzwonił telefon.

– No i co?! – bez zbędnych wstępów odebrała połączenie od Mikropsów.

– Znaleźliśmy!

– Kogo? Syna?

– Syna też, ale przede wszystkim tego recydywistę!

– I co, no mów!

– Syn mówi, że się jego ojciec zabawiał z Kubą całą noc, ale nie tak, jak jego matka to zrozumiała! – Anka zaczęła chichotać.

– No mów!

– Bo to tak, khy! – dostała czkawki ze śmiechu – khy! Khy!

– No weeeeź!!!

– Boże nie mogę khy! Aaaa, ha, ha, ha! – kwiczało po drugiej stronie słuchawki.

– Anka!

– Już, khy! Bo ten ojciec, nie? Ha, ha, ha, khy! Khy! Się uchlał, nie? Khy! I … ha, ha, ha! Rozebrał się do goła ha, ha, ha! Khy! I nie mógł chodzić! I pełzał! I na czworaka chodził! Ha, ha, ha!

Sankja zaczęła się domyślać, co się w rzeczywistości stało.

– Dawaj dalej!

– I Kuba, ha, ha, ha! Go dopadł rozumiesz, khy! I całą noc swojego pana gwałcił, łahahaha!!!!

– No ta… rewelacja. Gdzie chłopa znaleźliście? W jakim jest stanie?

– He, he, he, khy! Na pogotowiu!

– No i?

– Cały pogryziony i podrapany, bo po pijaku próbował się bronić!

– He, he, he – roześmiała się złośliwie Zuza – to rodzina pana pewnie szczęśliwa?

– A żebyś wiedziała! I to jak! Jeszcze dureń zakomunikował im, że albo on w tym mieszkaniu, albo psy! Ha, ha, ha, zgadnij kogo wybrali! Spakował się i wyniósł! Zostawiliśmy psy, pani zamki w drzwiach wymienia, żeby przypadkiem po pijaku znowu nie wrócił.

– Dobre! No patrz, wymiar sprawiedliwości tego nie osiągnął przez kilka lat, co jeden pies w jedną noc.

pies mem Jurka do absurdu sobotniej nocy

– Czekaj, mam drugi telefon, ustawię na głośnomówiący, to telefon do adopcji tego szczeniaka yorka z pseudohodowli, wiesz którego, to cicho bądź, posłuchaj jacy idioci dzwonią, nikt normalny nie dzwoni.

Sankja zamilkła i zmniejszyła nawiew, żeby dobrze słyszeć rozmowę.

– Dzień dobry ja po tego jorka.

– Czytaliście Państwo ogłoszenie?

– Tak.

– I nie przeszkadza, że pies może jeszcze w domu się załatwiać na dywany, na kanapy?

– Proszem paniom. Przestanie. Silnom renkom wszystkiego można psa oduczyć.

– A mieliście już do czynienia z terierami?

– Tak. Mieliśmy takiego pieska.

– I co się z nim stało?

– Stary był i taki no chory.

– I?

– No wie pani no oddalim go.

– A gdzie?

– Do jakiegoś schroniska, nie pamientam.

– I teraz chcecie następnego, tak?

– Tak. Bo dzieci chcom i dla dziadka szukamy na wieś.

– Słuchaj ćwoku! – usłyszała wrzask Anki i rozłączyła połączenie sama nie wiedząc, czy się śmiać, czy płakać.

Boże Narodzenie zbliżało się wielkimi krokami.

ŚOT MikołakŚlepym Okiem Temidy