lawyer-shark-sign

Cytowany poniżej komentarz ukazał się pod tym artykułem:

https://palestrapolska.wordpress.com/2015/01/05/adwokaci-odchodza-z-zawodu/

Z uwagi na wyjątkową trafność zawartych w komentarzu spostrzeżeń, zdolność do dystansu wobec samego siebie i własnego zawodu, która pozwoliła na zobaczenie pewnych zjawisk „z boku” i wyciągnięcie z nich wniosków, rzadko spotykany autokrytycyzm w ocenie adwokackich grzechów codziennych, ujrzenie belki we własnym oku i nie doszukiwanie się źdźbła w cudzym – zespół bloga doszedł do wniosku, że takiemu diamentowi nie wolno pozwolić zginąć w setkach komentarzy blogowych i diagnoza Pani Mecenas zasługuje na uwiecznienie w formie odrębnego wpisu, który winien skłonić i nas (bijemy się „w cyc”) i innych adwokatów do przemyślenia i ewentualnego zrewolucjonizowania mechanizmów pracy w kancelarii i kontaktów z klientami.

Autorce komentarza bardzo dziękujemy za podzielenie się efektami mądrej, wnikliwej obserwacji i serdecznie Panią pozdrawiamy!

 

law officeil_340x270.292354507

 

Prymitywnyorganizm
Wysłany 10.01.2015 o 4:22 pm

Witam

Ja – od „maluczkich”, na krwiach osób fizycznych hodowana, od pierwszego roku „lawu” chcąca mieć malutką kancelarię obsługującą rozwodników, ZUS-owców, łagodniejsze wersje Karguli i Pawlaków. Bez tzw. wielkich spraw, kilkumilionowych krów, dyspozycyjności łamanej przez niewolnictwo i reperowania pozrywanych neuronów wypadem 2 razy w roku na słodkie wysypy Riki Tiki z drikiem z łapce i aloha na ustach.

Spokój jest dla mnie nadwartością, małe sprawy cywilne i administracyjne (od wielkiego dzwona – karne) gwarancją życia we względnej psychicznej równowadze, moim sposobem na przebrnięcie przez moją opowieść.

Załamanie dopadło mnie na studiach. Na ostatnim roku. „Renomowanej” polskiej uczelni, która ustami swej sekretarki informowała mnie, że regulamin jest po to, że musi być a co do jego zapisów – bywa różnie. Z ziemi podniosła mnie możliwość udzielania porad w jednej z fundacji, kontakt z człowiekiem i wiara, że mogę zmienić jego sytuację prawną (a ta jak wiadomo wpływa i inne aspekty tego, co nasi przodkowie zwać zwykli bydleniem). A była to praca – jak na studenta – naprawdę zaawansowana. Analiza sprawy, kompletowanie dokumentów, sporządzanie pism (sądy wszystkich instancji) i oczywiście konsultacje z adwokatem, który wspomagał fundację. Był tylko jeden minus – standardowo służyło się w tej fundacji dla wpisu w CV, a zaświadczenie o swej posłudze otrzymywało się na koniec roku. Ci, którzy zdecydowali się na taki wariant siłą rzeczy nie mogli sprawdzić skuteczności swoich działań (sprawy najczęściej miały swoje finały już po tym jak autor inicjujących ich pism był poza fundacją). Ja byłam tam jednak lat trzy. Lekko licząc w tym czasie „obsłużyliśmy” (załoga dyżurująca ze mną raz w tygodniu) z pewnością ponad 300 osób.

Tylko dwie osoby powróciły do nas z wyrokami by podziękować za pomoc. Dwie. Starsza pani – kombatantka wojny z ZUS, mężczyzna w średnim wieku – ofiara komorniczego nieuctwa pomieszanego z nadgorliwością. Nie wliczam osób, które dzięki nam „wygrały” i informowały o tym na bieżąco przychodząc z kolejną sprawą lub pokłosiem spraw wygranych (np. zainicjowanie postępowania egzekucyjnego). Drogami pobocznymi docierało do mnie, że w kilkunastu innych przypadkach sprawy zakończyły się pomyślnie. Ale nikt nie pofatygował się by rzucić prostym „dziękuję” za pomoc, pracę, wysiłek, które dla interesantów związane były jedynie z kosztami dojazdów do nas i nadania pisma na poczcie (ba- czasami nadawało się owe pisma za nich, zawsze też za coś trzeba było dojechać na dyżur).

Nie mam pamięci do twarzy – ot taki mankament, receptory wadliwe, nienależyte wykonanie zleceń w postaci dopasowania twarzy do zalegających w mózgowiu danych. Pamiętam jednak doskonale te dwie twarze. I nazwiska. I dość sporo szczegółów z ich spraw. Przyniesione nam czekoladki i domowe wypieki, których nie mogliśmy przyjąć, A trochę wody w Wisłach świata całego upłynąć zdążyło.

Mój przydługi wstęp to przygrywka do rozprawienia się z tematem fighterów w małych sprawach o wielkie prawa (często te konstytucyjne giganty niedookreśloności, ograniczane i „odwyjątkowywane” mocą ustaw, rozporządzeń i systemu, który miał ich strzec).

 

my-lawyer-is-a-shark-by-almog-shemesh_269195-493x

 

Ludzie są jacy są. Adwokatura (i pokrewne) są jakie są. Spotykamy się ad hoc łączeni sprawą. I często nikt z tego spotkania nie wychodzi zadowolony. Czy – jak wyśpiewuje Dżem – „mój los przesądzony jest, czy zgubiony jestem już?” czy może uda się coś zmienić? Nie wiem. Ale orzeczenia o winie nie będzie, ta bowiem leży wśród innych win na półkach wszystkich stron.
Ludzie – klienci, interesanci, podejrzani, oskarżeni, pozwani, powodowie, uczestnicy, wnioskodawcy etc. etc.
Jesteśmy dla nich złem koniecznym.

Do adwokata idzie się jak do lekarza, kiedy domowe sposoby leczenia odciętej głowy zawodzą, a okład z rumianku nie działa na wypadające zęby. Często nieco przypóźnawo. Często z podstawą roszczeniową. Często z wyobrażeniem że adwokat pstryknie palcami i wyeksmituje tą Kowalską spod piątki, która ma trzy koty i śmierdzi z jej mieszkania.

Nieliczna część klientów to ludzie świadomi sytuacji, potrafiący zrozumieć swoją i adwokata rolę, nieprzesiąknięci amerykańskimi filmami o adwokatach (uważam zresztą, że natłok produkcji Wuja Sama uczynił sporo zamieszania w głowach polskich gości kancelarii), ukierunkowani na konkretny cel, traktujący wymiar sprawiedliwości jako ostateczność, po którą sięga się w odpowiednim czasie gdy zawiodły zdroworozsądkowe i ugodowe formy połykania konsekwencji swojej bytności na świecie (oczywiście w sprawach karnych – inny temat) czy też ci, którym zrobiono krzywdzę, a którzy wobec natłoku błędów organów maści wszelkiej są niczym dzieci we mgle i z ulgą przyjmują pomocną dłoń i doceniają jej wkład w wytransportowaniu z mlecznej klatki. Reszta to pieniacze (u części z nich rozpoznaję objawy paranoi pieniaczej, która przemyka sędziom przed oczami i nadal nie jest poważnie traktowana jako jednostka chorobowa).
Są adwokaci, którzy potrafią z nich żyć – pieniacz często nie oszczędza na dobiciu „przeciwnika”. Przepraszam – na misji dobijania.

Inni to klienci „a ja przeczytałem, że…”, którzy przychodzą do adwokata z odkryciem, że posiadaczem samoistnym może być najemca płacący regularnie czynsz bo tak przeczytali i takimi posiadaczami być „chcum”. Od klientów tego typu można się dowiedzieć, że za mało się wie. Za mało bo tam pisało, tu pisało, tam mówili i bo tak. Tej kategorii klientom należy dziękować od razu, grzecznie w pas się ukłonić, cichutko drzwi zamykać. O ile spokój jest ważniejszy od spłaty rat kredytu. O innych (a dobrze wiemy jak różnorodnie bywa) pisać już nie będę bo i tak za dużo plotę.

 

sowa dystans spokój opanowanie

 

Za co żyć gdy jesteśmy od tzw. „małych spraw”. Pamiętam moje zdziwienie, kiedy patron brał z góry za każdą przewidywaną czynność – X zł bo list trza nadać, X zł bo składamy wniosek, X zł bo musi dojechać. Nie ma X – nie ma listu, nie ma wniosku, nie ma jazdy. Oczywiście nie mówię o kwotach „netto” (za „gołą” czynność) lecz brutto (uwzględniającą wysiłek, wkład, pracę adwokata). Działa. I przy okazji uświadamia, że praca adwokata to do pewnego momentu natłok wydatków (mniejszych, większych) które przecież związane są z Tobą szanowny kliencie, a nie ze mną i moją pasją pisania, jeżdżenia, wniosków składania.

Klient partycypujący w kosztach przez cały czas zauważa, że mają one swoje podstawy i że należy się również zapłata temu, kto owe koszty przerabia w konkretny skutek w postaci wyniku sprawy. To czasochłonna metoda, ale lepsza od beknięcia „4 tys. i załatwię co trzeba” – tajemnicza suma i oczywiście zawsze zbyt wysoka.

Inna sprawa to oczywiście poruszona kwestia przekonania klientów, że:
primo: adwokat to bogate bydlę
drugie primo: adwokat zawsze bierze za dużo (dlatego jest jak w primo)
trzecie primo: adwokat nie powinien dostać pieniędzy jeżeli przegra sprawę
zawdzięczamy to wielu zjawiskom.

Jednym z nich jest naoglądanie się produkcji made in USA (Suits, Układy), które obecnie plotą już jedynie o wypasiuchach z 40 piętra otrzymujących z dwa miliony dolcy za odnalezienie w umowie wadliwie wstawionego przecinka (dawniejsze produkcje o małych kancelariach poszły do lamusa). Ale zawdzięczamy to również nikłej kulturze prawnej naszego społeczeństwa, która dodatkowo zaniżana jest poradami on-line (w których autor przepisuje swoimi słowami 3, 4 art. z KK, KC i co tam pod ręką jeszcze ma, a przy zawiłych sprawach skopiuje i fragment komentarza z 2002 roku). Generalnie zawdzięczamy to również sobie.

Tak. Niestety. Temu, że nie wysilamy się, by pokazać klientowi naszą pracę. Że klepiemy pisma w ostatnim dniu terminu bez uświadamiania, że i jaka to praca (a przecież jest to wysiłek – przy założeniu, że robimy to rzetelnie, fatygujemy się gmerać w orzecznictwie, wymyślamy taktykę, staramy się przewidzieć i rozważyć konsekwencje każdego kroku).

sowa apelacja wysłana

Jak często angażujemy klienta w meandry naszej pracy? Czy widzi on trud wyboru drogi między taktyką A a taktyką B? Najczęściej widuje taki schemat „ja wszystko napiszę, zrobię, będę chodził, pan nawet nie musi się fatygować” i niby super, tak nowocześnie, tak kapitalistycznie (że adwokat to wyręczyciel, rodzaj klona klienta ale bogatszego o wiedzę prawniczą i oczywiście kasę oryginału). Potem na salach widać jak klient już nie wie o co chodzi – nikt mu za bardzo nie wyjaśnił czym jest to zasiedzenie i że nie tak łatwo o nie, Widzi tylko dwa pisma, adwokata na jednej rozprawie i rachunek – 7 tys. zł. Zasiedzieć się nie udało.
Czego nauczyliśmy klienta?
O prawie wie niewiele więcej.
O nas – już sporo.

Walnijmy się w „cyc” i w codziennej pracy odrzućmy kapitalistyczny model adwokata – wyręczyciela na rzecz ukazania, że: jestem by pomóc, pomóc nie znaczy wyręczać i iść samopas, pomóc znaczy wesprzeć Ciebie moją wiedzą, moim doświadczeniem, moimi umiejętnościami. I za to należy mi się wynagrodzenie. Sprzedałam Ci to, co wiem, poprowadziłam przez las.

A kiedy trzeba i mamy sprawy „tylko do przegrania” – mówmy o tym, że mamy nikłe szanse, że możemy spróbować ale uprzedzamy. Także i z góry przegrana walka wymaga sił i pracy – jeżeli klient na nią się godzi, chce i nalega – niech wie, że w takim starciu jest równie dużo (a często więcej) wysiłku, potu i rozmyślań.

I wreszcie – kto dotarł, ten wielki – adwokatura jako twór zbiorowy, a raczej to co nazywamy jej wizerunkiem.
Napchana po brzegi ciągłym przywoływaniem historii (a to że bohatersko przeszła przez PRL, że adwokaci to historyczne nadludzie, same Janosiki).
Słusznie w naczelnym piśmie „Palestra”, w artykule o potrzebnych zmianach (przepraszam – w tej chwili nie wskażę dokładnie, ale obiecuję poszukać) doczytałam się, że gdyby „Palestra” nie była obowiązkowym zakupem -nikt by jej nie kupował.

Znamy owe opowieści, że przesyłkę z „Palestrą” umieszcza się od razu w koszu na śmieci. Bo o czym tam czytać? O praktyce? z jeden artykuł na całe wydanie. Teoria – tu już lepiej, ze dwa lub trzy. Reszta to historia. Ten a ten, wtedy i wtedy, a PRL był taki i taki, Zresztą brakuje w tym tego co w historii najciekawsze – początków polskiej adwokatury, analizy słynnych spraw, jakiejś refleksji nad zmianą statusu np. uczestników postępowania tego i tego rodzaju. Otwieram kolejny numer i czytam z niego trzy opracowania. Trzy na 300 stron.

„Palestra” jest idealnym symbolem tego, co nazywamy „Polską Adwokaturą”, a raczej – wizerunku tejże. Zatęchła, nadęta, uzależniona od notorycznego powracania do zasług (mniej lub bardziej wyolbrzymianych) z przeszłości – ma gdzieś to, co stanowi przedmiot pracy najliczniejszej grupy jej członków.
Przejrzycie w wolnym czasie komunikaty w poszczególnych IA. Co można znaleźć? Jest konkurs narciarski adwokatów, wyjazd na nibykonferencje połączone z zawodami w tenisa, wykład o prawie międzynarodowym (jakże bliskim i istotnym dla polskiego społeczeństwa) i o instytucjach amerykańskiego lawu (równie bliskich) albo gratulacje od … dla … bo… i miodzio.

trost me im lowyer sharkimages

Adwokatura sama siebie eksponuje jak bandę jeżdżących na zawody turystów.
Nawet w prawie podróżują – będą sobie mówić o tym, jakie ma prawa zatrzymany w stanie Luizjana.

Prawda jest taka, że choć szeregowi AP mają czym się chwalić, AP potrafi opierać swój autorytet jedynie na historii. Nie znajdziemy informacji o tym, że adwokat X wygrał z ZUS-em w sprawie o odebranie renty ubezpieczonemu, który otrzymywał ją przez 20 lat. Nie poczytamy o tych, którzy pokonali UM udający, że „nigdy nie posiadał dokumentacji dotyczącej …” Ale poczytamy o systemie prawnym Australii czy Marsa. Znaczy się – na konferencję pójść możemy.

W tej sytuacji pomoc przychodzi z nieoczekiwanej strony. O dobrej robocie kolegów mogę dowiedzieć się od… govu. Portal Orzeczeń Sądów Powszechnych. Niezależna adwokatura zawdzięcza państwu, od którego niezależna tak bardzo jest informacje o tym, że jej trutnie wykonują swoją robotę. A sama będzie pisać o PRL-u i że biskup połamał się opłatkiem (o popie i rabinie wiadomo mniej).

Więc wszyscy „mali” od „małych” spraw – „róbmy swoje”, nie rezygnujmy, stwórzmy kancelarie, w których ludzie dowiedzą się czegoś o prawie, bądźmy dobrzy w swojej robocie i uświadamiajmy tym, którzy z niej korzystają, że jest to PRACA. Może kiedyś coś się zmieni, może nie zmieni się na lepsze nic. Możemy nawiązać odpowiednie relacje z klientem, gorzej ze zmianą wizerunku adwokatury od góry, ale tyrając w regielach można nie patrzeć na turnie. Przeżyć się da – pod warunkiem, że klient widzi pracę.

 

sowa zła się nie ulęknę