bomisie/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

SANKJA I BOMISIE

Sankja od około godziny trzymała w rękach pozew i czytała go od początku do końca i odwrotnie. Została pozwana przez byłą klientkę, Beatę Bomiś, o zwrot części wynagrodzenia.

O tak, pamiętała panią Beatę bardzo dobrze. Przyszła ze sprawą rozwodową, z orzekaniem o winie, z alimentami na siebie i dziecko, ustaleniem miejsca zamieszkania dziecka i kontaktów. Dzieci była trójka, ale dwójka na szczęście pełnoletnich. Uniesienia pani Beaty z mężem w ramach „ostatniego oddechu kaczuchy” skutkowały jednak ostatnim, 13-letnim potomkiem, o którego małżonkowie postanowili ostro walczyć przed sądem.

Powyższe oczywiście stanowiłoby standardową sprawę rozwodową. Pani Beata chciała w sprawie występować sama, zaś Sankję poprosiła tylko o napisanie pisma takiego, żeby znalazły się w nim wszystkie istotne fakty, okoliczności, z najdrobniejszymi szczegółami, oraz dowody. A pani Beata mówiła i chciała, żeby napisać dużo. Sankja bardzo starała się trzymać panią Beatę w ryzach i często przypominała o trzymaniu się wyłącznie kwestii najważniejszych dla sprawy rozwodowej. I tak nie uchroniło to Sankji od 3-godzinnej tyrady, w czasie której dowiedziała się, że pani Beatka na początku nie była przekonana, czy wychodzić za mąż za swojego męża, gdyż o jej rękę ponad 30 lat temu, ubiegał się jeszcze niejaki Zbyszek i Januszek. Podobno jednak mąż pani Beatki, pan Marian, przebił pozostałych dwóch konkurentów swoimi walorami (Sankja poprosiła o pominięcie opisu szczegółów owych walorów). Te walory okazały się jednak chyba małżeńskim problemem, gdyż pan Marian często i gęsto zdradzał panią Beatkę z innymi kobietami, o czym ona była przekonana „bo tak!” Pytanie o świadków zdrad pana Mariana pozostało bez odpowiedzi. Sankja poznała również przepis na sernik babci Krysi oraz na gulasz cioci Basi. Na koniec pani Beatka wyłożyła na stół furmankę faktur, paragonów (Sankję zawsze zadziwiało ochocze przyjmowanie przez miejscowy sąd okręgowy tego jakże zindywidualizowanego dowodu), maili, smsów, oczywiście wszystko do załączenia do pisma i pokserowania. Sankja popatrzyła na ten stos, na wszystkie istotne informacje, które udało jej się wychwycić między najlepszym sposobem na szydełkowanie, a najskuteczniejszym środkiem do mycia kafelków łazienkowych i podała pani Beatce zawrotną cenę: 800 zł (3 godziny słuchania, zakończone opuchniętymi uszami i lekkim rozstrojem nerwowym, potem kilka godzin składania pisma i wykonanie kserokopii, w sumie wychodziło mniej niż 50 zł na godzinę, dużo mniej niż u mechanika czy fryzjera…). Pani Beatka zgodziła się na cenę i po tygodniu przyszła po pismo. Owszem, bardzo jej się podobało, i wszystko przygotowane, ach i och. Doszło do momentu przypomnienia przez Sankję o umówionej kwocie. Pani Beatka niemalże zabiła Sankję wzrokiem (Sankja pamięta to spojrzenie do dziś), po czym rzuciła Sankji pieniądze na biurko i wyszła, trzaskając drzwiami (Sankja ucieszyła się, że szyby nie poleciały).

Teraz, po pół roku od tamtych wydarzeń, Sankja czytała pozew o zwrot części honorarium (w wysokości 700 zł) i coś ją zdecydowanie strzelało.

– Niekuś!!!

– Jestem, Zuza, co się tak gorączkujesz? Chcesz mnie o zawał serca przyprawić? A kto Ci wtedy humor będzie poprawiał w trakcie tych codziennych trudów wykonywania naszego pięknego zawodu? Naszej misji! – powiedział jak zawsze z lekkim żartem Niekuś.

– Niekuś!!! Ja Ci zaraz dam misję! Masz – czytaj! I chodź ze mną na rozprawę!

– O ho ho, zadowolona klientka, jak widzę… – Niekuś zaczytał się w pozwie. – O matko! Poważnie? Buahahahahaha. No dobra, Zuza. Przecież wiesz, że zawsze możesz na mnie liczyć.

-***-

Nadszedł dzień rozprawy. Sankja i Niekuś stali pod sprawą, a pani Beatka cały czas strzelała w ich stronę piorunami z oczu.

– W spraaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaawie pani Bomiś wszyscy proszeni na saaaaaaaaaaaaaaalę! – rozległo się w korytarzu wołanie protokolantki.

Sąd przystąpił do informacyjnego przesłuchania stron. Niekuś pod stołem zacierał ręce, zaś Sankja zaciskała mocno usta, żeby głośno nie wyrazić swoich myśli.

– Bo Wysoki Sądzie – zaczęła pani Beatka – ta pijawka wzięła ode mnie 800 zł za napisanie pisma! To stanowczo za dużo i powinna mi zwrócić nadpłatę! Tak nadpłatę!

– Dlaczego pani uważa, że pozwana powinna pani zwrócić nadpłatę? – spytał Niekuś. – Na jaką kwotę się pani umówiła?

– No… umówiłam się na 800 zł. Ale ona nawet mnie nie spytała, czy mnie na tyle stać! Po prostu powiedziała 800 zł i musiałam się zgodzić!

– Musiała pani? Nie mogła pani iść do innego adwokata, który usługę wykonałby taniej? – drążył dalej Niekuś.

– Ale ja chciałam do pani mecenas!!! – teatralnym głosem wydarła się Bomisiowa. – Poza tym ona jest adwokatem, to ma pełno kasy! A ja, biedna? Mąż mnie zdradzał, zostawił samą. Na etacie zarabiam tyle, ile zarabiam.

– No właśnie, czy do swojej pracy pani dopłaca, finansuje swojego pracodawcę?

– Ależ skąd! Mój pracodawca to rzetelna spółka państwowa! Zawsze wypłaca wszystko i na czas, w tym premie, trzynastki. A spróbowaliby mnie obciążyć czymkolwiek czy nie wypłacić wynagrodzenia, to na szczęście jestem w związkach zawodowych. Ale my tu nie mówimy o mnie! Mówimy o was, pazernych adwokatach! Swoją drogą ciekawe co z podatkami? Handlarzy na bazarze skarbówka ściga za natkę pietruszki a Państwo to klasa wybrana? Nie jest ważne dla was, czy kogoś stać, czy nie! Czy będzie miał za co żyć czy nie! Aby Wam się żyło wspaniale. I myślicie, że jesteście ludźmi sukcesu! Niestety w społeczeństwie jesteście grupą wyalienowaną, której większość ludzi się brzydzi i nie chce mieć nic wspólnego. Popatrzcie w rankingi zaufania to może otrzeźwiejecie!

– Proszę pani, a czy panią obchodzi, czy pozwana miałaby na koszty prowadzenia kancelarii, miałaby za co żyć, czy ją stać, żeby finansować pani sprawę?

– Jak to, czy ją stać. Przecież ona jest adwokatem, to ma!!! – powiedziała z przekonaniem pani Beatka.

– No dobrze, a czy korzysta pani z usług fryzjera, mechanika, elektryka.

– Korzystam, ale sprawa dotyczy adwokatów!

– I czy fryzjer, mechanik, elektryk, czy ktokolwiek inny sprzedając pani swoje usługi pyta się pani, czy panią stać?

– Nie! Ale co to ma do rzeczy? Ta pani jest adwokatem, więc powinna pytać! Poza tym fryzjerowi czy mechanikowi się należy, bo widzę, jak pracują tymi rękami, ile się napocą. A ta tutaj? Coś tam posłucha, coś tam napisze…

„30 stron A4 bez załączników” – pomyślała Sankja… a Bomisiowa kontynuowała:

– … i że to niby jest praca? Przecież ona nawet przy tym jednej kropli potu nie uroniła! W ogóle to powinno być za darmo, bo adwokat ma misję!

– Proszę pani, a czy widziała pani może sklep, usługodawcę, kogokolwiek, kto przyjmowałby zapłatę w jednostce monetarnej zwanej „misją”? – spytał Niekuś.

– Nie! Ale adwokaci mają misję i już! I mają pieniądze! Poza tym według mnie usługa była niekompletna.

– O… – Niekuś zareagował zdziwiony, tego bowiem się nie spodziewał, gdyż nie było w pozwie ani słowa o niekompletności usługi. – Czy może pani rozwinąć, o co pani chodzi?

– Bo ona w piśmie napisała tylko, że mąż miał kochanki i nic! Żadnego świadka nie powołała!!! A powinna!

– Aaaaaaaaaaaa… – odetchnął z ulgą Niekuś. – A czy pani podała pozwanej nazwiska jakichś świadków, adresy?

– Ja? A skąd ja niby miałam je wziąć! Ja widziałam w serialu „Kodeksy Karoliny”, że adwokat nawet nocą chodzi po mieście, puka do drzwi i świadków szuka!!! A ta tutaj pewnie nawet centymetra w mojej sprawie nie przeszła.

– Przepraszam, czy widziała pani może u pozwanej na szyldzie, wizytówce, stronie internetowej, czy gdziekolwiek informację, że świadczy usługi detektywistyczne? Umawiała się pani na takie usługi? – spytał mocno już zdenerwowany i poirytowany Niekuś. Nawet jego, totalnego luzaka, Bomisiowa zaczynała wyprowadzać z równowagi…

– No wyraźnie to nie! Ale to chyba oczywiste, że ona powinna takie rzeczy wykonywać! W końcu „Kodeksy Karoliny” pokazują, jak powinna wyglądać praca rzetelnego adwokata! Pan też widać nie najlepszy, skoro pan mnie przesłuchuje siedząc tam w ławce, zamiast tutaj do mnie podejść. Widać lenistwo w tym zawodzie jest zaraźliwe. – prychnęła pani Beatka. – I ani razu nie powiedział pan jeszcze „Sprzeciw!”.

I tak to trwało. W końcu sędzia oddalił wszystkie wnioski dowodowe pani Beatki i odroczył wydanie wyroku o 7 dni.

– Cooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo? – ryknęła Beatka. – SPRZECIW!!! Powinno być odroczenie do jutra! W „Kodeksach Karoliny” widziałam!!!

Ku rozpaczy pani Beatki, sędzia pozostał przy pierwotnym stanowisku.

-***-

Sankja i Niekuś – korzystając z okazji, że wieloosobowa sprawa karna kończyła się w tym samym sądzie 10 minut przed ogłoszeniem – poszli wysłuchać wyroku w sprawie z powództwa pani Bomiś. Sędzia wygłosił orzeczenie i strony opuściły salę rozpraw. Pani Beatka nadal próbowała zastrzelić Sankję i Niekusia wzrokiem. Nerwy jej puściły i krzyczała, najpierw „Ja i tak się odwołam!!!”, a potem coś na wzór „Kruk krukowi oka nie wykole” tylko w wersji staropolskiej i rymowanej, w której było coś o urywaniu łbów.

-***-

Po powrocie do kancelarii Sankja napisała maila do swojej przebywającej na urlopie na Antypodach przyjaciółki aplikant adwokackiej Anny Zabieg.

„[… (nie będziemy Państwa zadręczać ponowną relacją z procesu z panią Bomisiową)] Kochana, jeśli cenisz sobie spokój, zdrowie fizyczne i psychiczne, życie rodzinne czy w ogóle dobre relacje międzyludzkie, po prostu NIE WRACAJ! Jakiejkolwiek decyzji nie podejmiesz, wiedz, że ja Cię wspieram i trzymam kciuki. Całuję, Zuza”.

Po kilku minutach Zuza dostała od Anki odpowiedź taką, jakiej od wielu miesięcy się spodziewała:

„Zuza, cieszę się, że tak się wszystko, na razie nieprawomocnie, skończyło. A co do mojego powrotu, nie martw się, już podjęłam decyzję. Nie wracam. Twoja sprawa tylko upewniła mnie, że nie warto. Całuję, Anka”.