rocznica rozwodu samych sukcesów

Ewa S.
Przychodzi pani do kancelarii.
Dość wymięta i wyplamiona, woniejąca alkoholem, ze … słoikiem (pustym) w ręku.
Znam z widzenia spod sklepu „24 h alkoholizmu” (czy jakoś tak) gdzie w nocy po pracy kupuję fajki zanim do domu pojadę.
– Dziń dopry ja zbieram piniondze na biedne dzieci.
– Tak? A na czyje?
– Na fszyskie (pani czka)
– Acha, to ja nie mam „piniendzy”.
Pani niezrażona rozsiada się w fotelu w poczekalni.
Kończę pisać pismo, widzę ją zza biurka. Przychodzi klient. Muszę zamknąć drzwi, żeby z nim porozmawiać. Nie zostawię tej kobiety w przedpokoju samej (kupiłam kawę i 6 rolek papieru toaletowego i 2 herbaty oraz kolejny zestaw sztućców, nie chcę znowu wszystkiego stracić i ciągle tego samego kupować).
– Proszę pani, jeśli pani na kogoś czeka prosze zaczekać na zewnątrz.
– Nanikogonieszekam. (Ciepło najwyraźniej panią „rozebrało”).
– To proszę wyjść.
– Jak to?!!!
– Po prostu, proszę wyjść.
– Ja mam prawu tu byś! Przesiesz to kancelaria adwokacka!
– No i co z tego?
– INSTYTUSJA POŻYTKU PUBLICZNEGO!!!
(przyznam, że lekko zdębiałam)
Pani mi dokładnie mimo lekkiego bełkotania wytłumaczyła, że każda kancelaria adwokacka to instytucja pożytku publicznego.
Jak dworzec albo poczta główna.
I jak ktoś się nie ma gdzie podziać, a na dworze zimno i chce jakieś pieniądze pozbierać to sobie w takiej kancelarii może być ile chce bo ma takie prawo. O. A ja nie mam prawa wypraszać pani z instytucji pożytku publicznego jaką jest moja kancelaria 🙂
Nie będę opisywać dalszej awantury („won albo wzywam Policję” – w końcu za 10 razem podziałało, na grzecznie się nie dało pani pozbyć), ale wiedzieliście?
Że kancelaria adwokacka to „instytucja pożytku publicznego”? 😀
Noż kurcze no….

Dominik R.
Ewa to jeszcze nic!! U nas przyszła też „sze pani” i mówi, że potrzebuje 5 zł. Koleżanka pyta się na co je 5 zł. a ona na to, że na podpaski bo miała skrobankę i krwawi…..

Tomasz M.
A ja kiedyś pożyczyłem sąsiadowi spod kancelarii 10 zł na wino. Po kilku miesiącach przyszedł grzecznie oddać. Byłem w takim szoku, że mi głos odebrało. Sąsiad filozoficznie podał, że po pierwsze z sąsiadami a po drugie z papugami trzeba się rozliczać honorowo, żeby się na dzielnicy nie rozeszło kto jest dziad.

Anna L.
Kurcze, świetny argument może trzeba taki stosować, jak klient – oczywiście nie każdy – płacić nie chce 🙂

Ewa S.
Ja naszemu „panu od Pumci” (wściekłej ratlerki, która wszystkich gryzie) pożyczyłam już ze 200 zł, jednorazowo najwięcej 20 zł „na leki” z Żabki… ale jakoś nie oddał. Za to on i jego koledzy (niestety to są moi sąsiedzi z góry) są bardzo przydatni jak mi bramę w kamienicy zastawią
– Kkkrólowo kochana a widziałaś królowo że ten ch… znowu tam stoi królowo, pomóc? Bo nie wyjedziesz królowo, ale ze 2 zł by się przydało.
I zawsze albo znajdą sprawcę zastawienia, albo we 3-4… przepychają cudzy samochód spod bramy, żebym mogła wyjechać, kilka razy zaczęli się wydzierać (wulgarnie) na całą ulicę i chłop sam do auta przerażony przyleciał przekonany, że już na strzępy rozniesione. Uważają, że tak odpracowują te „pożyczki” 😉

Paweł D.
Mi się najbardziej podobał fragment o kupowaniu fajek w nocy po pracy

Ewa S.
Mec. Paweł D. – bo moja Żabka teraz tylko do 21, max 22 czynna – dlatego do tego „świata alkoholizmu” po papierosy latam. Pani wcześniej zamyka Żabkę bo nasi sąsiedzi (ci wyżej opisani) o 22 to tam u niej śpią pokotem na podłodze w Żabce a ona jest sama i nie ma siły ich powyciągać na zewnątrz albo do klatki schodowej tu do nas. Ale ktoś ich ostatnio znosi bo śpią pod wejściem do piwnicy (na górę już nie są w stanie wejść). Załatwiają się w spodnie… smród na całej klatce Krótko mówiąc – dramat… Wolałabym, żeby nałogowo palili marihuanę niż tak chlali.

Tomasz M.
Człowiek zasuwa, bo musi na kredyt, na auto, na studia dzieci, na urlop, etc., a taki Zenek spod sklepu potrzebuje 15 zł na bełta , 6,50 na fajki, 1,50 na bułkę i 3,50 na kefir (w takiej dokładnie kolejności) i jest szczęśliwy . Szczęście to dziwna rzecz

Pawel B.
A ja jeszcze za aplikanta mialem taka sytuacje: Przychodzi pani do kancelarii. Wyglada porzadnie. Pyta o mecenasa X – mojego patrona. Mowie, ze nie ma. Pani sie wyraznie zasmuca. Pytana o co chodzi mowi, ze byla wczoraj I mecenas x obiecal jej 100 zl jak przyjdzie ponownie z dokumentami wskazujacymi na potrzebe leczenia chorego meza. Wyciaga jakies recepty I macha mi nimi przed nosem. Prawie placze. Mysle sobie, skoro tak to dam jej te 100 zl, a jak patron wroci to przeciez mi odda. Pani bierze kase, dziekuje I szybko sie oddala. Po jakims czasie wraca patron. Caly dumny mowie mu ze byla ta pani co to jej stowe obiecal I ze ja w jego zastepstwie jej ta stowe dalem. Mecenas robi wielkie oczy I mowi, ze z zadna pania na zadne ogladanie recept I na zadne 100 zl sie nie umawial. No I w ten oto sposob ja biedny aplikant stalem sie o stowke lzejszy 🙂

Bartek R.
Może ta mityczna misja o której co niektóre sądy i trybunały mówią, to jednak pochodna tej definicji (szczególnie końcowego fragmentu: misja – działalność instytucji religijnych podejmowana w celu rozpowszechniania jakiejś religii i pozyskania jej nowych wyznawców; też: placówka prowadząca taką działalność? Czyli nie kancelaria a misja 🙂

Maciej N.
A po egzaminie czeka praca we własnej instytucji pożytku publicznego.

Beata N.
Chcesz o tym porozmawiać?

Łukasz W.B.
Czekam na orzeczenie TK, że nasza robota to misja i mamy obowiązek trzymać meneli tak w biurze jak domu albo i w bagażniku…

Daniel G.
W bagażniku szczególnie 🙂

Piotr K.
Mnie kiedyś nawiedził dżentelmen z dwukomorowym metalowym zlewozmywakiem. Zasiadł na schodach i nie dawał przekonać się do odejścia. W końcu raczył położyć się na trawniku nieopodal i zasnął.

Krystian D.
U nas klient o charakterze urzędowym dokonał zaboru w celu przywłaszczenia, aktualnie używanej zawieszki toaletowej wymagania są rożne, wszystkim nie dogodzisz 😀

Tomasz M.
Ja wolę takich klientów od innych typu „Tomku, kolego, zrób mi prosze przysługę, dla ciebie to drobiazg, a dla mnie sprawa życia i śmierci. Wiesz, nie mam teraz kasy, ale po koleżeńsku to mógłbyś za darmo, w końcu tyle lat się znamy” mówi opalona w słońcu Mauritiusa gęba prezesa którejś tam spółki

Magdalena Ż. S.
Gdy byłam na aplikacji, to odwiedził mnie w kancelarii (wychodziłam jako ostatnia) klient z rozbieganym wzrokiem i wygoloną połową głowy (nierówno, jakby tępymi nożyczkami), oświadczając że on potrzebuje natychmiast adwokata bo go ściga FBI. Oczywiście może zapłacić bo ma złoty łańcuszek. Ostatnie pół roku ukrywał się w szpitalu ale teraz uciekł bo go znaleźli…

Ewa S.
Do nas wariatów przysyłają z prokuratury i Komisariatu…
Przyszedł kiedyś taki Pan, ubrany jak szpieg z Krainy Deszczowców i miał ze sobą 4 – CZTERY identyczne czarne aktówki wypchane papierami, ledwo je dotaszczył. Generalnie chodziło o wpuszczanie trucizn przez mikrodziurki w ścianach i stropie przez sąsiadów i bogatą historię skarżenia tychże za te trucizny po całej Polsce. Pan nawijać zaczął i wywalać te papiery z aktówek od progu nawet nie pytając, czy ktoś go przyjmie, czy ma czas, nie patrząc, że przy biurku siedzą inni ludzie.
W końcu udało mi się mu przerwać i pytam człowieka skąd się tu wziął i z kim był umówiony? Bo nie ze mną!
A ten:
– A z prokuratury mnie do was przysłali, bo powiedzieli, że oni takich spraw jak moja nie obsługują, ale wy tak.
Pamiętał nazwisko prokuratora.
Pozwoliłam sobie do niego zadzwonić…
Po tym jak mu pana odesłałam 🙂

Tomasz M.
Mikrootwory oraz inwigilacja za pomocą mikroskopijnych sond, to epidemia jakaś. Miałem takiego dudka z urzędu, miał ksywę „kapturek”, paradoksalnie dlatego że chodził zakapturzony – taki Zenek Hood. On twierdził, ze kosmici inwigilują nas za pomocą mikrosond wszczepianych do mózgu, dlatego nosił kaptur. Kapturek uważał – i nie można mu było w tym odmówić logiki – ze skoro ja nie noszę kaptura sondoodpornego, to jestem kosmitą. Dla niego to ja byłem szurnięty. Od tego czasu w kancelarii obowiązuje zasada, że klienci wątpliwi mentalnie należą do aplikantów. Z jednym wyjątkiem, pana Grzegorza mianowicie, ale to temat na inną historię 😀

Paweł Z.
Schizofrenia to straszna choroba…

Tomasz M.
To fakt, niestety nie jedteśmy w stanie ani im pomóc, ani nawet wygrać jakiejkolwiek sprawy.

Monika P.-M.
E tam ja miałam klienta z majtkami żony w teczce jako dowód rzeczowy zdrady (prezentacje udało mi sie zablokować) , Panią która przyszła zlecić zabójstwo swojego męża I Pana co sie łączy bezprzewodowo z Obamą. Dziś zaś był dłużnik (reprezentuje wierzyciela), nie umówiony- który nie chciał opuścić kwadratu. Na szczęście dziewczyny dzielnie sobie poradziły z sytuacja i nie wpuscily go do mnie. W tym zawodzie dzien bez niespodzianki to dzien stracony.

Joanna S.-B.
Och, truciciele przez wentylację, permanentna inwigilacja, poszukiwacze schronów etc. to nic Przyszedł kiedyś pan K. (pogarbiony pijoczyna, ale zupełnie nieszkodliwy, nawet litość wzbudzający) i nie za bardzo mógł wydusić o co chodzi, w końcu, że „z przemocą w rodzinie przychodzi”.
Kolega dopytuje, co się dzieje?
– „A bo żona mnie bije”.
– „Ale jak to pana bije?”
– „A tak – zamrożonym kurczakiem!” (i tu nastąpiła prezentacja niczym z I. Krosnego) 🙂

 

pajacyk zgorszenie publiczne