Pani Mariola/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

Sankja i crème de la crème

Sankja wiedziała, że jej ORA ją kocha, uwielbia wręcz. Dlatego była przeszczęśliwa, kiedy w korespondencji znalazła wyznaczenie do urzędówki pracowniczej o ustalenie istnienia stosunku pracy. Do tego po stronie pracodawcy, bowiem „Mariolka sp. z o.o.” została zwolniona od kosztów i został jej przyznany pełnomocnik z urzędu. Szefowa Spółki – pani Mariola, a jakże – miała się niedługo stawić w kancelarii. Czas pozostały do wizyty pani Marioli Sankja wypełniła sobie czynnościami dochodowymi i pisała zlecone jej – z wyboru – pisma procesowe.

Nagle Zuza usłyszała za oknem (jej kancelaria znajdowała się bowiem na parterze) znajomy głos sąsiada, pana Zenona:

– Witamy królolową na nszej ulicy – Zuzannę zawsze zastanawiało, skąd pan Zenon, z zawodu bezrobotny, miał pieniądze na bełcika od samego rana. – Ale królolowa dostojna! A ta karoca!!!

Zuza z zaciekawieniem spojrzała przez okno, gdyż pan Zenon rzadko reagował aż tak żywiołowo na kogokolwiek poza sąsiadką z parteru, Sankją znaczy się. Na parkingu, zajmując 3 miejsca parkingowe, zaparkowało wielkie terenowe BMW, czyściutkie, nowiutkie i błyszczące. Wyszła z niego… nie, nie choinka bożonarodzeniowa, ale pani kierująca BMW bez problemu mogłaby za taką uchodzić, biorąc pod uwagę ilość i wielkość błyskotek, jakimi była obwieszona. Cóż… pani pomyliła chyba adres…

Po około 2 minutach Sankja usłyszała pukanie do drzwi kancelarii. Nim zdążyła podejść, drzwi się otworzyły i w nich stanęła „choinka”.

– Dzień dobry. Nazywam się Mariola Jóźwiak, szukam pani mecenas Zuzanny Sankji, pani mnie do niej natychmiast zaprowadzi! – rozkazującym tonem powiedziała do Zuzki, po czym zwróciła się do dwóch panów stojących za nią i dźwigających każdy po dwa wielkie kartonowe pudła – Zdzisiu, Franiu, z dokumentami mi tu, już!!!

– Dzień dobry. Proszę tak nie krzyczeć. To ja jestem Zuzanna Sankja – przedstawiła się Zuza.

– Naprawdę? A wygląda pani na personel niższego szczebla, sekretarkę znaczy się.

Zuza policzyła w myślach do dziesięciu i zaprosiła panią Mariolę do swojego pokoju.

– No dobrze. To została pani pozwana przez kilka osób o ustalenie stosunku pracy.

– Nie, nie, nie ja! Spółka „Mariolka sp. z o.o.”! Ja tam jestem tylko prezesem zarządu i jedynym wspólnikiem! Ale pani mecenas, przecież to powództwo nie ma sensu. I co, wygrają, myślą że spółka ma im z czego zapłacić? I ZUS do tego? Absolutnie nie wchodzi w grę… Przez to spółka upadnie i będzie można ją wykreślić z rejestru.

– Dobrze, o tym za chwilę. To niech mi pani powie, co ci państwo robili u pani w firmie?

– Jak to co? Restauracja to jest. Gotowali i byli kelnerami w restauracji „Mariolka”, o tutaj zaraz na rynku! Porządna praca, od 10:00 do 24:00, od poniedziałku do niedzieli.

– No właśnie, praca… a pani zawarła z nimi umowy o dzieło…

– A pewnie, że o dzieło! Ja mogłam im płacić tylko 700 zł na rękę, to myśli pani, że stać by mnie było na zatrudnienie ich na umowę o pracę? A poza tym przecież to ewidentne dzieło! Robią potrawy? Robią! Czyli jest dzieło!

– Taaaak… – powiedziała Zuzka. – To mamy drobny problem, bo raczej z orzecznictwa wynika, że nie za bardzo może pani mieć rację…

– Jakie nie mam racji! O czym też pani mówi, wie pani w ogóle? Przecież mieliśmy już kontrole z Sanepidu i Urzędu Skarbowego, i nikt nam tych umów nie kwestionował, nigdy! To nie moja wina, że teraz się praktyka zmieniła!

– Taaak… – Sankji coraz bardziej opadało wszystko i przechodziła jej chęć kontynuowania rozmowy.

– No co się pani tak dziwi? Przecież ja to wiem! Ja pracuję w kancelarii prawniczej „Jóźwiak & Jóźwiak sp. z o.o.”. My odszkodowań dochodzimy, skargi do Strasburga piszemy, to ja wiem, jak jest!

– Przepraszam, to po co pani pełnomocnik z urzędu?

– MIIIIIIIIIII? MIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIIII? Nie, nie mi!!! – Sankja miała ochotę wrzasnąć „MNIE” – Tylko mojej biednej spółce. Spółka nie ma pieniędzy, to się jej należy!

– A to pani kancelaria nie może tej sprawy spółce poprowadzić?

– Za takie grosze? Żartuje pani chyba! Poza tym my z mężem nie mamy uprawnień do występowania przed sądami, dlatego ograniczamy się do pisania pism, zwłaszcza do ubezpieczycieli. A potem już 40% kwoty bezspornej jest nasze.

– Ale chyba potrafi pani prowadzić interesy, to dlaczego „Mariolka sp. z o.o.” nie ma pieniędzy?

– No jak to dlaczego!!! Przecież Spółka ma taaaaaaaaaaaaaaaaaaakie wydatki. Lokal, personel. Ale to w sumie drobiazgi przy obsłudze prawnej – pani Mariolka zamrugała do Sankji porozumiewawczo.

– To mają państwo obsługę prawną?

– Oczywiście. Już mówiłam: „Jóźwiak & Jóźwiak sp. z o.o.”, ja z mężem prowadzimy. Dla „Mariolki” to miesięczny koszt 5 000 zł. To jak „Mariolka” ma mieć na procesy? Poza tym, kiedy już pani wygra ten prosty proces o ustalenie istnienia stosunku pracy, to moja kancelaria podejmie zawieszone postępowania w sprawie o zapłatę zaległych wynagrodzeń tych pracowników. Chcą jakichś uzupełnień do minimalnej krajowej, ZUSów, ech… co za ludzie?

Sankji zdecydowanie coś rosło w gardle.

– Mówiła pani, że ani pani, ani mąż nie mają uprawnień, w jaki sposób nie państwo osobiście, a państwa kancelaria macie zamiar podjąć postępowanie?

– Kochanieńka, a co ty myślisz, że nie ma takich od was adwokatów czy radców, co z nami po cichu współpracują?

– Tak… – westchnęła Zuzka.

– Aha, aby nasza współpraca układała się pra-wi-dło-wo – zaakcentowała pani Mariola – żądam oczywiście, żeby każde pismo, które pani ma zamiar wysyłać do sądu w imieniu „Mariolki” przekazywała mi pani najpóźniej na 7 dni przed wysłaniem, żebym mogła je skonsultować z moimi prawnikami. Dla prawidłowej współpracy ważne jest też stałe pozostawanie w kontakcie, dlatego wymagam nieograniczonego telefonicznego dostępu do pani o każdej porze dnia i nocy, świąt nie uznaję za usprawiedliwienie, a wszystkie choroby z góry uważam za nieuzasadnioną symulację.

Sankja zdradzała coraz większe objawy zespołu karpia.

– Aaaa, zapomniałabym. To tutaj – poklepała pudła przytachane przez Zdzisia i Frania – to są dokumenty firmy „Mariolka sp. z o.o.” w oryginałach. One pokazują, że biedna firma ledwo dycha! Trzeba je pokserować i odpisy złożyć do sądu, oczywiście również dla stron przeciwnych, na szczęście po drugiej stronie jest tylko piętnaście osób. To pani se to pokseruje, a ja pojutrze przyjadę po oryginały, bo one muszą cały czas znajdować się w biurze, a ja przecież za 3 dni wyjeżdżam na wakacje do Tajlandii, więc i tak pani zrobiłam przysługę, że je przywiozłam.

– Proszę pani. Obawiam się, że nie posiadam wystarczającej wiedzy prawnej, aby pani w tej sytuacji pomóc. Chyba musi pani poprosić o innego prawnika z urzędu.

– Ale jak to? Przecież mi się należy!!!

– Proszę pani, ale ja nie jestem w stanie pani pomóc, do widzenia! – powiedziała stanowczym głosem Sankja…

– No tak, wy papugi to zawsze kupę kasy bierzecie, nic nie robicie i tylko się wam należy!!! – ryknęła pani Mariola. – Już ja poinformuję sąd, tę waszą śmieszną radę i media, że oto kolejna papuga, co się na niczym nie zna!!! Dobrze, że ludzie to wiedzą i po porady przychodzą do tańszych nas… zaraz po tym, jak półprzytomni podpiszą umowę w szpitalu lub domu pogrzebowym.

– Żegnam!!! – powiedziała Sankja i z hukiem zamknęła drzwi. Usiadła do laptopa:

Do Sądu Rejonowego…

Na podstawie art. 118 § 3 k.p.c. wnoszę o zwolnienie mnie funkcji pełnomocnika z urzędu spółki „Mariolka sp. z o.o.” ze względu na niemożliwość pogodzenia linii prowadzenia sprawy zaproponowanej przez pełnomocnika z wymaganiami klienta oraz ze względu na utratę przez klienta zaufania do pełnomocnika.

Adwokat Zuzanna Sankja”.

Sowy 74