Sowy 85

Parę lat temu, kiedy byłam jeszcze aplikantem adwokackim, kupiłam w jednym ze sklepów z galanterią skórzaną torebkę. Sklep mieścił się w galerii Arkadia, a zatem na pograniczu Woli i Żoliborza, ja zaś mieszkałam na Ursynowie (informacja ta wbrew pozorom jest relewantna w tej historii). Po zaledwie paru miesiącach użytkowania torebki okazało się, że zaczęły odpadać elementy miedziane, dodatkowo rączki wystrzępiły się i wyglądało to dość nieestetycznie. Pojechałam więc do sklepu zrobić reklamację domagając się naprawy. Po tygodniu reklamacja została uwzględniona, przy czym sprzedawca stwierdził, że naprawa jest nieopłacalna, więc zwrócą mi pieniądze. I w zasadzie historia na tym mogłaby się zakończyć, gdyby nie fakt, że w rozmowie telefonicznej sprzedający poinformował mnie, że zwrot nastąpi w gotówce, zatem powinnam się stawić osobiście w sklepie.

Jak już pisałam, ze sklepem było mi nie po drodze. I nawet nie chodzi tu o koszt dojazdu (bo parking przecież darmowy), ale o czas stracony na przemieszczanie się z Ursynowa na Wolę. Nie chodzi o to, że kwota do zwrotu wynosiła 250 zł, a ja ceniłam swój czas na więcej, bo nie wyceniałam, ale przecież to sklep zawinił, sprzedaje trefny towar, a ja już raz tam pojechałam tylko w celu złożenia reklamacji, więc dlaczego niby w XXI wieku nie mogą mi przelać tych pieniędzy na konto bankowe? Być może ugięłabym się i rzeczywiście odebrała pieniądze w gotówce, gdyby nie dodatkowo enigmatyczne pismo sklepu wystosowane do mnie, że konieczność odbioru pieniędzy w gotówce jest spowodowana „przyczynami prawnymi”, a w ogóle to sklep nie ma rachunku bankowego. Jakie to przyczyny prawne, już nie wyjaśniono. Ktoś tu chyba chce ze mnie robić frajera…, pomyślałam.

Każdy kto mnie zna choć trochę wie, że nie odpuszczam tak łatwo. Po zgłębionej zatem lekturze ustawy z dnia 27 lipca 2002 r. o szczególnych warunkach sprzedaży konsumenckiej oraz o zmianie Kodeksu cywilnego (Dz. U. Nr 141, poz. 1176) oraz komentarza do tejże, doszłam do wniosku, że nie mam obowiązku stawienia się w sklepie po gotówkę. Napisałam pismo do sprzedawcy (tak, straciłam 3,80 zł na znaczek), uzasadniając szeroko swoje stanowisko. Ponadto, w razie braku rachunku bankowego, poleciłam sprzedającemu zapoznanie się z instytucją przekazu pocztowego, z którego można skorzystać w każdej placówce Poczty Polskiej.

Efekt? Po 3 dniach miałam pieniądze na koncie i uwaga – przelane z rachunku sprzedawcy (czyli sprzedawca albo rachunek posiadał wbrew wcześniejszym zapewnieniom, albo go właśnie założył).

Tak, miałam satysfakcję. Utarłam nosa niemiłej pani zza lady, która chętnie by zrobiła mi zdjęcia, jak w filmie Barei „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”, i wywiesiła w gablotce z napisem „Tych klientów nie obsługujemy”. Co jeszcze zyskałam? Poczucie, że nie jestem frajerem.

Ile razy Ty odpuściłeś? Buty rozpadły się zaledwie po miesiącu używania, ale kosztowały 120 zł, więc nie warto zawracać sobie głowy reklamacją? Albo sprzedawca zwrócił Ci co prawda te 210 zł tytułem uznanej reklamacji dziecięcego rowerka, zapomniał jednak uwzględnić kosztów przesyłki, więc ciągle jesteś „do tyłu” 32 zł za kuriera, ale machasz ręką, bo nie warto? Albo reklamacji nie uwzględniono, choć jest ewidentnie uzasadniona, ale nie będziesz przecież szedł z czymś takim do sądu…

Jak śpiewał Markowski, trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Trzeba też wiedzieć, kiedy odpuścić, żeby nasze udowadnianie swoich racji nie zamieniło się w pieniactwo. Ale czy czasem nie odpuszczasz zbyt często i pozwalasz innym robić z siebie… frajera?

Tak jak sprzedawca drzwi nie handluje tylko drzwiami, ale przede wszystkim poczuciem spokoju, tak samo idąc do prawnika nie dostaniesz tylko porady prawnej. Dostaniesz satysfakcję z udowodnienia swoich racji. Plus zwrot pieniędzy za reklamację. Na konto.

Adwokat Barbara Szopa

Warszawa, 28 kwietnia 2015 r.