Sankja schiz/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

SANKJA NA JAWIE, CZYLI WE ŚNIE

Zuzanna Sankja z mózgiem szczelnie zawiniętym w watę nieprzytomności pochodzącą z zapalenia zatok snuła się po pustym mieszkaniu w piżamie i z dwoma jej zdaniem także chorymi kaktusami. Cierpiącymi niekoniecznie na zatoki, ale na coś. Nie wiadomo co. Ale wymagały pomocy. Jej znajomego Tomka, który pracował na Okęciu. Bo on się znał. Logistyka i plan działań jaki należało podjąć, aby kolczastych pacjentów przetransportować na badania do kolegi w tym stanie nieprzytomności Zuzy – dosłownie leżały i kwiczały.

Maj był panicznie zimny, mokry i ciemny. Pogoda bardziej przypominała listopad. Spółdzielnia Mieszkaniowa nie grzała od miesiąca, mimo że w porywach temperatura osiągała zawrotne + 10 stopni. Farelka huczała. Zadzwonił domofon.

– Słucham? – wychrypiała Zuza.

– Otwieraj! – usłyszała głos swojego przyjaciela Leszka z drugiego końca Polski. Wcisnęła przycisk domofonu.

„Leszek? Dr. House polskiej adwokatury tutaj?”

– Czemu mi nie odpisałaś na fejsie? – zapytał od progu.

– Eeeeee…

– Nie gadaj! Nie przeczytałaś wiadomości ode mnie?

– Nooooo…. bo….

– Dobra, nie ma czasu, zostawiam u ciebie torbę, żeby mi pod sądem nie rąbnęli, zbieraj się, jedziesz ze mną, mam gps zepsuty, do sądu mnie popilotujesz bo się spóźnię zaraz.

– Ale Leszku ja jestem chora, w piżamie, zobacz, kaktusy mam chore, zimno jest… taksówki masz…- Sankja nie była w stanie racjonalnie myśleć ani niczego mądrego powiedzieć. Zatoki pozbawiły ją skutecznie asertywności.

– W samochodzie ciepło, kołdrę ci jeszcze weźmiemy, żadną taksówką – Leszek bezceremonialnie wpakował się do sypialni i zaczął wyszarpywać spod śpiących psów kołdrę. Stała jak kołek w obu rękach trzymając po doniczce z kaktusem. – A co ta poszewka i kołdra takie dziurawe? – zdumiony Leszek patrzył na zdobycz.

Pies i suczka siedzieli na łóżku oburzeni brutalną pobudką.

– Pies gryzie – wyjaśniła.

– Ulżyło mi, że pies, a nie ty, bo wiesz, zawsze byłaś dziwna. Dobra tam, kij z tym, nikt i tak cię nie będzie widział, muszę odroczyć tą sprawę, zostaniesz w aucie na parkingu, dawaj! – złapał ją pod łokieć i zaczął wyciągać na klatkę schodową.

– Ale kaktusy… – zaczęła.

– Też mogą jechać, zmieszczą się! – zakrzyknął radośnie kopniakiem zamykając za nimi drzwi. – Gdzie ty biegniesz?

– Chociaż buty zmienię, a te bambosze muszę schować do szafy i zamknąć na klucz, bo mi ten pomiot szatański zeżre – Leszek spojrzał na sankjowe urocze różowe bambosze w kształcie świnek.

– Nie ma czasu, nikt cię i tak w tym nie zobaczy!!! Jedziemy!

Jechała na tylnym siedzeniu limuzyny Leszka. Ostatkiem przytomności zdołała jakoś pojąć, że na przednim siedzeniu ktoś może ją zobaczyć i z tyłu będzie bezpieczniej.

– I teraz w prawo – zaordynowała.

– W jakie prawo? Prosto na rondo! Pamiętam! – Leszek minął zjazd.

– Aaaaa! Rondo w remoncie, ruch jednostronny! Leszek co ty zrobiłeś…. – zakaszlała się.

– To czemu żadnych znaków nie było?

– Nie wiem czemu…. bo to Polska?

– Jesteś pewna? Czasem mam wrażenie, że jakaś dalekowschodnia republika radziecka.

Leszek zbliżał się do rozgrzebanego ronda. Jedyną czynną drogą był zjazd w lewo – pod prąd. Można się było zmieścić i wbić tam wykorzystując przerwę między drogowymi płotkami. Zuza usiłowała ustawić doniczki z kaktusami na tylnej półce. Jeden ciągle się przewracał i z doniczki wysypywała się ziemia.

– Brudzisz mi? – Leszek ustawił lusterko wewnętrzne na Sankję.

– Troszkę – przyznała Zuza strzepując ziemię z półki na kołdrę, w którą była zawinięta.

– Może w kołdrę je jakoś zawiń to się nie będą przewracały – poradził troskliwie – mówiłaś, że chore są, to czemu kołdrą ich nie przykrywasz?

Zuza położyła część kołdry na tylnej półce i usiłowała stworzyć w niej dwa bezpieczne gniazda dla swoich kaktusów. Leszek obserwował lewą stronę ronda, oczekując na przejazd samochodów i wyraźnie czaił się na wbicie w drogę pod prąd.

– Jest! – krzyknął radośnie i przygazował w pusty w końcu zjazd z ronda. Opony zapiszczały. W połowie ronda na wprost nich pojawił się samochód.

Zaryczały klaksony obu pojazdów, zapiszczały w gwałtownym hamowaniu opony. Leszek wjechał na rondo, gwałtowne szarpnięcie przewróciło kaktusy w ich kołdrzanych gniazdkach. Cudem pojazdy minęły się o włos.

– Słoju p…ony!!!! – ryknął kierowca białego, sportowego mercedesa.

– Przepraszam Pana buraku – odwrzasnął Leszek.

– Chrystepanie – wyszeptała Zuza przerażona – Leszek ty jesteś nienormalny, zabijesz nas.

Samochód wyskoczył na główną drogę i Leszek zajął wreszcie właściwy pas ruchu.

– Ufff – odetchnął – udało się, może się nie spóźnię. Tam wiesz od pozwanego występuje ta stara Sobieska, nie chcę, żeby mnie widziała przed sprawą.

– Dlaczego? – zapytała zdziwiona Sankja. Mecenas Sobieska była sławną wyjadaczką od spraw rozwodowych. Pracowała już z powodu wieku, prawie 80 lat, na pół etatu.

– A bo będzie chciała rozmawiać o ugodzie, a ja jej sprawę zwalę – zachichotał – a jak zobaczy, że zwolnienie powódki jest sprzed tygodnia i moje pełnomocnictwo też, to szlag ją trafi, sama rozumiesz, wolę uniknąć rozmowy. Dobra to jak teraz?

– A teraz to czekaj druga za światłami w lewo, ta ulica ostro pod górkę, to już będzie pod sądem i szukaj miejsca do parkowania od razu. Zmieniaj już pas na lewy spróbuj się wbić.

– Letko nie będzie – Leszek wrzucił kierunkowskaz w lewo. – Zuza patrz! Ten z ronda nas goni! – krzyknął.

Odwróciła głowę, faktycznie, z otwartą szybą od pasażera jakieś 3 auta za nimi wiercił się nerwowo biały, sportowy merc. Leszek wlókł się po prawym pasie w oczekiwaniu na większą przerwę między samochodami na lewym pasie. Biały mesiek zrównał się z nimi i z okna pasażera wychynęła lufa rewolweru….

– Chowaj się! – krzyknęła do Leszka i padła na tylne siedzenie przykrywając głowę kołdrą z zawiniętymi w nią kaktusami. Padły strzały, autem rzuciło w prawo, samochody trąbiły, hamowały z piskiem. Usłyszała ryk silnika z lewej strony. Samochód dalej jechał.

– Wyłaź spod kołdry! – krzyknął Leszek – ta w lewo?

Samochody za nimi stały zszokowane strzelaniną w centrum miasta. Biały merc zniknął z horyzontu.

– Boże Leszek, stań! Nic ci się nie stało? Dzwoń po policję! – chciało jej się płakać – mój telefon w domu został, dzwoń!

– Po co? Już co najmniej dziesięciu histeryków zadzwoniło, spokojnie mała. Nie mogę się na sprawę spóźnić. W tą skręcać, czy w kolejną?

– Boże – rozpłakała się.

– Kurrrr…a! Zuza nie rycz tylko gadaj, w tą?!!!

– W… w tą – szlochała.

– Kaktusy mi tam sprzątaj! Ziemia wszędzie!

Wjechał w wąską, stromą drogę. Z góry spod sądu zjeżdżała policyjna suka.

RYP!!!

Zuza uderzyła czołem w zagłówek kierowcy a doniczki z kaktusami wylądowały na przedniej szybie zasypując wszystko ziemią, żwirem i lawą…

Honda Leszka i policyjna suka stały sczepione w krzywym pocałunku lewych reflektorów. Zawyły gdzieś z tyłu policyjne syreny. Ludzie spod sądu zaczęli zbliżać się zaintrygowani sytuacją. Nadzieje na przybycie pod sąd w roli pilota Leszka, incognito, w piżamie, w różowych świnkowych bamboszach, w kołdrze i z dwoma kaktusami, w stanie totalnej abnegacji i – o zgrozo! – bez makijażu – nagle runęły z hukiem większym od zderzenia i strzelanki. Leszek zaciągnął ręczny hamulec i wysiadł. Zuza wychyliła się do przodu i zgarnęła kłujące rośliny do doniczek, schowała się z nimi pod kołdrę. Kątem oka zauważyła, że z sądu idzie w kierunku pojazdów jej przyjaciółka Magda.

– Proszę pani proszę wysiąść – tylne drzwi otworzył policjant.

– Ale ja jestem w piżamie – wyszeptała do niego Zuza kurczowo czepiając się resztek nadziei, że uda się ukryć jej obecność w tym miejscu, czasie i okolicznościach….

– Ale ma pani kołdrę, może się pani przykryć bo zimno, proszę, wychodzimy – policjant złapał ją za ramię.

Wyplątywała nogi z kołdry.

– A to co? – policjant wskazał na doniczki z kaktusami.

– No kaktusy – objawiła prawdę oczywistą.

– Proszę je zabrać – polecił.

Wysiadła wreszcie. Funkcjonariusz narzucił jej kołdrę na ramiona i wręczył doniczki….
Wokół samochodów zebrał się już tłum. Odeszła trochę na bok. Pod krzaki bzu. Usiłowała wcisnąć się i schować jakoś między mokre liście. Było ciemno przez chmury szczelnie odgradzające od słońca i światła ten słowiański padół łez. Siąpił lodowaty deszcz. Rozejrzała się za Leszkiem i w tłumie zauważyła człowieka w jaskrawopomarańczowej kominiarce na twarzy, który tak jak ona wciskał się w żywopłot i krzaki bzu okalające budynek sądu. Osłupiała ze zdumienia. Gdyby nie fakt, że w każdej dłoni dzierżyła po doniczce z kaktusem uszczypnęłaby się, aby sprawdzić, czy to nie koszmarny sen. Podkradła się za plecami podekscytowanego tłumu do pomarańczowej kominiarki.

– Leszek to ty? – wyszeptała.

– Kurde jest Sobieska! Tam stoi! Patrzy się tu! Nie może mnie zobaczyć ani poznać teraz! Odejdź, zwracasz na siebie uwagę, wyglądasz jak wariatka! Przez ciebie mnie zauważy! – Leszek zanurkował głębiej w żywopłot.

– Cześć Zuza! – usłyszała za plecami głos Magdy.

– Jezusmaria, kochana, dobrze, że to ty – odetchnęła Zuzanna – rzuciłabym ci się w ramiona ale jak widzisz nie mam jak – podniosła ręce z doniczkami w których smętnie chybotały się sponiewierane kaktusy.
– A właśnie, aż się głupio czuję jak cię tu tak widzę w takim rynsztunku i w podartej kołdrze pod sądem, tak cię obserwowałam i rozkminiałam, czy jakiś happening z Leszkiem w pomarańczowej kominiarce urządzacie, czy inny schiz organizujecie, rozglądałam się nawet gdzie macie opony do palenia hahaha, ale o to jedno zapytać muszę. Zuza. I to już, zaraz, teraz! Na miły Bóg! Happening happeningiem. Rozumiem piżamę. Kudłate ciapki. Tą kołdrę bo zimno. Ale jednego nie rozumiem. Po co ty na litość boską pod sąd przywiozłaś kaktusy???!!!

– Ciiii – Sankja rozejrzała się czujnie – bo ktoś usłyszy i zobaczy, że to ja, a ja tu jestem incognito, rozumiesz. Chore są. Kaktusy. Ja też.

– Nie, ja nie mogę, hahahaha!!!! – zaczęła ryczeć ze śmiechu Magda – co to za chora historia, co? Do przychodni zdrowia dla kaktusów do sądu jechałaś? Z Leszkiem w pomarańczowej kominiarce??? Hahahaha!!!
– A masz jeszcze jakieś sprawy tutaj? Samochodem jesteś, odwieziesz mnie do domu? – Zuza kichnęła

– wszystko ci po drodze opowiem.

– Chodź ofiaro – Magda śmiejąc się ciągle objęła ją ramieniem, roztoczyła nad Zuzą wielki parasol i poprowadziła na sądowy parking.

****

Stały pod wejściem na klatkę schodową Zuzy. Deszcz teraz nie siąpił – tylko lał. Grzmiało.

– No to gdzie masz klucze? – spytała zniecierpliwiona Magda.

– W domu….

– Jak to w domu?

– No wywlókł mnie z tymi kaktusami jak je trzymałam i drzwi zatrzasnął nogą…

– Dobra, jaki masz kod do domofonu?

– Nie pamiętam, ja kluczem zawsze…

– Zuza! Chryste!!! Skup się! Pomyśl! Kto ma klucz?

– No mój mąż….

– To dzwoń do niego!

– Ale…

– Jakie znowu ale?

– Telefon też mam w domu.

– Dyktuj numer – Magda trzymają parasol usiłowała wygrzebać telefon z teczki nabitej aktami i kalendarzem.
– Nie znam….

– Nie znasz numeru do własnego męża?!!

– A ty znasz? Nikt nie zna do nikogo numerów bo mamy w książce w telefonie!

– Ale niektórzy nie są tacy nieprzytomni jak ty i noszą ze sobą telefon! Nie pamiętałaś jak tu jechałyśmy, że kluczy nie masz? Ani telefonu?

Zuza rozpłakała się.

– Magda ja jestem nieprzytomna przez te zatoki, w ogóle nie myślę….

– O której wraca twój mąż?

– Zależy od korków na mieście, koło 17-18 pewnie będzie.

– Ja mam ludzi poumawianych w kancelarii, jedziesz do mnie do firmy – podjęła męską decyzję Magda.
– Ale tak??? – Zuza spuściła wzrok na swoje spodnie od piżamy upaprane ziemią z doniczek, kudłate ciapki i te 2 doniczki. Ręce już jej drętwiały od noszenia kaktusów przez pół dnia.

– A jak? Jak masz się w co przebrać, to proszę, już! I zostaw te kaktusy tutaj do cholery! Jak wariatka z nimi wyglądasz, zamkną cię w szpitalu!

– Nie zostawię ich! Zamokną i umrą! I tak są chore! – Zuza wymaszerowała spod parasolki i pognała na parking przytrzymując pachami zawiniętą wokół ciała kołdrę. Magda dogoniła ją.

– Byłaś u lekarza? Co ci powiedział? Masz zwolnienie? – zapytała.

– Byłam, dostałam antybiotyk i mam 2 tygodnie zwolnienia.

– Antybiotyk od psychiatry? – zdziwiła się Magda otwierając pilotem auto.

– Jakiego psychiatry? – Zuza ostrożnie wkładała doniczki z kaktusami na tyle siedzenie – u laryngologa byłam!
– Aaaaa – Magda zerknęła na nią we wsteczne lusterko – może do psychiatry się wybierzesz? Znam fajną lekarkę…

– Mam zapalenie zatok! To zawsze tak zamula!

– Ale żeby aż tak??? – zdziwiła się Magda nadal wpatrując w lusterko wsteczne ustawione na Zuzannę.
– Ty patrz na drogę! Ja już dzisiaj dość przeżyłam! – krzyknęła Zuza i przytuliła do podartej, mokrej kołdry doniczki z kaktusami.

*****

Zuza obudziła się. Wspomniała zwariowany sen, który jej się przyśnił.
I usłyszała męski zatroskany głos…

– Pani mecenas, dla tego dziecka w drugim pokoju w tych ciapkach kudłatych to ja czekoladkę zostawię. Tak rozczulająco śpi z tą głową pod kołdrą i przytula doniczki z kaktusami.

Sankja kaktusy