idzta i poradzajta

/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

SANKJA FUTURYSTKA

Wrzesień 2016 r. Po ministrze Borysławie Szopce i jego rządzie nie było już w polityce śladu, ale efekty jego działań pozostały i Sankja odczuwała je bardzo dotkliwie. Zuza siedziała… nie, nie w swojej kancelarii. Została przymusowo wcielona do pakamery i w związku z powyższym otrzymała zaszczyt siedzenia w kanciapie na parterze w budynku lokalnego MOPSu. Dzień jak na wrzesień był bardzo gorący, w budynku oczywiście nie ma klimatyzacji, więc Sankja powoli czuła, jak zaczyna się rozpuszczać.

Kancelarii już nie prowadziła. Od 1 lipca 2015 r. całkowicie padł rynek spraw karnych z wyboru, gdyż każdy na pstryknięcie palcami miał obrońcę z urzędu. Koledzy, którzy zdecydowali się na dalsze prowadzenie kancelarii, ledwo wyrabiali. Adwokaci mający stałe zlecenia gospodarcze mogli pozwolić sobie na luksus zatrudnienia aplikanta do obrabiania tego tłoku, choć ich klienci gospodarczy kręcili nosem na podwyżkę wynagrodzeń (z czegoś ten luksus trzeba finansować…).

Niekuś wyjechał z Polski. Miał dość. Po tym, jak dostał hurtem 10 urzędówek ZUSowskich, kilka karnych i wszystko w kolizji z przymusowymi dyżurami w pakamerze, do których ochoczo wyznaczył go dziekan. Niekuś nigdy nie był ulubieńcem dziekana, a dziekańską niechęć potęgował fakt, że był to kolega Sankji. Ale nareszcie dziekan miał narzędzie na najbardziej niepokornych – dyżury w pakamerach.

Sankja dyżurowała. Tego dnia pierwszy przyszedł pan Lucjan z bardzo wielkim problemem. Właściciel lokalu chciał jego eksmisji za długi w opłatach czynszowych i opłatach za media.

– Bo wie pani mecenas – powiedział pan Lucjan, przy okazji lekko czkając, zapewne po porannym bełcie. – Ja… no ja tego nie rozumiem. Mnie? No mnie chcą eksmitować? Przecież ja spokojny człowiek jestem. Z rana sobie popiję – ale na spokojnie, bez agresji.

– A płaci pan? – spytała Sankja, która żałowała, że w pomieszczeniu nie ma żadnego przewiewu.

– Jak tylko mogę, to płacę. Ale przeważnie, pani mecenas kochana, to ja nie mogę. To co mi tu o te dają w tym MOPSie, to ja zaraz wydam na jedzenie, i głównie na picie. Pani mecenas kochanieńka, przecież człowiek nie wielbłąd, napić się musi! A z rana suszi najbardziej…

– Sam pan widzi, pana zadłużenie w czynszu sięga wielu tysięcy. Opłaty za media – to samo!

– Jakie media? Ja gazet nie kupuję! Aaaaaaaaaaaaaaaaaaa… telewizor to tak, to mam…

– Media, proszę pana – prąd, gaz, woda…

– Prądu i gazu używam, fakt. Ale z wody, to na pamięć mojej mamusi kochanej pani mecenas przysięgam, że korzystam bardzo oszczędnie…

Fakt, czuć… – pomyślała Sankja, po czym głośno dodała:

– A nie myślał Pan, żeby pójść do pracy? Chociażby dzisiaj wchodząc tutaj widziałam ogłoszenie, że jest robota przy zbiórce śmieci.

– Że cooooooooo? Ja? Przy śmieciach? Pani mecenas kochanieńka, przecież od tego smrodu to mnie kumple na osiedlu będą wytykać i wyśmiewać…

To da się bardziej??? – zastanawiała się prawie już mdlejąca Sankja.

– A poza tym, pani kochana – ciągnął dalej pan Lucjan – ja się do pracy fizycznej nie nadaję. Tu o mnie strzyka, o tu…

Mnie też coś strzyka, albo strzela – pomyślała Sankja.

I niestety, cała wizyta pana Lucjana trwała ponad godzinę. Zuzka jakoś przeżyła. Ledwo.

Kilka minut po panie Lucjanie do pakamery weszła odpicowana dziunia z ajfonem przyklejonym do ucha:

– Pa, misiu, tak załatwię nam dzisiaj tutaj ten pozew. Już wchodzę! Pa, całuski, mój ty tygrysie, mrrau… – wreszcie skończyła – dzień dobry. Duszno tu u pani, chyba pani mecenas powinna zainwestować w środki higieniczne – powiedziała na wejściu.

Najwidoczniej duch pana Lucjana jeszcze nie opuścił pakamery… W Sankji budziło się coś na kształt instynktu mordercy.

– Proszę pani, czy pani na pewno nie pomyliła adresu? – spytała Sankja patrząc na ostentacyjnie położoną przez dziunię na kolanach torebkę z logo Luis Vuitton.

– Oczywiście, że nie! Mam 24 lata, więc mam prawo przyjść tutaj po poradę!

– Ale przecież stać panią na poradę po cenach rynkowych… na pewno mogłaby pani zostawić miejsce dla bardziej potrzebujących… – delikatnie zasugerowała Sankja.

– Ależ ja jestem w potrzebie! W głębokiej potrzebie! Ja pytałam o ceny porad i pism, i jak zapłacę za taką poradę, to nie będę miała na pomadkę pasującą kolorem do mojego vuittonka – popatrzyła z czułością na torebkę. – Fakt, że tatko na pewno by mi kupił, ale chcę mu pokazać, że potrafię oszczędzać. Tatuś jest poważnym biznesmenem i ma wielu znajomych polityków, wie pani, jak mu pokażę, że dobrze gospodaruję pieniędzmi, to na pewno mnie wkręcą do jakiejś rady nadzorczej czy coś. Trzeba być zaradnym, pani mecenas też musi spróbować, żeby nie siedzieć tu w tym… – pokręciła nosem dziunia.

– No dobrze, to jaki ma pani problem – Sankja postanowiła mieć to cudo szybko za sobą.

– Bo widzi pani mecenas, ja z moim misiem pysiem byliśmy na Malediwach. I ten urlop do końca nie był udany, gdyż biuro podróży wprowadziło nas w błąd! I ja chcę, żeby pani mi napisała pozew o zadośćuczynienie za zepsuty urlop!

– A co konkretnie pani zarzuca biuru podróży?

– Po pierwsze w folderach były zdjęcia przedstawiające nasz hotel w słonecznym świetle. Byliśmy tam 14 dni, z czego 2 dni było pochmurnie! A powinno być 14 słonecznych dni! I woda w morzu była za zimna. A żeby tego było mało, to w morzu były te no… ryby tam były! I jak ja się miałam kąpać? W folderze nic nie było o tym, że w morzu mają być ryby!

W Sankji ewidentnie coś pęczniało…

– Czy to wszystko?

– A nie, nie! Czy wyobraża sobie pani mecenas, że tam do drinków prawie w ogóle nie dawali parasolek? A jak już dali, to już takie zupełnie niedobrane. Jak to wygląda, czerwona parasolka do drinka w kolorze różowym? Aż mnie oczy od tego bolały.

A mnie bolą uszy… – pomyślała Sankja.

W końcu panna wyszła. Po niej do Sankji przyszedł… adwokat Jan Kiszot! Szok i zdziwienie na twarzy Zuzy było aż nazbyt oczywiste:

– Ja wiem, pani mecenas, że pani się dziwi, ale … ja naprawdę jestem uprawniony. Tutaj mam zaświadczenie o korzystaniu z pomocy MOPS…

Trzęsącymi rękami podał jej pognieciony kawałek papieru.

– Musiałem też przemóc wstyd, więc przyszedłem na pani dyżur, gdyż wiem, że pani można zaufać.

– Ależ panie mecenasie, przecież kto jak kto, ale chyba pan nie potrzebuje pomocy prawnej – spytała dziwnym głosem Sankja.

– Potrzebuję. Sam nie dam rady. Proszę – podał jej plik papierów – moja żona chce rozwodu, a ja nie jestem w stanie napisać odpowiedzi na pozew, nie mogę…

Rozpłakał się. Sankja nie wiedziała, jak się zachować. Zdarzało jej się widzieć płaczących mężczyzn, ale nie adwokatów i nie z powodu ich własnej sprawy rozwodowej. Poczekała, aż Kiszot się uspokoi.

– Panie mecenasie, niech mi pan najpierw opowie, co się stało.

– Żona miała dość, powiedziała, że jestem dziadem. Całymi dniami haruję jak wół, nie ma mnie w domu, a pieniądze z domu wynoszę, a nie do domu przynoszę. Chce rozwodu z mojej winy, pozbawienia mnie władzy rodzicielskiej, żeby dzieci nie miały nieudacznika za wzorzec…

– Pan mecenas nieudacznikiem? Przecież pan mecenas prowadzi i wygrywa najtrudniejsze i najbardziej skomplikowane sprawy. Jeżeli już nikt nie może nic wymyśleć, to pan mecenas zawsze da radę.

– Aaaaaaaaaaa… – schował głowę w dłonie Kiszot. – Pani Mecenas, nasz wspólny kolega Paweł miał rację, mówiąc „Chroń nas Boże przed skomplikowanymi i trudnymi sprawami”. Jak ja żałuję, że nie zająłem się sprawami gospodarczymi i nakazami. Do tego wszystkiego by nie doszło. Ale miałem ideały, pomagać ludziom, trudne sprawy, wysiłek intelektualny. Wie pani mecenas, gdzie klienci mają tę moją pracę i wysiłek intelektualny? Tłumaczenie zawiłości, że są różne poglądy doktryny, rozbieżność w orzecznictwie, trudne postępowanie dowodowe. A po kilku godzinach tłumaczenia i tak kończy się pytaniem: „To wygram czy przegram? Jakie są szanse?” Żona ma rację, haruję i nic z tego nie ma. Nawet w domu mnie nie ma, bo mnie wyrzuciła i zamki zmieniła. Od tygodnia mieszkam w kancelarii.

Sankja była coraz bardziej przerażona tym, co słyszy. Mecenas Kiszot kontynuował:

– Nie dosypiam, nie dojadam, myję się w umywalce.

– Panie mecenasie, spokojnie. Widzę, że czeka nas dłuższa praca. To ja może zrobię kawę.

– O tak, poproszę…

– A tutaj panie mecenasie została mi jedna kanapka ze śniadania – skłamała Sankja, w rzeczywistości miała tylko jedną, ale przez wizytę pana Lucjana nie była w stanie nic zjeść – niech się pan poczęstuje, to panu dobrze zrobi.

– Dziękuję.

– No tak, pozew na 30 stron… i tyle załączników… – pomyślała Sankja po czym otworzyła drzwi i oznajmiła tłumom oczekujących, że muszą iść do innych punktów nieodpłatnej pomocy prawnej, gdyż udzielanie porady trochę potrwa. Wróciła i powiedziała do kolegi.

– Panie mecenasie, to ja sobie poczytam, a pan teraz na spokojnie zje kanapkę i wypije kawę. Potem zaczniemy opracowywać pismo, mamy jeszcze dziesięć dni, więc niech pan mecenas tu do mnie codziennie przychodzi, rezerwuję cały ten czas na przygotowywanie pisma pana mecenasa – nie będę tego przecież robiła w moim czasie wolnym. Ale żebym mogła nad nim tyle popracować, musi tu pan mecenas codziennie do mnie przychodzić i mi pomagać, gdyż będę miała wiele pytań dotyczących tego pozwu.

Kiszot się zgodził, a Sankja już zaczęła liczyć, czy będzie ją stać na zakup jedzenia dla siebie i dla Kiszota przez tych najbliższych 10 dni.

***

Sankja po baaaaaaaaaaardzo ciężkim dniu wróciła do domu, usiadła przy laptopie i napisała email, mając przed oczami uśmiechniętą twarz przyjaciółki:

Kochana Aniu, czy u Ciebie na tej obczyźnie znajdzie się jeszcze gdzieś miejsce dla mnie?

Pozdrawiam,

Zuza