rozwielitkaProszę Państwa, poniżej przedstawiamy przesłany do nas przez Pana Mecenasa Bartosza Kwiatkowskiego, który stanowi odpowiedź na twierdzenia pewnego przedpokoju.

Sofizmat rozszerzenia w wariancie bronienia chochoła

Serwis Pokój Adwokacki opublikował ostatnio tekst adw. J. Parafianowicz „Przeciętny adwokat, w przeciętnym mieście”. Autorka rozpoczęła artykuł zdaniem: „Przeciętny adwokat, w przeciętnym mieście, nie opływa w luksusach, a wielu adwokatów w wielu miejscach w Polsce żyje ze spraw prowadzonych z urzędu, choć być może niewielu z nas (zwłaszcza z perspektywy dużego miasta) zdaje sobie z tego sprawę.”

Za pierwszym razem moja lektura artykułu skończyła się już w tym miejscu. Później postanowiłem doczytać do końca. Jako adwokat z miasta raczej niedużego (a na pewno nie z TEGO dużego miasta), prowadzący kancelarię w mieście jeszcze mniejszym, zastanawiam się „co autorka miała na myśli” . Równie dobrze mogłaby bowiem napisać, że wielu adwokatów w wielu miejscach w Polsce wyhodowało skrzela i potrafi oddychać pod wodą.

W Polsce nie ma bowiem adwokatów utrzymujących się z urzędówek. Nie ma również adwokatów, dla których urzędówki stanowią ważną pozycję w budżecie. Jakikolwiek adwokat, który próbowałby taki model ekonomiczny wcielić w życie, zbankrutowałby zanim w ogóle otrzymałby pieniądze za pierwszą urzędówkę. Wynika to z trzech przyczyn: ilości urzędówek, wysokości wynagrodzenia oraz terminu zapłaty. Aby adwokat dostał pieniądze za urzędówkę, z której ma się utrzymywać, musi ją najpierw skończyć. Tym samym adwokat, który miałby się z urzędówek utrzymywać, musiałby regularnie kończyć (a nie dostawać!) odpowiednią ich ilość miesięcznie. Aby jednak sprawę skończyć, potrzeba czasu, przeciętnie od roku do trzech. Tyle bowiem upłynie od wyznaczenia do zapłaty. Nawet bowiem jeśli trafimy na sprawę „prostą”, to i tak będziemy na pieniądze czekali aż do wyroku drugiej instancji.

Jak każdy przedsiębiorca, adwokat ma stałe, miesięczne koszty, przed którymi w żaden sposób nie ucieknie. Poza rachunkami za telefon, lokal, benzyną do auta lub kartą miejską adwokat musi zapłacić ZUS – ok 1200 zł miesięcznie, jeżeli działa kompletnie jednoosobowo. Adwokat, o którego los drży autorka, musiałby skończyć co miesiąc CZTERY rozwody z urzędu, aby mieć na ZUS. Albo DWADZIEŚCIA spraw pracowych. Nie wiadomo jednak z czego ten adwokat utrzymywałby się do pierwszej wypłaty, jako że dwuletnie koszty prowadzenia kancelarii to kilkadziesiąt tysięcy złotych. Przez ten czas pieniędzy przecież nie będzie dostawał, jako że obecny system nie przewiduje zaliczek i zmusza adwokata do kredytowania Skarbu Państwa.

W modelu ekonomicznym autorki, adwokat żyjący z urzędówek musiałby utrzymywać je regularnie w dostatecznej ilości, zapewniającej bieżący wpływ wyższy od wydatków. Tak więc nie tylko kończyłby miesięcznie 4 sprawy / 20 spraw ale również otrzymywałby nowe. Tym samym przez rok otrzyma 48 rozwodów albo 240 (!) spraw pracowniczych. Co miesiąc 4 / 20 będzie kończył i zaczynał, wychodząc na zero z ZUSem. Kłopot w tym, że przy 48 sprawach rozwodowych taki adwokat kompletnie straci możliwość samodzielnego funkcjonowania. Nie opanuje takiej ilości wpływających pism, redagowania własnych, wizyt klientów i udziału w rozprawach. Absolutnie niezbędny stanie się aplikant lub sekretarka, który jednak kosztuje co najmniej 2200 zł miesięcznie (płaca minimalna).

Stąd adwokat musiałby kończyć (i dostawać) po 10 rozwodów miesięcznie, a więc 120 rocznie, zaś tsunami dokumentów zmiecie go z powierzchni ziemi. A my jeszcze nie doszliśmy do składki na ORA czy NRA (jedna urzędówka rozwodowa) czy czynszu za lokal (trzy do czterech urzędówek). Jakakolwiek próba utrzymania się z urzędówek spali na panewce z uwagi na to, że urzędówka to nie jedna czynność, za którą dostanie się pieniądze. To są dziesiątki godzin czynności, rozciągnięte na długie miesiące. Z tego powodu one się nakładają i sumują.

Dla potrzeb niniejszego artykułu rozmawiamy przecież wyłącznie o koszcie w postaci ZUS, a już okazało się, że nasz teoretyczny znajomy autorki został utopiony w papierach. Gdyby jednak założyć „utrzymywanie się” rozumiane jako uzyskiwanie minimalnej krajowej ponad koszty, zacznie się nam szalona jazda bez trzymanki. Zakładając koszty adwokata na poziomie 3000 zł miesięcznie (nie ma nikogo zatrudnionego, ma mikroskopijny lokal, lexa / legalisa z niższej półki, prawie nie płaci za telefon i internet, nie inwestuje w sprzęt, który mu się nie psuje, a na początku jakimś cudem za darmo dostał komputer, dobrą drukarkę i kserokopiarkę, nie kupuje jakiejkolwiek bieżącej literatury ani nie aktualizuje biblioteki, bo jej w ogóle nie ma), to nasz adwokat musiałby zanotować miesięczny wpływ z urzędówek w wysokości 4750 zł (bez VAT).

Adwokat taki musiałby zbierać chyba wszystkie urzędówki z lokalnego sądu, miesięcznie kończąc 14 (!) rozwodów lub podobną ilość spraw przed WSA, bądź też 79 urzędówek z prawa pracy i ubezpieczeń społecznych. Rocznie daje to 168 rozwodów z urzędu / spraw przed WSA lub (uwaga) 948 spraw ubezpieczeniowych bądź pracowych. Jednocześnie taki adwokat pracując po 10 godzin dziennie, bez jakichkolwiek urlopów, zwolnień czy świąt przypadających na tygodniu, dysponowałby rocznie 2600 roboczogodzinami. W wypadku rozwodów pozwalałoby mu to na poświęcenie rocznie na sprawę… 15 roboczogodzin (sprawy P i U przeliczcie sobie Państwo sami). Tak, łącznie 15 godzin na rozprawy, wysiadywanie na korytarzu, czytanie akt, spotkania z klientem oraz pisanie zawsze licznych pism procesowych. Naprawdę będziemy udawali, że to jest w ogóle możliwe?

Oczywiście można twierdzić że przecież nie same rozwody i sprawy pracowe istnieją. Tak, to prawda, podobnie jak to, że urzędówki płatne normalnie to niezwykła rzadkość. Urzędówki naprawdę opłacalne, które ponoć mają nam rekompensować te nierentowne, trafiają się raz na kilka lat, o ile w ogóle. Nieporównywalnie częściej trafia się natomiast pełnomocnikowi skarga kasacyjna w sprawie rentowej, którą przez ostatnie 10 lat rozpoznało 6 składów sądów powszechnych i której akta na czytelnię zwozi się osobnym kursem i specjalnym wózkiem. Damy radę napisać 40 skarg kasacyjnych miesięcznie?

Wydaje się, iż branie w obronę nieistniejącej grupy zawodowej należałoby kwalifikować jako swoisty sofizmat rozszerzenia w wariancie bronienia chochoła. Osobiście przypomina mi on zabiegi polityków, którzy pracują nad zwiększeniem eksportu wieprzowiny do krajów islamskich. W tekście zabrakło mi natomiast merytorycznej propozycji odnoście sposobu nacisku na MS w przedmiocie urealnienia stawek za sprawy z urzędu. Bo gdyby te stawki stały się realne, czyż owym adwokatom nie oddychałoby się lepiej pod wodą?

**********************************************************************************************************************************

Z komentarzy na fb:

sofizmat rozszerzania koment fb