/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

SANKJA – KAWIOREK, DORSZYK I NIEZNOŚNA MUCHA – część 1

Sankja była zmęczona, a nocna podróż pociągiem miała być długa. Zuzka miała tylko nadzieję, że po nocy spędzonej w pociągu nie będzie zbyt niewyspana następnego dnia na rozprawie. Niestety, jej samochód odmówił posłuszeństwa i na cito nie dało się nic innego załatwić. Zajęła miejsce w przedziale i przygotowała sobie książkę do poczytania. Przedział pełen, pociąg ruszył.

I się zaczęło… Niestety, wprowadzanie stref ciszy w polskich pociągach dopiero raczkowało. Niecałe 5 minut od odjazdu jedna z pasażerek odebrała telefon:

– No cześć, Jolu? A skąd wiedziałaś, że jestem w pociągu?

I tak pani sobie trajkotała o wszystkim i o niczym. O swoich problemach w pracy, problemach rodzinnych i zdrowotnych. Dosyć szczegółowo, ma się rozumieć. Radziła się koleżanki, czy rozwieść się ze swoim Heńkiem, czy jednak nie, bo już jej nie zaspokaja, ale jednak nadal dobrze zarabia… Współpasażerowie wymieniali znaczące spojrzenia, ale nie mogli nic z tym zrobić, pociąg był pełen i znalezienie innego miejsca siedzącego graniczyłoby z cudem. W końcu udało się, pani skończyła rozmawiać i w przedziale zapanowała błoga cisza.

„Drrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrryń!!!” – tym razem odezwała się komórka Sankji. Wzrok współpasażerów nie pozostawiał wątpliwości, że bardzo chcieliby umieć zabijać.

– Adwokat Zuzanna Sankja, słucham – powiedziała Zuza tak cicho, jak tylko się dało.

– Pani mecenas, czy coś się dzieje w mojej sprawie? – zaczęła Grzelakowa, nowa klientka, której numeru Sankja jeszcze nie zdążyła zapisać w pamięci telefonu.

– Proszę pani, tydzień temu złożyłam pozew. Teraz czekamy na wiadomość z sądu. Już pani mówiłam, że od złożenia pozwu trzeba będzie poczekać kilka miesięcy.

– Tak, ale…

– Przepraszam panią, ale jestem w pociągu i ledwo panią słyszę. To nie czas i nie miejsce na rozmowę o sprawie. Porozmawiamy, jak wrócę. Do widzenia.

– Ależ…!!! – zdążyła usłyszeć Sankja, zanim się rozłączyła.

Współpasażerowie odetchnęli z ulgą. Niestety, Sankji nie było dane złapać oddech. Od razu zaczepiła ją pani, która umiliła wszystkim podróż swoją godzinną rozmową.

– Przepraszam, ale usłyszałam, że jest pani adwokatem – zaczęła.

– Tak, jestem – przytaknęła Sankja, która naprawdę już chciała zabrać się za czytanie książki.

– To chciałabym się pani przy okazji coś poradzić. Nie wiem, ile pani słyszała z mojej rozmowy, ale rozważam rozwód z mężem. Może tak pokrótce pani opowiem, o co chodzi, a pani mi tu powie, co i jak…

Sankja czuła, jak w jej głowie budzi się krwiożercza bestia. Już chciała zaatakować, kiedy przerwał jej mężczyzna siedzący naprzeciwko, który odezwał się do „telefonistki”:

– Proszę pani, to ja od razu powiem, że jestem ginekologiem. Niech no mi się pani tutaj rozbierze, ułoży wygodnie, a ja panią szybko przebadam…

– Coooooooooooooooooooooo? – ryknęła oburzona. – Porada lekarska? Tak w pociągu? Przy wszystkich???

– Proszę pani, jak porada adwokacka, to dlaczego nie lekarska? Full service – uśmiechnął się i puścił oko do Sankji.

Sankja włożyła nos w książkę i zasłoniła twarz, ale mimo tego było widać, że trzęsie się ze śmiechu. „Telefonistka” się obraziła i odwróciła się tyłem do Sankji i jej wybawcy. Przedziału, ze względu na problem z miejscami, jednak nie opuściła.

Stukot pociągu był nawet uspokajający. Sankja zamknęła oczy i spróbowała się zdrzemnąć…

***

– Wieeeeeelki Sęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęępie!!! Wieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeelki Sęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęęępie!!!

Sankja usłyszała znajomy, zdyszany głos. Znowu była uroczą małą sówką, a na pobliską polanę nadlatywał zadyszany Sęp Kancelista.

– Co się stało, mój drogi Kancelisto?

– Przyszła kora brzozowa od sępa z Lasu Pojezierskiego. Nie uwierzysz, Wielki Sępie! Jaki zaszczyt!!!

– Do rzeczy, Kancelisto… – niecierpliwił się wielki sęp.

– Sęp z Lasu Pojezierskiego zebrał datki od tamtejszych sów i… i… I będziesz miał tablicę! Pamiętasz? Byłeś tam tydzień temu w odwiedzinach! Sęp z Lasu Pojezierskiego wyprawił ucztę w dziupli pod Wielkim Bukiem i postanowił uwiecznić pobyt w tym miejscu Twojej Sępowatości! Napis będzie głosił „Wielki Sęp tu był” i data. Czyż to nie wspaniałe?

– To bardzo dobry kierunek. Trzeba postawić sępa z Lasu Pojezierskiego jako wzór dla pozostałych sępów. To się chwali.

Nadleciał posiwiały sęp.

– Wielki Sępie, ale co robimy z sowami? Zwłaszcza z Płomykówką i Puchaczem! Już nawet Minister Zwierząt pisze do nas skargi na sowy.

– To przez ten protest?

– Tak! Protestować się im zachciewa, napomykają coś o demokracji. Nie chcą już pracować za stawki ochłapowe, chcą też – jak my – pracować za smaczne kąski.

– Ale mleko się rozlało… à propos mleka – kicie miały być naszą dywersją, nie udało się zatrzymać protestu?

– O tak, temu sowiemu plebsowi się protestować zachciało – powiedziała stara sępica. – O tu, tu powinni się popukać! – I udawała końcówką skrzydła, że rysuje kółko pośrodku własnego czoła. Posiwiały sęp kontynuował:

– Kicie starały się jak mogły, namawiały w Ptasim Radiu do rezygnacji. Były też bardzo aktywne u siebie w kuwecie, ale i tak najbardziej zaangażowane sowy poleciały protestować pod Ministerstwo Zwierząt. Z satysfakcją jednak odnotowuję, że organizatorzy zadbali o to, aby przebieg przelotu był spokojny,  godny i żeby nie doszło do żadnych incydentów godzących w wizerunek ptactwa. Tak więc sowy nie odwaliły żadnej szopki i nie podpaliły nawet budki wartowniczej.

– Ech… szkoda. Można by to przeciwko nim wykorzystać. Ale może jakiś inny rodzaj dywersji? Nasze kicie, oprócz tego, że dobrze smyrają po pleckach, mają chyba jakieś propozycje.

– Myślimy o frontalnym ataku na sowy. Kicia Naczelna wytypowała grupę sów, którą chce oskarżyć przed Ptasim Trybunałem. Już zaczęła na nie fukać i prychać. Nawet pazurki posmarowała błyszczykiem w kształcie sowy.

– A czym jej podpadły?

– Wszem i wobec mówią, że wydala do kuwety…

– Baj de łej, mój drogi Siwy Sępie – przerwał wypowiedź kolegi Wielki Sęp – Podobno żeś ostatnio do tej kuwety wstąpił. Dlatego, zanim następnym razem zawitasz tutaj na obrady Sępiej Rady, ablucje zalecam…

– Tak jest, Wielki Sępie. A wracając do tematu, sowy pohukują, że teksty Kici Naczelnej są, delikatnie rzeczy ujmując, niskich lotów.

– Jakich lotów? Przecież koty to nieloty!!! No dobra, ale co tym razem nabazgrała?

– Wychwalała stawki ochłapowe i skrytykowała przelot przed Ministerstwem Zwierząt. Nawet napisała, że ochłapy są całkiem pożywne, pozwalają na niezłe życie i można mieć po nich lśniące upierzenie.

– I co? – powiedział, krztusząc się, Wielki Sęp – Ktoś to kupił?

– Taka jest nasza oficjalna wersja, o Wielki Sępie – odezwał się milczący od jakiegoś czasu Sęp Kancelista.

– Aaaaaaa… zapomniałem, że tu jesteś, mój drogi Kancelisto. Podaj mi dorsze, które złowił sęp z Lasu Pojezierskiego, bo kawiorek zaczyna mi się powoli nudzić…

 ***

https://palestrapolska.wordpress.com/2015/07/31/sankja-kawiorek-dorszyk-i-nieznosna-mucha-cz-2/

***

Wielki Sep tu byl