wrozbita

Do kancelarii adwokackich przychodzą różni, przeróżni, klienci. Mają różne problemy i różne oczekiwania, a czasem nawet gotowy sposób ich realizacji, potrzebując jedynie wykonawcy tego wymyślonego, ich zdaniem na pewno skutecznego, planu.

Zdarzają się też ludzie, którzy będą wykłócać się o każdą złotówkę wynagrodzenia adwokackiego, będą domagać się zniżek, odroczonego terminu płatności, rat, transakcji wiązanych, rozliczenia barterowego i rzeczy, które adwokatowi nawet do głowy by nie przyszły. Co prawda doprowadzenia córek – dziewic – jeszcze nikt nie obiecywał ale po ofercie prowadzenia sprawy za świniaka to chyba kwestia czasu. Nie sprawdza się też zasada, że „klient pod krawatem jest mniej awanturujący się”. Klient to klient, a ten pod krawatem czasami jest gorszy niż klient z urzędu.

Jaki by ten klient nie był czasami pada pytanie:

Klient: – „A jaką mam gwarancję wygranej?”.

Adwokat: – „Żadnej szanowny Panie”.

…i wtedy następuje chwila zamyślenia. Efektem takich przemyśleń bywa pytanie:

Klient: „A ile trzeba zapłacić sędziemu żeby mieć gwarancję, żeby mieć korzystną decyzję? Może damy sędziemu 5.000 zł? Przyniósłbym zaraz pieniądze a Pan Mecenas to załatwi”.

Co do licha myślę… powinienem takiego klienta wyprosić, bo mnie obraża. Ale że do obrażalskich nie należę, stwierdzam więc tylko stanowczo:

Adwokat: „Chyba Pan oszalał. To niewłaściwy adres dla takich pytań i jego ponowienie skutecznie zakończy naszą współpracę. Poza tym, czy naprawdę uważa Pan, że sędzia ryzykowałby karierę dla 5.000 złotych?”.

Skąd w ludziach przekonanie, że sędziego można kupić a adwokat to dobry w tym pośrednik?

Może prawdziwe są miejskie legendy o adwokatach, którzy wyciągają od ludzi pieniądze, „bo sędzia sobie życzy”? Wyrok niekorzystny? „Strona przeciwna zapłaciła więcej. Biznes to biznes”. I krążą takie newsy w społeczeństwie… I nie lubią ludzie prawników… No ale jak mają ich lubić? Jak tu nie wierzyć w takie rzeczy kiedy przychodzi klient i opowiada, że zadzwonił do niego adwokat X i złożył mu ofertę nie do odrzucenia: „Niech Pan zapłaci mojemu klientowi Y kwotę Z złotych a wtedy ja dam Panu oryginał obciążającego Pana dokumentu. Jeśli nie, dokument ten przekażę Pana przeciwnikowi.”.

Czy aby na pewno tak mamy „uprawiać prawo”?  Można i tak. Można też spotykać się ze świadkami, namawiać ich do składania zeznań określonej treści. Można… dopóki się nie wyda. Można wreszcie sprowadzić proces do bitwy na to kto będzie bardziej cwany. Co jednak będzie, gdy wszyscy będą równie cwani?

Wszystkim kolegom i koleżankom (oni wiedzą) życzę by ich bitwa łajdaków zamieniła się w wojnę klonów…