pakameraPan Mecenas Łukasz Brydak napisał na fejsbukowej grupie Polska Palestra tekst o tym, jak świetlana będzie pakamerowa przyszłość. Tekst jest tak świetny, że przeklejamy go tutaj. Szanowni Państwo – cieszmy się! Pakamery już niebawem 😀

– *** –

Dochodziła północ.
Mecenas Xawery Krzyżtopór Żulicki włączył wodę i nerwowo potrząsnął puszką z kawą. Niestety markowy produkt z Lidla prezent od jednej z klientek kończył się nieubłaganie. Została jeszcze kawa zbożowa z Biedry kupiona w ramach tygodnia kolumbijskiego przez inną klientkę panią Samathę i zaprawiona przez jej syna Dżastinka kofeiną. Ale tej mecenas wolał nie ruszać nie miał pewności co do tego czy kofeina też nie pochodziła z jakieś kolumbijskiej promocji.
Xawery zadumał się. Jak to się zaczęło? Będzie już dobry rok, a czuje się jakby upłynęło 10…
Początki były obiecujące. Zapisując się jako ochotnik aby udzielać porad potrzebującym czuł się jakby złapał Pana Boga za nogi. Może to nie duża kancelaria ale nie dość, że będzie mógł doradzać najbardziej potrzebującym to jeszcze 5000 na rękę.
Niestety boże nogi okazały się z deka nieumyte.
Okazało się, że 5000 to na punkt, do tego wraz z kosztami utrzymania punktu i brutto. Do tego trzeba było płacić raty, VATy, PITy, składki i ubezpieczenia. A starosta zdecydował, że będą działać na 6 etatów 24 godziny na dobę.
No ale nic słowo się rzekło. Będzie przynajmniej mecenasem Judymem niosącym pomoc najbardziej potrzebującym, a 4 godziny dziennie nie zaburzą przecież normalnego rytmu pracy.
Niestety i te założenie zostały szybko zweryfikowane.
Mecenas załapał się na dyżur w pakamerze od 8 do 12 co skutecznie zaczęło odstraszać klientów z wyboru. Nie mógł bowiem zagwarantować, że pojawi się w sądzie. Klienci od porad okazali się też średnio potrzebujący, a to biznesmen z synem lat 25 potrzebujący się poradzić jak ukryć dochody, a to emeryt resortowy z reklamacją za wczasy olinkluziw, innym razem starsza pani pogadać. Były też osoby potrzebujące z tak zagmatwanymi sprawami, że zostawał po godzinach.
Zespół nie zdążył się dotrzeć gdy zaliczyli pierwszą próbę samobójczą. Kolega powiesił się na lampie. Na szczęście lampa była instalowana w ramach przetargu (cena 100%) dzięki czemu ucierpiała jedynie lampa, duma i du…a kolegi.
Starosta był wściekły i odciął im prąd na dwa miesiące, rzekomo aby oszczędzić za nową lampę. Kłamał bydlak bo w miejscu jednej z lamp do dzisiaj straszyły wystające kable.
Tak czy owak zwolnił się dodatkowy etat. W sumie jak był jeden to czemu nie dwa?
Szybciej się spłaci laptopa w kredycie…
To niestety zaowocowało dalszym ograniczeniem klientów spoza pakamery.
Gdy kolejny z kolegów uciekł na kasę do sklepu okazało się, że w robocie spędza już pół doby. Zrezygnował z urzędówek i zaczął sypiać w samochodzie pod urzędem starosty. Kwestią czasu było kiedy został sam na włościach. W końcu wszyscy w urzędzie go już znali. Przy stawce 3,50 za godzinę było to już coś. Szczęście nie było pełne. Samochód odholowała mu Straż Miejska, a chiński laptop nie wytrzymał pracy 24/7… więc spłacał już drugi naraz. Żona też przestała dzwonić. Może uznała go za zmarłego, a może dlatego, że zlikwidował telefon.
W końcu przebywał w urzędzie całą dobę cały tydzień. Zawsze przecież mogli przybyć potrzebujący pomocy prawnej (tak twierdził starosta). Został semifriganinem. Dojadał torty i pączki po imieninach urzędniczek.
Nie powiodła się natomiast próba zatrudnienia jako stróż nocny w urzędzie. Niestety to wymagałoby etatu, a na to jako niezależny adwokat, przedstawiciel wolnego zawodu nie mógł sobie pozwolić.
Problem spania w urzędzie rozwiązał w ten sposób, że co noc wpadał do niego Czesiek Menel. Czesiek za równowartość jednego krajowego mocnego zgłaszał się po poradę, ale mamrotał cicho, że Xawery mógł odespać choć 4 godziny.

Z zamyślenia mecenasa wyrwał szum buzawy zrobionej z kabla i żyletki przez klienta fachowca, Heńka weterana dziesiony. Gdy się spalił czajnik starosta kazał Xaweremu sobie radzić. No to sobie poradził…

Z melancholijnego nastroju wyrwał go zaś krzyk Cześka:
„Mecenasie na dole w śmietniku leży wyborcza i rzeczpospolita, będzie ze 2 kilo i kilka flaszek po piwie nawet nie szczególnie pobitych!! W skupie będzie parę złotych, a za ostatnią poradę się Panu należy pierwszeństwo” wycharczał zadyszany Czesiek.
Xawery Krzyżtopór Żulicki zerwał się na nogi. Wybiegł przed budynek. Gdy spostrzegł łup na niebie gruchnęły fajerwerki. Miasto świętowało Nowy Rok. Taki łup, taki pokaz sztucznych ogni to będzie musiał być jeszcze lepszy rok pomyślał Xawery.

– *** –

Niezawodny Pan Mecenas Robert Stępień dopisał ciąg dalszy:

Szedł dnia 2 stycznia Xawery Żulicki ul. Główną, a może nawet Bracką ulicą w Krakowie… Jakąś piękną, z piosenki zwiewnej, bądź sentymentalnie deszczowej, choć to była zima. Nie szedł sam, lecz z Cześkiem Menelem. Razem pchali wózek z makulaturą Rzepy, której nikt już nie czytał, bo i po co. A może to nie był wózek, tylko sanki, wszak była to zima, styczeń roku dwa tysiące siedemnastego. Szli do skupu, żeby przeżyć.
Mecenasem Xawerym coś rzucało wewnętrznie, lecz nie był to kac posylwestrowo-noworoczny. To był liryczny imperatyw, reminiscencja czasów studenckich, gdy w każdym akademiku nucono „Tygrysią piosenkę”. I on szedł, pan adwokat Xawery Krzyżtopór Żulicki, ul. Bracką, szedł Plantami, odtwarzał drogi zbrodni Karola Kota i nucił towarzyszącemu Cześkowi Menelowi niczym kołysankę:

„Napotkany rok po Budce znany prokurator
zaprosił mnie na wódkę.
Powiedziałem: nie, nie obywatelu proroku,
dla mnie obywatel prorok pozostanie na zawsze obywatelem prorokiem,
z prokuratorami nie piję, p…ę.

Napotkana była stara toga
Powiedziała: wpadnij po mnie do kancy.
Powiedziałem: nie, nie ukochana,
Jeżeli nawet wpadnę,
wpadnę tylko po to, by cię ze sobą zabrać.

Nie muszę wcale robić z tym, co mnie okrada, ale to robię, przerzucam ten gnój.

To jeszcze chwilę potrwa,
a kiedy się skończy, to nie podam mu ręki
i wyjadę stąd,
choć to nie jest złe miejsce.

Miłosierdzie należy do was…”*

* Parafraza wiersza Marcina Świetlickiego pt. „Tygrysia piosenka”

———

* Tekst zawierał lokowanie produktów.