mem Romek sądowy

/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

 

Bałwan jaki jest

każdy widzi

O godzinie 10.30 w piątek, 30 października 2015 roku Zuza wychodziła z siebie.

Siedziała na sądowym korytarzu, zalanym pięknym, październikowym słońcem. W sądzie było nienaturalnie pusto i naturalnie gorąco, albowiem ktoś akurat na dziś zaplanował testy kaloryferów. Okien ze względów bezpieczeństwa nie dało się otworzyć, więc Zuza siedziała na ławie w rozpiętej todze. Coś, co dla niektórych musiało wyglądać niezwykle hipstersko, dla niej było walką z udarem, nie tylko cieplnym.

Rano, zaraz po ósmej, wyskoczyła do sądu jedynie na moment. Chyba czternasty już termin w sprawie, w której wyznaczono ją kuratorem małoletniego, po prostu musiał zakończyć się równie szybko, jak pięć poprzednich. Jeszcze poprzedniego dnia w aktach brakowało co najmniej połowy zwrotek oraz dokumentacji od psychologa, która powinna była trafić do sądu dziewięć miesięcy temu. Sprawa, wyznaczona na 8.30, po prostu musiała spaść.

Rozprawa się nawet nie zaczęła. Zuza klęła w duchu, bo wychodząc z kancelarii nie wzięła ze sobą laptopa ani komórki. Każda minuta na korytarzu oznaczała późniejsze wyjście do domu, bo przecież apelacje w sprawach z urzędu same się nie napiszą. Z powrotem na 18 pożegnała się jakieś pół godziny temu. Teraz walka toczyła się o 19.

Drzwi sali rozpraw otworzyły się niespodziewanie. Wyszedł przez nie okazały brzuch, do którego tyłu przymocowany był niski policjant.

Bezpośrednio za nim, rozkołysanym krokiem szedł chłopak, który mógł mieć równie dobrze lat 17 jak i 26. Był wyższy o policjanta o dwie głowy i węższy od framugi o jakieś 10 centymetrów. Przez chwilę Sankja zastanawiała się, czy nie powinni mu otworzyć drugich skrzydeł, żeby się zmieścił. Ręce miał spięte kajdankami, co było wyzwaniem, bo przedramię miał grubsze niż udo Zuzy. Za nim szło dwóch policjantów, zza których wyrastał – tak wzdłuż jak i wszerz – kolejny konwojowany. Sankja wychyliła się i wypatrzyła jeszcze trzech następnych.

– MISIU!!! – rozległo się nagle na korytarzu.

Zza rogu wypadło niewielkie stworzenie. Sankja przez chwilę była pewna, że jednak dostała udaru.

Miało nie więcej, niż metr pięćdziesiąt wzrostu. Było tak przeraźliwie chude, że mogło bez castingu dostać się do dowolnego filmu wojennego, gdzie grałoby umierającego z głodu. Chude stopy włożone były w buty na koturnie grubości cegły. Przez to nogi istoty z jednej strony pracowały, żeby przemieścić do przodu resztę ciała, równocześnie usiłując poderwać stopy do góry. Wyglądało to, jakby ofiara mafijnych porachunków próbowała sprintem biegać w betonowych butach. Po bagnie. Połączenie tych dwóch elementów fascynowało. Taki ruch nie istniał w przyrodzie, istota musiała się przewrócić. A jednak grawitacja dawała za wygraną.

Ale to jeszcze nie było wszystko.

Kolejny kawałek stroju znajdował się nad gołymi nogami. Wąski poziomy pasek materiału owijał ciasno biodra, zaczynając się tak wysoko, że już było widać majtki w kroku, a kończąc się tak nisko, że widać było ich górę. Nagi brzuch eksponował pępek, w którym, a jakże, tkwił kolczyk. Nad nim zaczynała się bluzeczka wyłożona olbrzymią ilością cekinów. Na to nałożona była przykrótka kurteczka. Przez ramię przewieszono torbę z charakterystyczną łyżwą.

Ale to nadal nie było wszystko.

Twarz osoby była praktycznie biała od pudru. Brwi starannie zgolono, zastępując je dwoma czarnymi kreskami. Prawie łączyły się nad nosem, po czym wyginały się ostro do góry, żeby po kilku centymetrach opaść, kończąc na skroni. Rzęsy utwardzono tuszem, którego podstawowym składnikiem musiał chyba być asfalt. Twarz okalały włosy tak czarne, jakby do ich farbowania używano zużytego towotu. Całość przypominała efekt, jaki osiąga bałwanek śnieżny ginąc w czołowym zderzeniu z hałdą węgla.

Dziewczyna rzuciła się na szyję pierwszego konwojowanego i przyssała na moment do jego twarzy, zwisając jak glonojad na szybie akwarium.

Perfekcyjną scenę przerwał okrzyk z głębi sali.

– Ty niewdzięczna dziwo!

Węglowy Bałwanek oderwał się od Misia, patrzył na niego przez chwilę rozmarzonym spojrzeniem, bo czym niespodziewanie odwrócił się do drzwi i ryknął:

– Trzeba się było nie puszczać z Wanesą, złamasie!

– Proszę zrobić miejsce – znudzonym głosem mruknął brzuch policjanta, odsunął dziewczynę i ruszył w głąb korytarza. W ty momencie zza rogu wysypała się grupka klonów Bałwanka, która chlipiąc i łkając ruszyła na konwój.

– W SPRAWIE ANDRZEJA WĘGLARCZYKA WSZYSCY PROSZĘ NA SALĘ – rozległo się nad uchem Sankji.

Sankja podniosła się, szybko zapięła togę i prawie weszła do środka, kiedy przypomniała sobie o aktach leżących na ławce. Zabrała je i szybkim krokiem podążyła w kierunku ławy.

W środku siedziała już prokurator Katarzyna Łęska, koleżanka Zuzy ze studiów. Sankja usiadła, otworzyła teczkę, po czym zorientowała się, że na sali jest jeszcze jedna osoba.

Na ławce dla publiczności siedział brodaty chłopak po trzydziestce. Był w koszuli, obcisłych dżinsach i trampkach. Na jego kolanach leżał zeszyt, w którym namiętnie notował. Nagle Sankję olśniło. To był Remek, referendarz który na pół etatu orzekał w zastawach, a na drugie pół w cywilnym. Był znany z tego, że nawet osobie mającej 400 zł dochodu miesięcznie potrafił wytłumaczyć, jak ma odłożyć potrzebne na wpis 2000 w ciągu jednego tylko kwartału, co czyni wniosek o zwolnienie od kosztów irytująco bezzasadnym.

– Witam państwa. Stawili się… – sędzia rozpoczął protokół – Do akt sprawy wpłynęło w dniu dzisiejszym pismo oskarżonego. Oskarżony pisze, że chce rozpoznania sprawy w sposób obiektywny i uczciwy, bo już zawiadomił telefonicznie Państwo w Państwie. Ponadto uzupełniając ostatnie pismo…

– Kaśka – konspiracyjnie szepcząc Sankja pochyliła się w kierunku prokuratorki – co Remek robi „na publiczności”?

– … zaniechania prokuratury w tej dziedzinie nie mogą dalej mieć miejsca, albowiem pismo skierowano też do prokuratury generalnej, a nadto…

– Sędzią został – wycedziła przez zęby Łęska.

– … ponowne przesłuchanie świadków i dokonanie konfrontacji jest niezbędne…

– Żartujesz? Kiedy i gdzie?

– Zaczyna za dwa miesiące w jakimś sądzie w terenie.

– …brak jakiejkolwiek reakcji ze strony sądu na fałszywe zeznania…

– Ale co on tu robi? – drążyła Zuza.

– Jak to co? Ostatni raz widział sąd karny na aplikacji, dziesięć lat temu. A dali go do wydziału karnego. Więc teraz siedzi i się uczy. Już od tygodnia tak przychodzi i robi notatki.

– … zaniechania kuratora Zuzanny Sankji, która nie spotyka się z dzieckiem, dla którego jest wyznaczona…

– Co takiego? – Sankja z wrażenia nie zorientowała się, że przestała szeptać. Cisza zaległa na sali. Sędzia uchylił okulary.

– Pani Mecenas, ja przepraszam, wiem że to straszne głupoty, ale oskarżonemu pisać wolno.

W głowie Sankji doszedł do głosu profesjonalista, który błyskawicznie zrozumiał, że niechcący dobrze wyszło. Zrobiła mądrą minę i skupiła wzrok na sądzie

– Ale może faktycznie wystarczy tyle, pismo składam do akt, w razie czego pani sobie doczyta. Na dziś to tyle, bo zwrotki nie wróciły. Pani Małgosiu, terminarz proszę.

Sankja zaczęła powoli kojarzyć. Przypomniała sobie, że kilka miesięcy temu faktycznie był konkurs na stanowisko sędziego. Startowało trzech adwokatów i dwóch prokuratorów, ale wygrał ktoś z sądu. Potem jeden z kolegów pieklił się, bo dostało mu się za brak doświadczenia w porównaniu ze zwycięzcą.

– Referendarz z zastawów. Idzie sądzić. Do karnego. – chciała upewnić się Zuza, bardzo dokładnie akcentując interpunkcję.

– Tak. – potwierdziła Łęska.

– I teraz repetuje aplikację, siedząc na publiczności.

– Tak.

„Na pewno dostałam udaru. W październiku. Ale jaja.” pomyślała Zuza.