głęboko pod togą

 

Środowisko adwokackie nie stanowi monolitu i nie jest jednolite.

Pokusiliśmy się więc o zlecenie jednej jadowitej, występnej i złej bestii opracowania satyrycznej i złośliwej charakterystyki poszczególnych grup.

Oto bulwersujący, obrazoburczy i skandaliczny, kwalifikujący się na skazanie na karę śmierci co najmniej efekt.

karnista

Karnista

będąc dzieckiem marzył, aby zostać zbawicielem świata. Czyli np. aktorem albo pisarzem.

Ostatecznie papieżem.

Nie wyszło.

Został prawnikiem z idee fix walczenia o prawa człowieka. A najlepiej nadaje się do tego prawo karne – jednocześnie jest najbardziej medialne, stwarza więc szanse namiastki gry aktorskiej w razie trafienia na sprawę polityka prawicowej partii nie rozliczającego się z prawniczkami po KUL-u za usługi seksualne i rzucenia się na sprawę przez media pogardliwie nazywane przez „wykształciuchów” tabloidami.

Walka o prawa człowieka w polskim sądownictwie przypomina walkę z wiatrakami, a klienci z zarzutami z art. 286 k.k. swą pasję zarobkową ćwiczą także na karniście, stąd też wymieniony przypomina fizycznie Don Kichota i jest na najlepszej drodze do zasilenia grupy „pakamerzystów”.

Zna grypserę. Zazwyczaj mężczyzna. Jeśli kobieta, to po 5 latach w specjalizacji – też mężczyzna.

Gardzi innymi rodzajami adwokatów. Cynik z poczuciem czarnego humoru. Anarchista. Towarzysko do zniesienia tylko przez innych karnistów – przesłuchuje zamiast rozmawiać. Wyłapuje sprzeczności w relacjach i w ciągu sekundy formułuje z nich zarzut kasacyjny.

Skrajnie niedyspozycyjny i wiecznie nieobecny teoretyczny członek założonej rodziny. Potrafi wrócić z czynności procesowych o 3 nad ranem i o 8.30 już toczyć kolejne boje na sali rozpraw. Po kilku latach praktyki traci cierpliwość. Po kilkudziesięciu zaczyna myśleć o sobie i rodzinie i dziwi się, że klienci i sędziowie kwestionują jego prawo do urlopu i zwolnienia lekarskiego w czasie choroby, hojnie sami korzystając z takich praw.

Nigdy niedoceniany idealista. Na nic nie ma czasu.

Zazwyczaj pali papierosy.

Zapija się na śmierć albo umiera na zawał przed osiągnięciem wieku emerytalnego.

Jednostki po 1789 przypadku nierozliczenia się klienta za wyciągnięcie z „dołka” – na które to zatrzymanie jechali „na cito” na telefon z KPP o 1 w nocy, a wrócili o 5 rano oraz po uzgodnieniu ceny z klientem i przyjęciu solennego przyrzeczenia zapłaty – rzucają wszystko w przysłowiowy „piź…iec” i emigrują do Australii hodować papugi.

Pakamerzysta

Pakamerzysta

Często były karnista. Rodzaj powstał wskutek ewolucji przyspieszonej tzw. „deregulacją”, czyli rozpirzeniem w drobny mak rynku usług prawniczych i zezwolenia na zjawisko „kokotyzacji” usługodawców.

W tej kategorii rozróżniamy dwie podgrupy:

Pakamerzysta desperat

zgłaszający akces i podpisujący in blanco umowę na usługi, które będzie świadczyć nie wiadomo gdzie, nie wiadomo przez ile dni w tygodniu, nie wiadomo ile godzin dziennie, nie wiadomo za jakie pieniądze, nie wiadomo po jakich kosztach i z pełną świadomością kaszany i skoku na głęboką wodę bez koła ratunkowego i umiejętności pływania – ale traktuje to jako ostatnią, desperacką próbę przetrwania w zawodzie. Czeka go zawód. Jakiś inny.

pakamerzysta

Pakamerzysta -analfabeta

Słodkie kłamstwa woli od gorzkiej prawdy. Dał się więc uwieść wszystkim przedwyborczym populistycznym obietnicom dogorywającej partii rządzącej i uwierzył, że za pracę 4 godziny dziennie dostanie… 5000 zł

Nie dostanie.

Ale nie chcąc się rozczarować, żałować swojego nieprzemyślanego ruchu i codziennie rano mieć świadomość, że właśnie goli podbródek naiwnego idioty – na wszelki wypadek nie czyta niczego, co dotyka tematu pakamer.

Pakamery dotkną jego. Ale tak mało fajnie. Motylków w podbrzuszu od tego nie będzie. Raczej biegunka.

Korporacyjny

Korporacyjny

Przez zawistnych nazywany „korposzczurem”.

Król życia.

Dostając się do korpo złapał pana Boga za nogi.

Obsługuje firmy naftowe i sieć zagranicznych spożywczaków. Fascynująca problematyka prawa celnego, nowych suplementów diety i prawa farmaceutycznego stawia go ponad resztą adwokatów.

Pracowicie wypełnia „szit tajmy”.

Jego koledzy karniści, o pakamerzystach nawet nie wspominając, nie są warci tyle, co jeden jego ciap.

Nie dotyczą go problemy adwokatury, ani reformy prawa karnego, które jest dla freeków.

Rzadko bywa w sądzie, nie ma po co tam bywać.

Tyra przy fascynujących aspektach kar umownych w umowie zlecenia po 16 godzin na dobę.

Jeżeli nie założył rodziny na studiach albo aplikacji – jest samotny. Jeżeli założył – widuje się z nimi w niektóre weekendy. Średnio się znają.

Cała reszta nie dorasta mu do pięt. Poza tym niepotrzebnie narzeka. Jak to nie ma pracy i pieniędzy na rynku? Są! Skoro on ma – to czemu reszta nie ma?

Pierwszy zawał zalicza w wieku 35 lat.

Jeśli się opamięta – szuka urzędniczego stołka w Ministerstwie albo Radzie Nadzorczej spółki z udziałem Skarbu Państwa wykorzystując korpokontakty.

Jeśli ma szczęście – w kalendarz kopnie przed nim starszy wspólnik, wskoczy na jego miejsce i będzie mógł orać tymi na niższym szczeblu tak, jak nim orano, a za perfekcyjne opracowanie planu reorganizacji kopalni albo stoczni, za które korpo zgarnie 100 tysi – młodemu autorowi wielotomowego opracowania da premię w postaci protekcjonalnego poklepania korpo-dłonią po łopacie i wydukaniu przez zęby:

„- Dobra robota panie Jurku”.

korposzczur

Rekompensując sobie na Bali lata harówy i upokorzeń w korpo z czasów „młodszego prawnika” nie wybrzydza i zaplanowane do doktoratu rozdziały, glosy do wyroków i artykuły zleci do napisania tym młodszym. W końcu złapali pana Boga za nogi, nie? No to niech się postarają i nie ważą spóźnić z publikacją, bo wylot z raju i koniec ze szpanowaniem w weekendy w najmodniejszych klubach hasłami:

„- Aaaach, wiesz, przeszła ta umowa z PKN Orlen na 20 melonów”.

Cywilista

Cywilista

Uprawia naukę-królową gałęzi prawa.

Rozumie niezrozumiałe.

Nie rozumie karnistów.

Oni nie rozumieją jego.

Przegrywając sprawę ocenia sędziego jako niedouczonego głupka.

Przyjaźni się z cywilistami.

Na imprezach towarzysko-alkoholowych godzinami zaśmiewają się z interpretacji formy ad solemnitatem jaką popełnił sędzia Kowalski i rozkminiają kazusy istotnych dla praktyki kwestii obrotu gospodarczego w spółce komandytowej, w której wspólnikami są spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Śmiertelni nudziarze. Pracoholicy. Perfekcjoniści. Mają porządek na biurku (sic!). Zadowoleni z życia (sic!). Ich długowłosy pies nie ma ani jednego dreda pod pachą (sic!).

W sumie niewiele można o nich napisać nienudnego…

Królowe rozwodów

Królowe rozwodów

Widziały i słyszały już wszystko.

Wiedzą jak zirytować świadka i jak zagłuszyć jego zeznania niekorzystne dla ich klienta.

Lęk w przeciwniku usiłują wzbudzić krzykami, złośliwymi komentarzami dotyczącymi jego zeznań, zarzutami o charakterze karnym i „nauczenia” świadka zeznań przez stronę przeciwną nawet wówczas, gdy jest to świadek zgłoszony przez ich klienta.

Przeciwników procesowych wrzaskami oskarżą na korytarzu pod salą, że nie wysłali im zawiadomienia o rozprawie.

Do klientów zwracają się często per „kochana”, „kochany” – bo nic tak nie umniejsza poczucia własnej wartości i nie skłania do posłuszeństwa dorosłego człowieka jak paternalistyczne traktowanie przez królową. Tą samą taktykę starają się publicznie stosować do pełnomocników swoich przeciwników, czasami używając spieszczonej formy ich imienia i wrzeszcząc przez pół sądu:

„- Monisiu, ty reprezentujesz Kowalskiego?! Bo ja Kowalską! To chodź tu do mnie Monisiu może Twój klient zmądrzeje wreszcie i zawrzemy jakąś ugodę! Bo chyba nie sądzisz, że Baśka ci te Twoje wydumane roszczenia pouwzględnia!”.

Cały sąd musi wiedzieć, że królowa sprawę rozegra po swojemu, zna sędzię, która jest dla niej po prostu „Baśką”, a reszta adwokatów-dzieciaków ze strachu musi ustąpić.

Towarzysko gra pierwsze skrzypce.

Towarzystwo udaje, że historie opowiadane 50 raz słyszy po raz pierwszy i grzecznie rechocze.

mem królowa rozwodów

Jako że królowa jest tylko jedna, wszelkie wspólnoty biurowe czy spółki dwóch „królowych rozwodów” raczej prędzej, niż później się rozpadają.

Sędziowie i pracownicy sądów ich nienawidzą – bo każda sprawa z „królową” trwa 3 razy dłużej, niż powinna, a z wrzasków i komentarzy królowej trudno na nagraniu rozprawy wyłowić słowa stron i świadków. Trudno też coś zaprotokołować – królowa bowiem poprawia sąd, że świadek nie powiedział tego, co powiedział i usiłuje sama dyktować protokół przeinaczając zeznania w sposób korzystny dla jej klienta.

Trzeba jednak udawać, że królową rozwodów się lubi.

Kto, jak nie ona przyjmie te dzieci i pociotów pracowników sądów na praktyki i aplikację i jeszcze będzie im płacić?

Klientów królowa mieć będzie zawsze – ze strachu przed wynajęciem królowej przez współmałżonka i przerażeni perspektywą zostania ofiarą ryków na korytarzu i rozprawie, pędzą do niej na wyścigi. Nie dlatego, aby ich reprezentowała. Ale dlatego, aby się z nią nie stykać jako przeciwnikiem. Z ulgą zgodzą się na udzielenie przez królową substytucji innemu adwokatowi, aby tylko odpocząć od nieustannej krytyki, wrzasków i żenujących, manipulacyjnych i populistycznych zachowań.

Adwokat od wszystkiego

Adwokat od wszystkiego

Specjalizuje się we wszystkim.

Po trochu.

Ale to tajemnica.

Klienci mają wierzyć, że jest alfą i omegą prawa karnego, spółek, międzynarodowego systemu ochrony praw człowieka i zakazu pracy przymusowej, rodzinnego, podatkowego, rolnego, cywilnego, farmaceutycznego, autorskiego, wykroczeniowego, ubezpieczeń społecznych,prawa pracy, prawa ochrony środowiska, administracyjnego, kosmicznego, ochrony praw zwierząt, prawa łowieckiego, morskiego i celnego.

Krawaty wiąże, usuwa ciąże.

Ulubiony przeciwnik procesowy kategorii specjalizujących się.

Sam nie wie czy lubi, to, co robi.

Poszedł w adwokaty oczekując, że sam fakt zostania adwokatem spowoduje, że na jego adwokacką głowę tuż po wyjściu ze ślubowania sypnie z nieba dolarami.

Niebo zawiodło.

Sypnęło ZUS-em, VAT-em 23% na dzień dobry, podatkiem dochodowym, czynszem za kancelę.

Kategoria na rozdrożu – między zrządzeniem losu, które wymusi specjalizację albo poprowadzi do pakamery. Ewentualnie wyśle na zmywak do Anglii.

Robi dobrą minę do złej gry, wierzy w skuteczność marketingu i miesiąc po wynajęciu pokoju na kancelarię zakłada stronę www, w której opisuje swoje „wieloletnie doświadczenie i setki zadowolonych ze współpracy klientów”.

Marzy o wyprowadzeniu się od mamy i bogatych rodzicach, wygranej w totka, bogatym partnerze/partnerce, nieoczekiwanym spadku od nieznanego wujka z Ameryki. I żeby go stać było na utrzymanie psa. Albo przynajmniej kota. Udaje, że nie jest zgorzkniały i wszystko jest git. Upadłość utrzymuje w wielkiej tajemnicy i znika po angielsku najpierw z zawodu, potem z miasta, środowiska, kraju.

Adwokat załatwiacz

Adwokat-załatwiacz

Niemożliwe jest dla niego możliwe. Tyle, że wyłącznie w sferze głoszonych z dumą klientowi deklaracji o wciągnięciu przeciwników dziurką od nosa i załatwieniu „czego trzeba z kim trzeba, tyle, że to będzie kosztowało”. Stąd też oprócz honorarium dla siebie „załatwiacz” równocześnie jest kredytowym naganiaczem, bowiem klienci, aby wygrać sprawę muszą zostawić pieniądze na „załatwienie” – dla sędziego/urzędnika/prokuratora, zazwyczaj kilkadziesiąt tysięcy zł.

Są idioci, którzy z uporem maniaka wierzą w te dyrdymały i nawet, jak załatwiacz przegra im już wszystko, co się da – nadal wyszukują kolejnego w tej samej kategorii. Bo kolejny „lepiej załatwi”.

Bez względu na rodzaj sprawy i stopień absurdalności żądań klienta załatwiacz obiecuje 100 lub więcej %-ową wygraną. Zna każdego sędziego i urzędnika. Na korytarzu sądowym odbiera komórkę i gromko krzyczy na obecnych:

„- Cicho! Minister sprawiedliwości do mnie dzwoni” – po czym po wywołaniu efektu osłupienia zaczyna ćwierkać:

„ – Zbyszek? No cześć, tak, będę u ciebie jutro na tej kawie w ministerstwie, a co tam nowego?”.

Klientom oczekującym pod salą rozpraw oświadcza, że zaraz wejdzie do sędziego i „załatwi”, wchodzi podczas toczącej się innej rozprawy, siada na miejscu na publiczności, odczekuje ok. 5 minut, po czym wychodzi i teatralnym szeptem, aby inni potencjalni klienci słyszeli komunikuje:

„- No! Załatwione! Wszystko będzie dobrze!”.

Sędziowie, prokuratorzy i urzędnicy nawet jeśli osobiście „załatwiacza” nie znają, to na pewno o nim słyszeli i unikają go jak diabeł święconej wody. Choćby kontakt z nim miał się ograniczać do „dzień dobry” wypowiedzianego do uciekającego w popłochu na widok załatwiacza sędziego lub urzędnika. W wykonywaniu zawodu nie przeszkadza załatwiaczom wiedza, której nie nabyli, ani nabyć się nie starają.

Twarz przed klientami po przegranej sprawie zachowują przekonując ich, że adwokat/radca prawny przeciwników lepiej „posmarował” sędziemu, albo, że sędzia uznał, że za mało klienci zapłacili.

załatwiacz

Z delikatnością niepokalanej dziewicy o załatwiaczach wpis popełnił jeden z naszych kolegów: https://palestrapolska.wordpress.com/2015/10/15/bitwa-lajdakow/

Wśród „załatwiaczy” wyróżniamy również podgatunek „kopidoła”, o którym pisaliśmy tutaj:

https://palestrapolska.wordpress.com/2015/06/02/kolejny-adwokat-wstepuje-do-sprawy-zjawisko-kopidola/

Dopóki w kraju będą istnieli kretyni, a nic nie zapowiada, aby ich zabrakło – dopóty załatwiaczom będzie się powodzić bardzo dobrze.

***************************************

Podobne wpisy satyryczne:

https://palestrapolska.wordpress.com/2014/12/07/jestes-prawdziwym-adwokatem-jesli/

https://palestrapolska.wordpress.com/2015/02/08/regulamin-pracy-adwokata/