pogrzeb adwokata

 

/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

 

Zuzanna Sankja podkręciła głośniki w radiu, żeby zagłuszyć myśli. Jak na złość radio zagrzmiało „Jesiennymi bestiami” Parov Stelara… (https://www.youtube.com/watch?v=SCvE_JHZifo).

Przed oczami stanął jej czyjś imieninowy albo urodzinowy wieczór w kancelarii przy biurkowych lampkach i świeczkach, kawałek biurka z sałatką krabową i butelką lubelskiej cytrynówki.

Może to były imieniny nawet samego Wojtka… albo urodziny…. nie mogła sobie przypomnieć. I ta sama piosenka. I jego żądania „weź głośniej!”. I też ponury, szary, wiecznie zamglony listopad.

– Patrz – zwróciła się do Anki Zabieg siedzącej w zaciętym milczeniu, z ustami zaciśniętymi w białe kreski – Wojtek już nigdy tego nie usłyszy. A świat funkcjonuje tak samo jak funkcjonował, mimo że dla ważnej w nim osoby i jego najbliższych też – już się skończył.

– Weź się wypchaj z tym tanim sentymentalizmem dla umysłowo ubogich – wysyczała Anka nie odwracając oczu ze stojącego na trasie do cmentarza korka – Nigdy, nigdy. No nie usłyszy, nie zobaczy, nie poczuje, no skończył się świat dla niego, kończy się dla ludzi codziennie i nic się nie zmienia dla pozostałych. Przestań do cholery!

– Weźcie się zamknijcie! – zdenerwował się Maciek i sięgnął z tylnego siedzenia do radia, zmieniając kanał.

„…Zamach na demokrację? PiS uchwałami unieważniło wybory…”

– Kurde odwal się od mojego radia, bo mnie zaraz szlag jasny trafi! – wrzasnęła Zuza wyłączając odbiornik.

Ciszę przerywały klaksony wściekniętych kierowców tkwiących w korku.

DSC_7804

– Halo? – Zuza odebrała wibrujący telefon.

– Wy zamierzacie spóźnić się na pogrzeb Wojtka?! – wrzasnął Łukasz – my z Gabrysią stoimy przed wejściem na cmentarz z waszymi wieńcami odebraliśmy wam, gdzie wy jesteście?

– W korku.

– Czyli spóźnicie się, to my idziemy.

– Ale zaczekajcie na nas! Jest 40 minut do pogrzebu jeszcze!

Piiip… piiip….piiiip – odpowiedziało jej rozłączone połączenie.

– Życiowy dezerter – odezwał się Maciek.

– Kto?! – krzyknęły obie naraz odwracając się do niego.

– No kto, kto, Wojtek! A kto? Wściekły jestem na niego!

– A skąd wiesz czy dezerter, skoro toczy się śledztwo – zauważyła Zuza.

– Akurat coś wykaże.

– Ale nie wiesz tego!

– Sama siebie oszukujesz. Co? Czujesz się winna?

– Nie jestem niczemu winna – obruszyła się.

– Pewna jesteś?

– Tak samo jak ty i każdy z nas.

– Poszukałaś dobrze w sobie?

– Tak. Miałam na to dużo czasu. A ty w sobie poszukałeś?

– Nie mam czego szukać.

– Pewny jesteś?

– Jesteś agresywna.

– W takim samym stopniu jak ty, nie robię niczego czego sam wcześniej nie zrobiłeś.

– Mam dosyć twojego znęcania się nade mną, wiesz?

– Boże! – krzyknęła Anka – co wy wyczyniacie? Jedziecie na pogrzeb swojego przyjaciela!

– Twojego też! – odwrzasnął jej Maciek – I też oczywiście nic nie widziałaś, prawda? I jesteś bez skazy i taka niewinna? Like a virgin?!

– Byłam za granicą jakbyś nie zauważył -odwarknęła mu.

– Sami niewinni – skonstatował złośliwie.

– Z tobą na czele. Całym na biało – odpaliła mu Zuza.

– Pieprznięci jesteście – podsumowała Anka – jakieś może refleksje was naszły, co? Głębsze od poziomu brazylijskiego serialu?

– Rowy Mariańskie refleksji kopałam przez 2 tygodnie. Wylałam wszystkie łzy. Doszukałam się w sobie i w Was miliona win. A potem przeanalizowałam wszystko sekunda po sekundzie i zracjonalizowałam bez emocji, na zimno. I nikt z nas nie mógł temu zapobiec. Nie było żadnego guzika, którego mielibyśmy w swojej ślepocie nie zauważyć i nie nacisnąć, a który mógłby zapobiec tragedii. To co się stało, stałoby się i tak. – odburknęła Zuza – i wystarczy.

Korek zaczął się ruszać do przodu. Poruszali się na półsprzęgle z prędkością 3 km na godzinę.

– Pogrzeb w piątek po południu kurde, gorszego terminu nie mogli wybrać – zainicjował ugodowym tonem Maciej.

– W poniedziałek o tej porze nie byłoby lepiej – podjęła wyzwanie Zuza.

– Ale taka na przykład środa? Czemu nie w środę? – podtrzymywał absurd.

– Idźcie się leczyć – podsumowała Anka – wypieracie to co się stało. Skoro nie chcecie mówić o tym, co jest ważne, to lepiej w ogóle nic nie mówcie.

– To może ty coś ważnego powiesz? – zaproponował Maciek.

– Mnie tu wtedy nie było – ucięła Anka.

– I co z tego? Pfff, wielka krytyczka uników sama największa unikająca.

– Dobra, koniec, wszystkim nam nerwy puszczają, ja zjeżdżam na parking podziemny, szybciej dolecimy na piechotę – zdecydowała Zuza.

– Zostawiamy teczki w aucie? – zapytał Maciej.

– Ja swojej chyba nie zostawię, mam w niej lapka – zaczęła zastanawiać się Zuzanna.

– To ja też swoją z aktami biorę. Ale togę zostawiam – zdecydował.

Pędzili na cmentarz wydmuchując na mroźnym, burym powietrzu kłęby pary.

cmentarz 5

– Dlaczego na pogrzeb założyłaś beżowy płaszcz? Zawsze w czarnym chodzisz a dzisiaj beżowy? Czemu nie czarny? Masz milion pińcet czarnych płaszczy i kurtek przecież? – wydyszała Anka do Zuzy.

Maciek zachichotał złośliwie.

– Eeee…. – zaczęła Zuza – no jakby ci tu ten no powiedzieć … nie milion pińcet tylko dwa…. wypadek miały.

– To znaczy? Wyszły na spacer i wpadły pod pociąg?

Maciek nadal chichotał.

– Podpaliłam jeden… – przyznała się Zuza.

– Specjalnie?

– No gdzież! – oburzyła się.

– Przechodziliśmy przy przystankach autobusowych, tam pod okręgiem, a teraz wiesz Aniu w Polsce jest zakaz palenia na przystankach i akurat Straż Miejska stała, to ta zamiast wywalić papierosa schowała go do rękawa. I się całkiem fajnie, widowiskowo podpaliła hehehe – zdemaskował ją Maciek zadowolony.

– Jeeezu – jęknęła Anka usiłując w biegu spojrzeć Zuzce w oczy – nic ci się nie stało?

– Weź – zbyła ją i przyspieszyła kroku.

– A drugi? Ten ładny taki do ziemi czarny, wełniany? Pamiętasz, pożyczałam go od ciebie, co z nim?

– Klasyka gatunku, to co zwykle – znowu głos zajął Maciek – psy jej zżarły. Kiedyś ją całą zeżrą. Nie będzie czego chować nawet.

– Wiesz co Maciek – rzuciła Zuza do tyłu nie odwracając głowy – to nie jest czas na heheszki, na pogrzeb przyjaciela idziemy!

cmentarz 1

Dopadli do cmentarnej bramy.

W wejściu na cmentarz stała jedna z tutejszych „królowych rozwodów” (KLIK) pod rękę ze swoim wieloletnim kochankiem, znanym mecenasem. Olbrzymi kapelusz i ekstrawaganckie prawdziwe futro do ziemi królowej w połączeniu z nie wiadomo po co wywrzaskiwanymi zdaniami „a no widzisz co się narobiło kochana Jadziuniu!” do bynajmniej nie cierpiącej na głuchotę Jadziuni stojącej 20 cm od niej ściągały uwagę wszystkich.

– Ja nie wiem jakim cudem ich małżonkowie to tolerują tyle lat – zaczęła zastanawiać się Anka.

– Kasa misiu – uświadomiła ją Zuza – nie opłaca im się w najmniejszym stopniu tego nie tolerować.

Na głównej alei zauważyli Łukasza z Gabrysią obładowanych wieńcami. Dogonili ich i uwolnili z kwiatowego nadbagażu.

Ledwo przebili się przez tłum w cmentarnej kaplicy, aby ustawić wieńce pod stojakiem na trumnę. Starali się nie rozglądać i nie widzieć rodziców, żony i dzieci Wojtka. Nie nawiązali kontaktu wzrokowego z nikim. Śmierć przyjaciela opłakiwana przez ponad tydzień straciła dla nich realność. Nie chcieli jej odzyskać wskutek konfrontacji z widocznym cierpieniem najbliższych i znów cierpieć. Odkąd dowiedzieli się o tragicznej śmierci przyjaciela unikali bliskości, miłych słów, czułości – to wszystko ich rozklejało i powodowało ból, którego nie chcieli wciąż i wciąż przeżywać.

Palta ludzi zgromadzonych w kaplicy parowały wilgotną mgłą. Nie było gdzie stanąć. Wyszli w tłum stojący na zewnątrz.

Kaszlnięciami i gestykulacją ściągali do siebie najbliższych znajomych.

– Co to za koszmar – prokurator z ich roku na studiach objął niedźwiedzim uściskiem Macieja. Adwokat zesztywniał. Po chwili powolnym ruchem oddał uścisk.

– Nie wiem, nie wiem – w głosie Maćka słychać było skrywaną rozpacz i totalną bezradność. W oczach stanęły mu łzy.

– Ej weś ku..wa – usłyszeli z tyłu. Popatrzyli na siebie porozumiewawczo. Łzy natychmiast wyschły, a czujność i napięcie zastąpiły uczucie wsysania przez czarną dziurę rozpaczy.

– Wypluj te gume ch..ju – dobiegło ich już głośniej – na pogrzebie mecenasa swojego jesteś!

Zabrzęczało szkło.

Anna Zabieg udając, że szuka czegoś w torebce lekko odwróciła głowę do tyłu.

Grupa klientów Wojtka z malowniczymi, różnokolorowymi reklamówkami wypełnionymi obijającymi się o siebie zniczami przybyła pożegnać swojego obrońcę i właśnie odbywała się między nimi delikatna szamotanina z żującym głośno gumę wyjątkowo wysokim osobnikiem przystrojonym w jaskrawoniebieską czapę z olbrzymim pomponem.

– Dżizys – szepnęła do Zuzy – odwróć się.

– Zaraz – odsyknęła jej Sankja – ty patrz kto idzie. I w czym!

Ku kaplicy z jedną różą w skórkowej rękawiczce żeglowała samotnie i dostojnie małżonka mecenasa – owego kochanka rozwrzeszczanej królowej rozwodów. W identycznym kapeluszu i futrze, jak kochanica jej męża.

Wtajemniczonym i spostrzegawczym z zachwytu przed oczekiwanym skandalem zaparło dech. Udawali, że nie patrzą na Mecenasową w rzeczywistości usiłując nie spuścić niby to błądzącego przypadkowo wzroku z pleców jej męża trzymającego pod rękę  umajoną w takie samo futro i taki sam wielki kapelusz kochankę.

Kochankowie stali w wejściu do kaplicy. Nie mieli więc możliwości zaobserwowania nadciągającego od tyłu zagrożenia.

Mecenasowa doszła do kaplicy i zauważyła męża z identycznie jak ona ubraną kobietą. Znieruchomiała.

Szybkim wzrokiem przeleciała po twarzach tłumnie zgromadzonych udających brak zainteresowania usiłując zbadać wiedzę i reakcję prawników oraz poziom beki jaki odczuwają.

Po czym zdecydowanym krokiem podeszła do męża i wzięła go pod drugą rękę.

Królowa rozwodów drgnęła, ale szybko opanowała widniejący na jej twarzy popłoch i skłoniła głowę w udawanym cierpiętniczo-żałobnym pozdrowieniu. Mecenasowa nie odpowiedziała. Adwokat nawet nie drgnął. Mięśnie na jego policzku kurczyły się i rozkurczały nerwowo.

– Hehehe – usłyszały z boku z grupy starszych adwokatów zduszony śmiech – swoim babom pewnie kupuje w hurcie z rabatem.

– I do każdej mówi „kotku”, żeby przypadkiem w pościelowych uniesieniach imion nie pomylić – odszepnął ktoś.

– Albo klient mu za sprawę zapłacił w naturze kapeluszami i futrami – dorzucił kolejny.

Wreszcie zagrzmiały organy i ku zdumieniu zebranych zabeczał religijną pieśnią masakrycznie fałszując wyraźnie pijany organista.

– O słodki Jezu – jęknęła Zuza wyobrażając sobie co musi czuć w tym momencie rodzina Wojtka. Czuła jakby pękało jej serce.

Ludzie zdębieli i zaczęli na siebie nawzajem spoglądać pytająco.

Organista beczał głosem w ogóle nie przypominającym ludzkiego.

Maciek nerwowo zachichotał.

– No, znając poczucie humoru Wojtka sądzę, że byłby tym pogrzebem zachwycony – szepnął do Zuzy i Anki.

– Piątek, to się organista napił – przyłączył się Łukasz – norma.

cmentarz

Po pierwszym szoku połączonym z nerwowym rozglądaniem się żałobnicy przyjęli kulturalną taktykę „nie słyszę i nie widzę, że coś nie gra”.

Organista nadal zapamiętale beczał uderzając na chybił trafił w klawisze rzężących organów.

W głośnikach dało się usłyszeć jakby dmuchanie w mikrofon i ciche „raz, raz”.

Beczenie nie ustawało.

– Ekhm, ekhm – kaszlnął głośnik.

Dźwięk organów zawył i ucichł.

Zgromadzeni odetchnęli i przyjęli luźniejszą pozycję „spocznij”. Nie musieli już się koncentrować na niezauważaniu.

Było potwornie zimno. Panowie pozbawieni rękawiczek wpychali sobie dłonie w rękawy. Znicze w reklamówkach wesoło brzęczały. Róże i storczyki ścinały się na mrozie i wyraźnie flaczały.

Ludzie częstowali się chusteczkami higienicznymi. Tylko futrzany trójkąt stał bez najmniejszego ruchu.

… Niczym to dziecię w kołysce … – zaczęło się kazanie.

– Co się właściwie stało, wiecie coś? Są już wyniki z sekcji? – dopchał się do nich znajomy sędzia.

… Rodzice, którzy na to dziecię w kołysce spoglądają….

– Nie, w następnym tygodniu powinny być – Łukasz postanowił wziąć udział w rozmowie.

… Ta kołyska! To dziecię! – rozkręcał się kapłan.

Anna Zabieg drżała z zimna i szczękała zębami.

Nad szepczącymi unosiły się kłęby pary z oddechów. Od czasu do czasu słychać było czyjś szloch.

– Jest już wyznaczony likwidator kancelarii? – dopytywał się znajomy adwokat.

… i to dziecię w kołysce oczekuje przyjścia swego Pana…

Zuza jednym uchem słuchała rozmów, drugim kazania oczekując kiedy wreszcie ksiądz wyjdzie z etapu kołyski i dziecięcia i dojdzie do jakichś konkretów i zmarłego.

– Myślicie, że to któryś z jego klientów?

… I my na pytania Jezusa temu dziecku w kołysce odpowiadamy…

Anna Zabieg popatrzyła dyskretnie na zegarek. Msza trwała już dobre 40 minut. Zaczęła poruszać palcami stopy. Miała wrażenie, że są odmrożone. Skupiła się tylko na nich.

Wszyscy prawnicy walczyli z uczuciem, że dolegliwości fizyczne związane z przedłużającym się nieruchomym pobytem na trzaskającym mrozie i lodowatym wietrze dominują nad uczuciami wyższymi. Głupio było obserwować jak własny, tak wysoko oceniany mózg, zamiast trzymać się refleksji związanych z nagłą, tragiczną i jeszcze niewyjaśnioną śmiercią przyjaciela nurkuje w cholewkę buta, w którym tkwiła zamarznięta łydka sprawiająca ból i wrażenie, jakby zaraz zamierzała odpaść. Czuli się upokorzeni przewagą odczuć fizycznych nad duchowymi i ostatkami woli czepiali się zacierającego się w pamięci obrazu kolegi.

Kołyskowe kazanie nie pomagało w utrzymaniu należnego ceremonii skupienia.

Czas mijał.

Zamarzały kolejne elementy składowe ciał żałobników.

Z zimna lało się z nosa. Prośby o poczęstunek chusteczką były coraz częstsze.

Głośniki nadal ryczały dziecięciem w kołysce…

Odgłosy zbiorowego smarkania momentami zagłuszały kołyskowe refleksje kapłana.

– Na litość boską ile można w kółko o tym samym – nie wytrzymał któryś z sędziów – Wojtek z etapu dziecięcia i kołyski wyrósł przecież jakieś 45 lat temu!

– Ciii…

– Śśśśśś….

Rozległo się ze wszystkich stron pod jego adresem.

Na postać sędziego posypały się potępiające spojrzenia pełne fałszywego oburzenia.

– Pali pan? – rzuciła do niego Zuza.

– A co to ma do rzeczy? – zmierzył ją nieufnym spojrzeniem.

– Czyli pan pali, to idziemy – złapała go za krawędź rękawa i pociągnęła za kaplicę. Nieudolnie pozorował sprzeciw i opór.

Zgrabiałymi dłońmi usiłowali podpalić papierosy.

cmentarz Lublin Lipowa

Palenie na takim mrozie nie należało do przyjemności.

– Skąd pani wiedziała, że palę? – zapytał między jednym „machem” a drugim.

– Po pierwsze to nałogowych palaczy na takich imprezach najszybciej szlag trafia, a po drugie, gdyby pan nie palił, to normalnie by mi pan odpowiedział na pytanie, że nie.

Milczał łapczywie zaciągając się dymem.

Skradał się do nich Maciek.

– Rzuć szluga – zwrócił się do Zuzy prowokacyjnie.

Trzęsącymi się z zimna rękami podała mu paczkę z zapalniczką.

Maciej zesztywniałymi, fioletowo-purpurowymi dłońmi próbował wyjąć papierosa.

– Odmroziłeś sobie ręce – stwierdziła Zuza – chcesz jedną rękawiczkę?

– Za małe masz ręce, nie założę – westchnął.

Naciągał rękawy płaszcza starając się, aby wystawały z nich tylko końcówki dwóch palców trzymających papierosa.

– Co on z tym dziecięciem w kołysce? – zapytał nie wiadomo kogo – też pijany?

– Może pogrzeby pomylił? – zastanawiała się Zuza.

– Ale no dajcie państwo spokój, tych głupot przecież słuchać się nie da! – zakipiał znowu sędzia – tutaj tak zawsze?

– Bywa, ale nie aż tak – przypomniała sobie Zuza kilka innych pogrzebów-porażek.

– Skandal – sędzia zapetował i wcisnął niedopałek między płytki chodnika w widoczną między nimi szparę – Kompromitacja. Wracam, miło było poznać, szkoda, że w takich okolicznościach, do widzenia.

Dopalili w milczeniu swoje papierosy.

Treści dochodzące z głośników bezspornie dowodziły, że ksiądz nadal nie wyszedł z kołyski. Od godziny.

– Ech – westchnęła Zuza wpychając swój niedopałek w tą samą dziurę między płytkami – kończ Maciek i też wracamy.

Minęli coraz liczniejszą, brzęczącą zniczami w reklamówkach grupę klientów Wojtka i dopchali się do „swoich”.

… ileż radości kryje się w obserwowaniu dziecięcia w kołysce, jak rośnie…

– Zanim on przejdzie przez przedszkole, okres dojrzewania, studia i karierę Wojtka i dojdzie do jego śmierci, to my tu ze starości poumieramy – Łukasz podzielił się z nimi swą głęboką refleksją.

– Prędzej pozamarzamy – wtrąciła się Gabrysia zawijając wokół siebie wielki szalik.

– Jeszcze 5 minut tych kacapołów o kołysce i chyba się wyrzygam – rzucił któryś aplikant.

Solidarnie skarcili go wzrokiem i odprowadzili potępiającymi spojrzeniami dopóki nie wycofał się na tyły.

Nieoczekiwanie zawyły rozstrojone organy i zabeczał organista. Najwyraźniej też już nie wytrzymał.

Odetchnęli z ulgą.

Beczenie organisty rozjeżdżało się z dźwiękami organów i kaleczyło uszy.

Przestępując z jednej zmarzniętej na kość nogi na drugą, trąc o siebie pochowane w rękawach, odmrożone dłonie, niecierpliwie oczekiwali na kontynuację i koniec mszy.

Ku rozpaczy wszystkich po zakończeniu kolejnego baraniego hitu mikrofon przejął ksiądz.

… Ileż nadziei wiążą ojciec i matka z przyszłością swojego dziecięcia…

– Przepraszam, przepraszam – usłyszeli w głośnikach głos kolegi – Okręgowa Rada Adwokacka pragnie zabrać głos, przepraszam.

cmentarz 6

Poczuli wdzięczność i wyostrzyli uwagę na czas pięknej, mądrej i konkretnej przemowy adwokata.

– Uratował to – wyszeptała z ulgą Anna Zabieg do przyjaciół.

Zuza z Maćkiem wzruszeni walczyli z łzami.

Ceremonia wyraźnie przyspieszyła. Ojcze nasz odbyło się w tempie serii z kałasznikowa. Pozostałe modlitwy ksiądz inicjował z werwą i prędkością rapera, nie nadążali za nim.

Od czasu do czasu przebieg mszy zagłuszał jęk kilku klawiszy organów i kilka beków organisty.

Wreszcie nastąpił upragniony koniec. Widok rodziców, żony i dzieci Wojtka znów połamał im serca. Wychudzeni, z zapadniętymi twarzami, podkrążonymi, niewidzącymi, ślepymi od łez oczami, bez kontaktu z otoczeniem, wspierani pod ręce przez dalszą rodzinę ledwo szli w tym ostatnim z Wojtkiem marszu rozpaczy i poczucia końca życia, jakie znali.

Kilku uczestników konduktu zastanawiało się, i cierpło z przerażenia na myśl o tym, co oni w sobie za winy i zaniedbania w tej rozpaczy znaleźli. Ile już razy wyrzucali sobie to, że nie zdążyli się z Wojtkiem pożegnać. Że nie wiedzieli o problemie. Że coś zrobili, mimo że powinni to zrobić. Ale może by zapobiegło nieszczęściu gdyby raz tego, co powinni – nie zrobili. Rozum ludzki w takiej tragedii i rozpaczy jest niestrudzony i nieustannie wyszukuje wyimaginowane „winy”, aby rozdrapywać ranę i katować swego właściciela.

Gabrysia zahaczyła aktówką o reklamówkę ze zniczami wymijającego ją mężczyzny.

Szli za grupą klientów Wojtka. Doceniając zmianę spodni dresowych na dżinsy. Podziwiając kolory sportowego obuwia i krótkie, do pępka kurteczki.

– Janusze mody – szepnęła złośliwie Gabrysia.

– Ale przyszli, zobacz – oddał im sprawiedliwość Maciek – przyszli pożegnać swojego obrońcę. To trzeba docenić.

– Z dresów się przebrali – dorzuciła Zuza.

W milczeniu konstatowali charakterystyczny sposób poruszania się, po którym karnego klienta recydywistę każde z nich poznałoby nawet na końcu świata. Kroki wykonywane nie tylko nogami, ale i ramionami. Atrofię szyi. Zniszczone twarze nie pozostawiające najmniejszych nawet wątpliwości co do upodobań w nadużywaniu wszelkiego rodzaju używek.

Spod przykrótkich, skórzanych kurtek wystawała im góra od dresów. Napominali się i szturchali nawzajem, w wulgarnych słowach nakazując godne zachowanie na pogrzebie „swojego mecenasa”.

Za nimi sztywno maszerował wiarołomny mecenas z identycznie ubranymi, tak samo jak on sztywnymi, kochanką i żoną pod rękę.

Doszli na miejsce.

cmentarz nocą

Nad grobem ojciec Wojtka pochylił się i dotknął trumny swojego syna w ostatnim pożegnaniu. Szloch wstrząsnął starszym, zmaltretowanym cierpieniami człowiekiem. Załamały się pod nim nogi. Upadł.

– Błagam was – wyszlochała Anna Zabieg – przysięgnijcie mi to. Że jeśli mi się coś stanie dopilnujecie, żeby mnie skremowali. I żeby nie było żadnego pogrzebu.

– Dobrze – Łukasz zamknął Ankę w objęciach.

Każde z nich przysięgało sobie więcej czasu i uwagi poświęcać najbliższym i przyjaciołom.

Nie dać się zgnoić tak pracy. Nie tyrać i nie galopować po kilkanaście godzin na dobę. Wsłuchiwać się w to, co mają do powiedzenia bliscy i przyjaciele zamiast zbywać ich wynurzenia twierdzeniem „przepraszam cię, dzwoni klient”.

Mieć szansę na pożegnania w przyszłości i pozamykanie niezamkniętych rozdziałów.

Zdecydowanie i zawsze na pierwszym miejscu stawiać rodzinę.

Czas dowiódł, że dotrzymali tych obietnic.

Przez całą sobotę….

cmentarz 4

/Wykorzystano zdjęcia własne z cmentarza w Łodzi, Lublinie, Ossiach w Austrii oraz z cmentarza w Einsiedeln w Szwajcarii/