tiny owl painting(autor: Cyra R. Cancel, źródło: http://www.ebsqart.com/Artist/Cyra-R-Cancel/11049/Art-Portfolio/SPRING-TINY-OWL-PAINTING-THE-EASTER-EGGS/757656/ )

Najlepsze rozmowy o Bogu prowadzi się w czasie bombardowania. Ale najwcześniej trzeciego. Za pierwszym razem wszystko jest zbyt nowe, zbyt fascynujące, zbyt absurdalne by zwracać uwagę na wszystko inne. Za drugim nie ma nic poza wszechobecnym strachem, bo już widziało się skutki tego, co nastąpiło po tym pierwszym. Dopiero najwcześniej w czasie trzeciego otoczenie powszednieje, zwłaszcza dla dzieci, które przecież każdego dnia poznają coś nowego, przez co z jednej strony tak kurczowo trzymają się stałych w swoim życiu, a z drugiej ostatecznie prościej przychodzi im zaakceptować zmiany. W czasie wojny, zwłaszcza tej nowej, gdzie walczy się już nie na polach bitew w cieniu militarnego kurzu, ale na ulicach miast w słoneczne dni, na dzieci mało kto zwraca uwagę. Na te żywe oczywiście. Martwe stają się zaraz najdrogocenniejszym skarbem, najważniejszym dowodem, ostatecznym argumentem. Tak jakby te dorosłe ciała – ojcowie, matki, siostry, bracia, córki i synowie – w hierarchii wartości spadały nisko, niżej nawet od zabójców, bo przecież ci zaraz zyskują tłumy wielbicieli i katów, którzy nawzajem przerzucają się kolejnymi zdjęciami i ujęciami, wykonanymi przez przedzierających przez krew i kawałki ludzkich szczątków reporterów i operatorów. ,,O, to się sprzeda, o to też, nie, to nie, coś takiego już mamy”.

Niektórzy nie potrafią zrozumieć, że wojna, ta nowa, powszednieje. A raczej staje się częścią życia, miarą normalności. Na początku strach, obawa o każdą rzecz położoną przy drodze, pakunek przy stoliku, dziecięcy wózek pozostawiony przy schodach. Potem krótki rzut oka i już wiadomo, jak niebezpieczne może być to, co przyciągnęło naszą uwagę. A potem już nawet nie ma tego przelotnego spojrzenia. Bo przecież trzeba zrobić zakupy na cały tydzień, odebrać dzieci ze szkoły, odwieźć siostrzenicę na rehabilitację. Ale nowa wojna nie lubi rutyny, więc na pewno zaraz wszystkie te sprawy stracą na znaczeniu, gdy wszystko na nowo zniknie w nagłym podmuchu. I znów będzie strach, ale ten strach minie jeszcze szybciej. I tak mija życie, nieraz krótsze, nieraz dłuższe.

Najlepiej rozumieją to dzieci. Tam gdzie nie ma wojny, śmierć jest przez dłuższy czas pewnym abstrakcyjnym pojęciem, nocną marą, nudnym przesiadywaniem w gronie starszych, którzy płaczą i piją, piją i płaczą. Dzieci z gorących i ciasnych uliczek, i te ubrane w schludne szkolne mundurki, i te z bosymi stopami, zamotane w szmaty, rozumieją ją bardzo dobrze. Towarzyszy im na każdym kroku, nie znając różnicy w pochodzeniu czy w stosowanych przez dorosłych zabezpieczeniach. Bo przecież dzieci są skarbem, ale niestety, jak już wspomniałam, droższym, gdy są martwe. Poza tym o ileż prościej przychodzi ich dyscyplinowanie, gdy to ich króciutkie życie może się zaraz skończyć? O ileż prościej mówić o tym, co po śmierci, kiedy to może nastąpić już zaraz, już za chwilę? W oczach dzieci dorośli wiedzą wszystko, o wszystko się też ich pytają, tylko nie zdają sobie sprawy, że dorośli też kiedyś byli dziećmi i też im ktoś przekazał to, co mówią teraz. I te dzieci, tak wpatrzone w swoich przewodników, w swoich idoli, wierzą i ufają im bezgranicznie. I skłonne są ginąć i zabijać, bo przecież śmierć to nic nowego, to powód do chwały i dumy. Zaś ci z odległych miejsc patrzą na nich i widzą swoje dzieci, te niewinne i zagubione, które ważne są dla nich żywe, dla których śmierć jest abstrakcją.

 Oczywiście, są też niegrzeczne dzieci, te, które zadają za dużo pytań, na które nie ma odpowiedzi albo, co gorsze, odpowiedź nie byłaby zgodna z tym, co dorośli mówili wcześniej. One są prawdziwym kłopotem, zwłaszcza w niespokojnym czasie. Nie chcą zaakceptować tego, co słyszą, dopóki nie nabierze to sensu. Czasami tego sensu szukają przez całe życie, pielęgnując w sobie ten dziecięcy upór. Co więcej, odporne na karcenia dorosłych nauczyły się oswoić największą z ludzkich przypadłości – strach przed odrzuceniem.

Człowiek jako istota stadna pragnie bliskości innego, pragnie poklasku, pragnie akceptacji, a większość pragnie tego jak najmniejszym kosztem. Wyrastają w mniej lub bardziej różnorodnym środowisku, przyjmują zwyczaje bliskich nam ludzi, mówią to co oni mówią, wierzą w to co oni wierzą, a zmiany przyjmują bezpiecznym wtopieniem się w tło i łagodnym płynięciem z prądem. Ale życie nie jest proste, a nasz rozum – to co odróżnia nas od zwierząt, nasze bezmyślne okrucieństwo, które nazywamy nieludzkim, bo nie chcemy dopuścić do siebie myśli, że tak może zachować się człowiek, nasz altruizm, który wspierany odwagą pozwala nam na dokonywanie rzeczy, określanych jako niemożliwe – nasz rozum jest zarazem naszym największym sojusznikiem i wrogiem. Pozwala nam na ocenę innych, ale również i samych siebie. By jednak tego dokonać musimy przeciwstawić się strachowi i pragnieniom, które wiążą ludzkie zrozumienie ze zwierzęcą naturą.

I dziś w Wielki Piątek patrzymy na krzyż i widzimy proces, który wydaje nam się niesprawiedliwy, obserwujemy przekupstwo, słyszymy fałszywe oskarżenia. Widzimy tych, którzy szydzą, ale i tych, którzy pomagają. Ale przede wszystkim widzimy nie cierpiącego Boga, ale cierpiącego człowieka. Tego, który postanowił iść pod prąd.

W dzisiejszych czasach bowiem największym wyzwaniem nie jest wiara w Boga, ale wiara w człowieka. Adwokatom jest to potrzebne w szczególności. I właśnie odzyskania lub umocnienia tej wiary życzę całej Adwokaturze z okazji Świąt Wielkanocy.