Piątek. Z dwoma teczkami akt, gorączką, kaszlem i zatkanym nosem wreszcie docieram z pracy do domu i zabieram się za robienie śniadanio-kolacji, bo wcześniej czasu nie było, żeby zjeść.

I dzwoni telefon. Nie znam numeru. Może kogoś z marihuaną pod którymś klubem zatrzymali, w końcu weekend. No OK, trzeba bronić ofiar systemu, odbieram.

– Pani mecenas?

– Tak słucham.

– To ja, Tomek Kowalski, no ten Tomek, wie pani.

– Nie kojarzę, przepraszam.

– Oj no jak to, no ja teraz jestem z tą Anką pamięta pani, co ją pani ze 3-4 lata temu rozwodziła.

– Aha – przez 3-4 ostatnie lata rozwodziłam ze 30 Anek, ale dobra.

– To kojarzy mnie pani?

– Powiedzmy. Jako tako. Piąte przez dziesiąte. Trochę tak i nie. – nie mam siły dyskutować i tłumaczyć, że nie jestem w stanie zapamiętać partnerów byłych klientek. Poza tym, jakie to ma znaczenie? Żadnego.

– To super! Bo wie pani, mnie w czerwcu skazali, nie?

– Wie pan, jeśli może pan zadzwonić jutro z tym problemem skoro to nie jest sprawa życia i śmierci…

– Ale jest, jest!

Dżizys… no OK, załóżmy.

– No to słucham.

– Bo to po apelacji, nie?

– Tak?

– No tak!

– No i?

– Kasację zapowiedziałem bo ją przegrałem tą apelację.

– To dobrze. Znaczy źle, że pan przegrał, ale dobrze, że złożył zapowiedź.

– No, no. I tak sobie myślałem i myślałem czy ją pisać, nie? Tą kasację.

– Ach tak. I cóż pan wymyślił?

– Zdecydowałem się żeby pisać.

– I dzwoni pan do mnie w piątek przed 22, żeby mi o tym opowiedzieć?

– Noooo.

– Ale to nie jest sprawa życia i śmierci.

– Jest!

– No nie jest. Niech pan zadzwoni jak wyrok z uzasadnieniem przyjdzie.

– Przyszedł.

– Kiedy?

– Jakby to powiedzieć… dlatego dzwonię… 30 dni temu przyszedł. Tak równo 30. Rozumie pani…

Kurtyna

Klienci nasi kochani. Czy proces podejmowania decyzji o wniesieniu kasacji naprawdę musi wam zabierać 30 dni i znaleźć swój decyzyjny epilog w piątek na 2 i pół godziny przed północą?

30 dni? Niektórzy nad wniesieniem apelacji dumają 14 dni. Nad zażaleniem – 7. Decyzja o wniesieniu środka odwoławczego pożera czas na sporządzenie tego środka. I potem na kilka godzin przed północą ostatniego dnia terminu obdzwaniacie wszystkich adwokatów, poszukując tego, który na szybko coś napisze tylko na podstawie wyroku z uzasadnieniem – bo 8 tomów akt, których zresztą i tak  nie skserowaliście nie ma już jak i kiedy przeczytać i – o ile orzeczenie nie jest „skopane” – zrobi z siebie idiotę i na wasze życzenie wniesie taką apelację, zażalenie, czy kasację, jakie dało się sporządzić na podstawie tego, co mu przynieśliście. Zazwyczaj z góry skazaną na nieuwzględnienie. Ale wtedy będziecie mogli mieć do niego, a nie do siebie pretensje, prawda?

To już nawet nie jest refleks szachisty. Tylko jakaś forma autodestrukcji z waszej strony.

 

/W ikonie wpisu: Ślepym Okiem Temidy/