zabieg-szklana-kula/opowiadanie satyryczne, opisywane historie i postacie są całkowicie fikcyjne, kilka tysięcy osób które „się odnalazły” oraz kilka tysięcy które dyskutują i hejtują z tego powodu, że „odnaleźć się nie mogą i to wszystko nieprawda” – uprasza się o zdrowy rozsądek i zdobycie się na dystans wobec literatury opisującej fikcje i fantazje autorów/

SANKJA I ZABIEG: NOWOROCZNE POWROTY DO PRACY BYWAJĄ CIĘŻKIE

Anna Zabieg siedziała na miękkim fotelu, w pokoju wypełnionym poduszkami i firanami, w oparach kadzidełek, a może i w oparach absurdu. Na materialny aspekt działalności wróżbiarskiej, wykonywanej dzięki dofinansowaniu z PUP, nie narzekała. Godzina pracy za 500 zł to znacznie więcej niż mogłaby marzyć kontynuując przygodę z Adwokaturą. Klienci byli zawsze zadowoleni i zawsze wracali. Podobno wszystko się spełniało, te całe banialuki, które wciskała o zbliżających się problemach lub szczęściu w życiu zawodowym czy miłosnym, o przyczajonym blondynie, brunecie lub po prostu nieznajomym, gotowym skraść niewieście serce, o zawistnej lub przyjaznej osobie w pracy. Tylko satysfakcji nie miała z tego żadnej.

Schyliła głowę nad stolik i spojrzała ciężko umalowanymi oczami w otchłań szklanej kuli:

– Sankja… Co się dzieje z Zuzanną Sankją?

Dopiero teraz Zabieg zdała sobie sprawę, że od kiedy finansowo bardzo jej się poprawiło, telefon firmowy dzwonił niemalże non stop. Z kolei telefon prywatny milczał jak zaklęty. Zabieg nawet podkręciła dzwonek, bo myślała, że może nie słyszy dzwoniących przyjaciół, ale… Od kilku dni nikt nie dzwonił. Z bezrozumnego gapienia się w szklaną kulę wyrwał Zabieg krótki sygnał telefonu oznaczający przyjście sms – na prywatny telefon. Zabieg aż podskoczyła i pobiegła przeczytać.

– No, Zuza, nareszcie… – pomyślała i przeczytała sms:

„Kiedy można do Ciebie zadzwonić?”

„Zadzwoń teraz” – odpowiedziała Zabieg i wpatrywała się w telefon, który… nadal milczał jak zaklęty. Po kilku minutach Anka przeczytała kolejny sms od przyjaciółki:

„Cały czas dzwonię”.

Anka przez moment wpatrywała się w ekran monitora zamyślona, po czym wychyliła się przez okno i zawołała do stojącego tam z kolegami ojca

-Tato!

Starsi panowie zajęci odkrywaniem cudów techniki (no nie takich cudów dla młodszych czytelników, ale dla tych pamiętających podróże w samochodzie z silnikiem z tyłu i owszem) nie zwrócili na nią uwagi.

-TATO!!!- krzyknęła już donośniej, aż echo rozniosło się po osiedlu.

– No, co, co, tylko oglądamy, przecież pozwoliłaś…

– Nie, spokojnie, tylko czy jest włączony Bluetooth?

– Co?

– Samochód dzwoni?

– A i owszem dzwoni, powiem ci córcia, że jakaś to wada chyba jest, bo bez przerwy radio przerywa…

– To nie wada, zapomniałam odłączyć telefonu od samochodu, mógłbyś wyłączyć tę funkcję?

Tam jest taki przycisk… – nie zdążyła dokończyć zdania gdy osiedlem ponownie wstrząsnęła fala decybeli.

– Nie ten! – krzyknęła raz jeszcze. – Wyłącz silnik, wyłącz silnik!!!

Znów zapadła cisza, a Zabieg westchnąwszy, wyskoczyła przez okno na podwórko jak to robiła od lat, ustawiła odpowiednio funkcje w samochodzie, cały czas obserwowana przez kilka wyjątkowo ciekawskich par oczu i wróciła tą samą drogą do mieszkania.

Telefon wreszcie zadzwonił prawidłowo.

– No, co tam się Zuza dzieje?

– Anka, broń Boże do mnie nie przyjeżdżaj!!!

– Co się stało? Pogniewałaś się? Ja nie odbierałam tylko przez ten cholerny Bluetooth.

– Nie, jakie pogniewałaś się? Anka, słuchaj. Wchodzimy z Niekusiem po Nowym Roku do kancelarii, a tam wita nas na klatce umieszczone na recepcie weterynaryjnej dyskretne ostrzeżenie, zawierające milion pińcet sto dziewińcet pieczątek, no wiesz, w końcu to Polska, „noł sztempel, noł pas”, że u sąsiada z góry, konesera i kolekcjonera śmieci zalęgły się w mieszkaniu wszy, wszoły, świerzby, pchły i co tylko sobie babcia życzy… i że tego ten… zaraz je wszyscy będziemy mieli, bo na klatce schodowej też się ten zwierzyniec stwierdza… i że trute było, ale sami wicie rozumicie… Pan sąsiad w obronie swoich skarbów na interweniujące pogotowie ratunkowe był łaskaw wyciągnąć siekierę, dzielnie odparł atak służb i ustawił się w walecznej postawie na półpiętrze. Nie mogliśmy wtedy dostać się do kancelarii, bo Policja musiała zabezpieczyć teren i jakoś go obezwładnić. Ostatnio kolekcja rozrosła się imponująco, nie dało się już otworzyć drzwi do mieszkania sąsiada, gdyż wszystkie kubki po jogurtach, skorupki od jajek, zużyte podpaski, tampony, pieluchy, filtry z expresów do kawy i inne obiekty pożądania każdego prawdziwego kolekcjonera w znoju i pocie czoła wydłubywane nocami z okolicznych kontenerów na śmieci – wylewały się roztaczając swojską woń gnijącego wysypiska na klatkę schodową.

– Bleeeeeeeeeeeee – rozległo się po drugiej stronie słuchawki.

– O nie, nie, kochana, to nie koniec. Sąsiad nie mogąc już fizycznie nocować w zapchanym skarbami po sufit mieszkaniu – zamieszkał więc na klatce schodowej. I wesoło kontynuował hobby zaczynając ustawianie kolekcji od 4 piętra – w dół. Doszedł do nas, do 1. piętra. Spał na reklamówkach ze śmieciami, na schodach, w dzień – żeby mu ich nikt nie ukradł. W nocy wychodził w miasto celem wzbogacenia zbiorów. Odbyła się więc teraz kolejna interwencja, tym razem z udziałem weterynarza z uwagi na liczne zwierzątka z rodziny gryzoni towarzyszące sąsiadowi i jego kolekcji.

– Ej, dobra, Sankja. Skończ z tym opisem. Ja naprawdę przed chwilą jadłam. Da się w ogóle pracować w kancelarii? Przyjmujesz klientów?

– A skąd. Musimy się na mieście umawiać, wynajmować sale konferencyjne. Ale i tak pracować się nie da. W mózgu się kłębi. Kłębią w zasadzie. Te wszystkie wszoły, świerzby i pchły… i każdy się wczuwa – czy już go coś swędzi, lub żre. Ciągle latamy do łazienki ręce myć. Mydłem. A może lepiej „Ludwikiem”? To jeszcze raz. Tak dyskretnie jednym paluszkiem pod lewą łopatką się co rusz ktoś skrobnie, a to za uchem i wczuwa – czy to takie od szwu swędzenie, czy od wszów. Czy tam weszów. Wszołów. Ale tego ten… nie ma tego. Ja jeszcze nawet na to nie zarobiłam, a już musiałam jechać do hurtowni po kolejne zakupy. Jak każda szanująca się pani mecenas – po hurtowe ilości płynów, sprayów i szamponów od wszy, świerzbu i pcheł… Pani farmaceutka nie wiedziała jak ma wziąć ode mnie pieniądze…

– Słuchaj Zuzka, jak tak teraz słucham…to ja chyba mam wyjście z sytuacji, tylko nie wiem, czy ty się na coś takiego zgodzisz, bo sprawa wygląda następująco – wiesz, że od przyszłego miesiąca wprowadzają nowe przepisy mające wprowadzić większy udział czynnika społecznego, no i nasz proboszcz kandyduje na sędziego pokoju. W sumie to go Rada Kościelna wypchnęła, to złoty człowiek jest, naprawdę, nie z tych nawiedzonych. No i niespodziewanie zyskał szerokie poparcie, z tym, ze jak sam mi się przyznał, o prawie nie- kościelnym to on nie ma pojęcia i nie chciałby się wygłupić czy kogoś skrzywdzić niechcący, i w sumie szuka kogoś, kto by mu jakiś korepetycji udzielił, tak dyskretnie albo  nawet nie musiałoby być tak super dyskretnie, wynajęłabyś pokój na parafii, na kancelarię, gospodyni by tam przypilnowała, może za niewielką opłatą nawet posprzątała i jedzenie przygotowała, ksiądz miałby zawsze fachowca obok siebie, a ty spokojny kąt do pracy… Sankja? Sankja, czy tym mnie słyszysz? Halo, Zuza?!!