Życie adwokata, jak powszechnie wiadomo z czołowych polskich seriali o prawnikach, jest lekkie, łatwe i przyjemne,  adwokat nie ma problemów, większość czasu spędza na przyjemnościach (siłownia, fitness, spotkania ze znajomymi), a do pracy wpada, śpi na forsie (ewentualnie zrywa ją z drzewa), czasami tylko ma problem egzystencjalny powodujący poważny ból głowy, czy do koleżanek po fachu zwracać się z użyciem żeńskich końcówek per „adwokatka” lub „mecenaska”.

Jest jednak ta ludzka, przyziemna strona wykonywania zawodu adwokata, o której się nie mówi albo mówi się rzadko. Zamieszczamy poniżej przepiękny, refleksyjny tekst napisany przez Panią Adwokat Hoa Dessoulavy-Śliwińską na facebookowej grupie Polska Palestra, o tej innej stronie wykonywania zawodu adwokata:

Śmiertelna dawka w prawie wietnamskim…

Ze względu na to, że koledzy domagają się ode mnie więcej ciekawostek z prawa wietnamskiego , dziś pozwalam sobie napisać o jednym z najbardziej emocjonalnych przeżyć mojego życia zawodowego w Wietnamie.

W kwietniu 2016 r. byłam substytutem obrońcy z urzędu w sprawie ułaskawiania jednego ze skazanych.
Posiadałam wiedzę od początku, że sprawa jest beznadziejna, ponieważ wiedziałam za co został skazany mój klient… Jednak nie mogłam odmówić swojemu byłemu patronowi i sprawę przyjęłam. Mój patron powiedział wprost, że sprawa jest medialna, nie chce być z nią kojarzony, wiedział czego dotyczył czyn, wobec tego wolał trzymać się z daleka od tej sprawy, bo jest znanym adwokatem w Wietnamie.

Zgodnie z art. 40 k.k. wietnamskiego karę śmierci stosuje się za popełnienie przestępstwa bardzo ciężkiego przeciwko zdrowiu i życiu, przeciwko pokojowi ludzkości, za przestępstwa wojenne, przeciwko Socjalistycznej Republiki Wietnamu, przeciw obronności i przeciwdziałaniu narkomanii, jak również przestępstwa „pedofilii”.

Po przyjęciu sprawy, pierwsze co zrobiłam to spotkałam się z klientem, który już siedział 4 lata w więzieniu czekając na wykonanie w stosunku do niego kary śmierci. Klient był bardzo inteligentnym człowiekiem, po 40-ce, miał wyższe wykształcenie, był buddystą. Rozmowa z nim była bardzo emocjonalna, ponieważ mój klient w ogólnie nie pytał, jakie ma szanse na ułaskawienie, gdyż zdawał sobie sprawę, że czeka go wykonanie kary śmierci…
Mówił mi głównie o swoim życiu, o swoich przemyśleniach, o tym czego najbardziej żałował, oraz czego żałuje, że nie zrobił do tej pory. Miał wtedy tylko matkę, siostrę i dwójkę prawie dorosłych dzieci. Prosił mnie, żebym przekazała im wiadomość, chociaż jego rodzina miała prawo widzeń z nim w więzieniu.
Podczas rozmowy nagle zapytał mnie „czy Pani Mecenas uważa, że jak umrę to nic po mnie nie zostanie?”.
Wtedy byłam świadoma, że on nie potrzebuje adwokata, lecz potrzebuje kierownika duchowego, więc zaczęłam rozmawiać z nim o wierze. Człowiek ten był inteligentny wiedział kim był Jezus Chrystus, wiedział o religii chrześcijańskiej, ale podchodził do niej nieufnie. Mieliśmy trzy godziny widzenia przez szybę, ale przez ten czas postarałam się mu wytłumaczyć, że po śmierci nie ma końca, za to jest życie wieczne… Wytłumaczyłam mu w prosty sposób, zgodnie z chrześcijańskim katechizmem co się dzieje z duszą człowieka po śmierci. Klient w końcu zapytał czy mogę mu pomóc stać się chrześcijaninem! Wróciłam do domu zaczęłam szukać dla niego księdza katolickiego, który zgodziłby się pojechać ze mną do więzienia. Dwa dni później przyjechałam z księdzem do klienta. Musiałam uzyskać zgodę dyrektora więzienia na widzenie i wprowadzenie księdza. Złożyło się tak, że zostałam matką chrzestną mojego klienta… Cała uroczystość chrztu odbyła się w więzieniu, w specjalnym do tego przygotowanym pomieszczeniu, które przypominało małą kaplice. Potem rozmawialiśmy z klientem i księdzem. Widać było, że klient zainteresowany najbardziej był tym co będzie po śmierci i co należy jeszcze teraz zrobić, aby dostać zbawienie. Nie widziałam strachu w jego oczach, chociaż dostrzegałam jeszcze duży smutek…

Tak jak podejrzewałam klient nie uzyskał ułaskawiania, a wyrok został wykonany kilka miesięcy później. Będąc już w Polsce dostałam telefon od swojego patrona, że klient do niego dzwonił i koniecznie prosił, abym była w dniu egzekucji. Chciał ze mną jeszcze porozmawiać.
Dostałam histerii, płakałam, „krzyczałam” na aplikantów w mojej kancelarii, ale zdecydowałam się polecieć. Dalej chyba nie muszę opisywać, że historia ta była moim największym przeżyciem zawodowym, jak do tej pory. Zarówno rozmowa z klientem przed jego śmiercią, tak jak bycie obecnym z księdzem w trakcie egzekucji…
Ponieważ mój klient nie należał to przestępców skazanych za pospolite, brutalne przestępstwa, także został potraktowany „łagodnie” i dostał zastrzyk z trucizną… Przez szybę widziałam jak uśmiechał się w ostatniej chwili swojego życia do mnie i do księdza, a potem już zasnął…

Wróciłam do Polski, chorowałam prawie tydzień, ale doświadczenie to nauczyło mnie bycia nie tylko adwokatem, ale przede wszystkim człowiekiem. Być może to brzmi abstrakcyjnie lub banalnie, ale nadzieja jest najważniejsza w życiu człowieka, a zwłaszcza przed śmiercią.

P.S. żeby nie być gołosłowną odnośnie mojego kierownictwa duchowego w stosunku do skazanego, które w tym momencie było pożądane pod względem duchowym i psychologicznym załączam moje świadectwo ukończenia studiów z zakresu kierownictwa duchowego .

Uufff…


A oto wybrane komentarze z grupy PP:

Andrzej K.

Pani Mecenas! W drugiej połowie lat osiemdziesiątych broniłem zabójcę, któremu Sądy obu instancji wymierzyły karę śmierci. Czas od złożenia podania o rewizję nadzwyczajną do jej rozpoznania przez Sąd Najwyższy był jednym z najgorszych dla mnie psychicznie okresów. Na szczęście SN po rozpoznaniu rewizji nadzwyczajnej zmienił wyrok i wymierzył 25 lat pozbawienia wolności.

Jacek F.

Mój patron z aplikacji towarzyszył też do końca swojemu klientowi skazanemu na szafot,ale Twoja opowieść jest dużo bardziej wstrząsająca. Może dlatego,że jesteś jako kobieta bardziej empatyczna,albo masz to „coś” co pozwala dostrzec innym to co jest zwykle głęboko schowane…

Magda M.

Pani Mecenas Hoa Dessoulavy-Śliwinska – ja miałam podobne przeżycie zawodowe tylko innego rodzaju. Prowadziłam sprawę z urzędu przeciwko ZUS panu, który pracował prawie 40 lat (zaczął pracę jako 15- czy 16-latek), cały czas płacił składki. Siadł mu organizm i odmówili mu renty, z urzędu trafił na mnie. W sądzie, w szczególności przez biegłych, był traktowany jak osoba, która usiłuje coś wyłudzić od państwa. Nie był w stanie tego zrozumieć (po 40 latach płacenia składek, że traktują go jak oszusta). Batalia przed sądem była długa, zbyt długa. Po ok. 2,5 latach procesu zadzwonił do mnie, po alkoholu, który wypił na odwagę, że jest w lesie i szuka drzewa, żeby się powiesić. Przez ok. 2 godziny telefonicznie przekonywałam klienta, żeby wytrzymał i walczył. Udało się… na krótką metę. Powiesił się 1,5 roku później, mówiąc żonie że idzie na grzyby. Był weekend, przyjechał do nich syn z wnuczką, która miała pokazać dziadkowi, że nauczyła się jeździć na rowerku. Nie zdążyła…

Anna G.

A ja kilka dni temu zostałam powiadomiona przez siostrę mojego 27 letniego klienta, że po raz już drugi podjął przed kilkunastoma dniami próbę samobójcza. I niestety tym razem skuteczną. Uczestniczyłam dziś w jego pogrzebie nie mogąc sobie wybaczyć, że tym razem nie mogłam juz nic dla niego zrobić. Po poprzedniej próbie przychodził do mnie wraz ze swoją matką do mnie do mojej kancelarii dość często. Systematycznie dwa razy w tygodniu. Lubił ze mną rozmawiać. Czuł się przy mnie swobodnie. Wyrzucał z siebie swój ból i żal. A ja starałam się go zrozumieć wsłuchując się w jego słowa i starając się poradzić. Uważał mnie za dobrego terapeutę psychologa. W drugiej kolejności prawnika. Tym razem nie było mnie w momencie gdy sam sobie ze sobą już nie radził. Ilość połkniętych przez niego tabletek była śmiertelna. Boże… I Dzień Ojca i ten pogrzeb. Na dziś już wystarczy. Nawet jak mnie. Ja też jestem tylko człowiekiem

Monika S.W.

Towarzyszenie innej osobie przy śmierci jest aktem wielkiej miłości do bliźniego, ale i odwagi. Dla mnie jedną z najtrudniejszych chwil w trakcie wykonywania zawodu był udział w ekshumacji i sekcjach zwłok. A jednak myślę, że Pani Mecenas była w jeszcze trudniejszej emocjonalnie sytuacji. Swoją odwagą dała Pani temu człowiekowi spokój w chwili ostatecznej. Ma Pani wielkie zasługi w niebie.